Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 6/6. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 6/6. Pokaż wszystkie posty

31 lipca 2014

Nicholas Sparks "Bezpieczna przystań"

Tytuł: Bezpieczna przystań
Autor: Nicholas Sparks
Wydawnictwo: Albatros
Liczba stron: 423
Ocena: 6/6

Tym razem przyszła pora na kolejną książkę Sparksa, którą wypożyczyłem z biblioteki. Muszę przyznać, że nie zawiodłem się na tym jakże ostatnio popularnym autorze.

Bezpieczna przystań to historia Katie, która w niewiadomych okolicznościach pojawia się w Southport - małej mieścinie, gdzie wszyscy wszystko wiedzą, a ukrycie pewnych rzeczy, może przysporzyć niemałych problemów. Katie nie wygląda dobrze: wychudzona, blada; a i domek, który wynajmuje, nie należy do najlepszych i najpiękniejszych (trzeba go generalnie wyremontować). W sklepie, do którego codziennie przychodzi (samochodu tez nie ma), kupuje niewielkie ilości jedzenia, bo na nic więcej jej nie stać.

W sklepie poznaje Alexa (właściciela, ojca dwójki dzieci: Josha i Kristen), który swoją spostrzegawczością powoli domyśla się historii dziewczyny. Ich znajomość rozpoczyna się od banalnej rozmowy o książkach Dickensa. Do tego dokłada się Kristen, która niezmiernie lubi spędzać czasz z panną Katie. Znajomość zaczyna coraz bardziej się rozwijać, Katie staje się coraz mniej nieufna, aż w końcu kompletnie zmienia stosunek do Alexa i dzieci. Początkowa nieufność zmienia się w coś więcej, a jej życie powoli zaczyna się układać u boku Alexa i dzieci (pikniki nad morzem, spędzanie coraz większej ilości czasu, wycieczki do wesołego miasteczka). Jednak do czasu...

Czytanie tej historii mogę podzielić na kilka etapów. Pierwszy z nich był bardzo interesujący i pozytywnie nastawił mnie do tej książki. Poznanie się Alexa z Katie było nieuniknione, jednak obyło się bez słodyczy i cichych westchnień, jak w drugim etapie. Drugi etap już niestety zmienił moją opinię o tej książce za sprawą dzieci-swatek i słodyczy, która niemal wypływała z kart tej powieści. Kristen, wołająca: Tatusiu, może weźmiemy pannę Katie nad morze? (dzieci-swatki to jest coś strasznego) i myśli Katie: O!!! Spojrzał na mnie!!! Jednak ja całą siłą woli nie oddam jego spojrzenia!!! zniszczyły cały początek, ich niebanalne spotkanie (wprawdzie czytałem o zaczynaniu znajomości kanapkami, jednak na Dickensa nigdy nie wpadłbym), a także moją dobrą opinię (w tej chwili pomyślałem, że to będzie pierwsza książka Sparksa, którą skrytykuję). I dopiero trzeci etap bardziej dramatyczny i obfitujący w wydarzenia z amerykańskiego filmu sensacyjnego przywrócił moje nadzieje w związku z kolejną książką Sparksa.

Historia, jaką autor przedstawił jest niebywała, a tajemnic, sekretów i zwrotów akcji nie brakuje. O przeszłości Katie dowiadywałem się z retrospekcji, które autor wdzięcznie wplótł w akcję powieści. Chwilami miałem wrażenie, że o wiele chętniej czytam o wydarzeniach z przeszłości dziewczyny niż obecnie dziejące się miłosne uniesienia i przejażdżki nad morze.

Uwaga! Spoiler!
Moim zdaniem autor bardzo dobrze spisał się, jeśli chodzi o bohaterów, a szczególnie Kevina - byłego męża Katie. Nie wiem, czy korzystał z jakichś informacji na faktach, ale kreacja tego człowieka była bardzo dobrze skonstruowana. Szaleństwo na punkcie żony w połączeniu z alkoholizmem i fanatyzmem religijnym dały bardzo dobry efekt psychopaty i człowieka, który nie umie panować nad emocjami. Do tego ciągłe cytaty z Biblii w sytuacjach, które mnie najbardziej bulwersowały. Człowiek ten pozornie religijny na każdym kroku widział ludzi, którzy niby go obgadują, a żonę ciągle posądzał o zdradę z jakimś mężczyzną, który teraz z niego się śmieje (podkreślone oczywiście kilkoma cytatami z Biblii na temat zdrady) i zastanawiał się, dlaczego żona uciekła, skoro miała wszystko: piękny dom, wyjścia poza dom pod kontrolą męża, brutalny seks na każdym kroku, siniaki na całym ciele, krew w moczu, zionącego wódką męża...
Koniec!
Zakończenie, mimo masakry, jaką przewidywałem i już wyliczałem, kto weźmie udział w ręcznych, amerykańskich zabawach z bronią, zakończyło się wbrew moim przewidywaniom (trochę mnie poniosła wyobraźnia po Dla ciebie wszystko). 

Po tym całym wywodzie czas na podsumowanie. Mimo kilku wad, jakie wytknąłem Sparksowi, gorąco Was zachęcam do do przeczytania tej pozycji. Warto, bo książka od pierwszych stron intryguje, autor odkrywa kolejne tajemnice, a cała historia kończy się w interesujący sposób. Polecam!

***

To już ostatni wpis przed moim wyjazdem. Nie myślę o pisaniu innych, więc następny pojawi się za jakieś dwa tygodnie. A będzie to zbiorowy opis książek, które przeczytałem, a nie opisałem na blogu (głównie klasyka, bo teraz mam fazę na Makuszyńskiego, Bahdaja i seriale, które codziennie oglądam na TVP 1). Muszę też Wam zdradzić, że skończyłem płomienny romans z lipami (tylko przelotnie, bo suwmiarkę mogę odłożyć) i teraz zabieram się za przelanie na papier wniosków dotyczących zmienności liści tego przeszlachetnego drzewa. Zapowiada się ciekawa robota, a i książki Makuszyńskiego i Bahdaja, mimo mojego wieku, są bardzo interesujące i z chęcią po nie sięgam.  

14 lipca 2014

Arthur Conan Doyle "Przygody Sherlocka Holmesa"

Autor: Arthur Conan Doyle
Tytuł: Przygody Sherlocka Holmesa
Wydawnictwo: Oficyna Wydawnicza Rytm, Wydawnictwo Waza 
Liczba stron:308
Ocena:6/6

Sherlock Holmes jest tak znaną postacią, a ja nie miałem jeszcze okazji poznać jego geniuszu, więc przy okazji wpadłem do biblioteki i poprosiłem o Przygody Sherlocka Holmesa

Sherlock Holmes, jak pewnie wszyscy wiedzą, to doskonały detektyw mieszkający przy Baker Street wraz z doktorem Watsonem, który jest narratorem tego zbioru opowiadań. Detektyw charakteryzuje się bystrością i spostrzegawczością, która niejednokrotnie zaskakuje, bo nawet z kapelusza potrafi wyczytać garść informacji. Wystarczy odrobina dedukcji i po sprawie. Jednak to nie koniec umiejętności pana w jakże charakterystycznym płaszczu i czapce. Do tego dochodzi jeszcze znajomość psychologii, chemii, balistyki, matematyki i wiedza na temat różnych religii i kultur, a ja wraz z doktorem Jamesem Watsonem przecierałem oczy z wrażenia i zastanawiałem się, skąd on to wszystko bierze. 

W zbiorze znalazło się 12 opowiadań o poczynaniach Holmesa. Wcale nie mam za złe, ze akurat wpadło mi w ręce 12 opowiadań, bo, jak dla mnie, opowiadania były strzałem w dziesiątkę. Doyle w każdym z opowiadań pokazał inną stronę śledztwa i mógł wymyślić wiele ciekawych przypadków. Jeśli chodzi o długość opowiadań - autor wszystko tak zaplanował, że historia zaczyna się i kończy w odpowiednich momentach, więc osoby, które nie lubią opowiadań (albo twierdzą, że są za krótkie), nie muszą się niczego bać. Moim zdaniem napisanie powieści byłoby lekką ujmą dla tak genialnego detektywa (wiem, że powstała powieść i to niejedna, ale opowiadania pokazały mi, że dla Sherlocka wystarczy dwadzieścia stron, żeby rozwiązać piekielnie trudną zagadkę).

Jeśli chodzi o głównego bohatera, można by pomyśleć ideał. To słowo chyba jednak kiepsko pasuje - geniusz. Jak już wspomniałem - detektyw potrafił z kapelusza wyczytać informacje na temat tego, że jego właściciel dopiero, co ostrzygł sobie włosy i że kapelusz jest dla niego cenny, bo jest zużyty. Bardzo często dziwiły mnie jego dedukcje, które prawie zawsze były słuszne, a Holmes zawsze miał jakieś rozwiązanie zagadki, które brał znikąd (po obejrzeniu kapelusza oczywiście; poniekąd nie miałem możliwości obejrzenia tego kapelusza, jednak doktor Watson miał i nici z jego dedukcji). Doyle jednak nie zaszalał aż tak bardzo, bo pojawiło się jedno opowiadanie, w którym Sherlock pomylił się, a doktor Watson przyznał się, że to niejedyna taka sytuacja; ale, jak później wyczytałem - jeśli Sherlock nie znał odpowiedzi na zagadkę, to już nikt inny nie mógł jej rozwiązać.

Czytając opowiadania, oczywiście, wybrałem sobie faworyta (Pięć pestek pomarańczy), który był dla mnie najlepszym opowiadaniem całego zbioru. Tego jeszcze nie wspomniałem, ale nie wszystkie opowiadania mi się spodobały. Po przeczytaniu pierwszego  nich (Skandal w Bohemii) miałem lekkie wątpliwości, co w tym Sherlocku jest, że cały świat szaleje na jego punkcie. Potem było coraz lepiej i nie mogłem się doczekać, kiedy znowu zacznę czytać następne opowiadanie i czym autor mnie znowu zaskoczy. Nie mogłem narzekać na monotonię w kolejnych tekstach. Autor stworzył historie, w których nie pojawiają się same trupy i strzelby; znalazło się miejsce także dla zagubionych fotografii, brylantów, a nawet tajemniczych dzieci.

Mam nadzieję, że to nie jest moja ostatnia przygoda z londyńskim detektywem, bo już nie mogę się doczekać, co interesującego spotka Holmesa w czasie kolejnych śledztw. 

07 lipca 2014

Andrzej Sapkowski "Chrzest ognia"

Autor: Andrzej Sapkowski
Tytuł: Chrzest ognia
Wydawnictwo: superNOWA
Liczba stron: 333
Ocena: 6/6

Tym razem trzecia część wychwalanej przeze mnie sagi Sapkowskiego, którą ostatnio miałem okazję przeczytać. Myślę, że pewnie większość z Was domyśla się, jaki werdykt wydam (nie byłbym sobą gdybym ją skrytykował, więc siadajcie wygodnie w fotelach i przedrzyjcie się przez ten gąszcz ach-ów i och-ów). 

Po walce na wyspie Thanned rozpętała się wojna. Geralt, który został raniony w czasie walki, zostaje odtransportowany do Brokilonu, gdzie jest leczony se swoich poważnych zranień. Po Yennefer ślad zaginął, a Ciri, jak się później dowiedziałem, żyje i wojuje ze Szczurami. Wiedźmin nie do końca zdrowy opuszcza spokojny las w poszukiwaniu Ciri. Wyprawa okazuje się niełatwa i zawiła, a to przez nieustanne zmiany kierunku marszu wojsk (które cały czas prowadzą działania wojenne i zmieniają swoje położenie), a także przez coraz to inne i ciekawe przygody i członków bandy, z którymi przyszło mu wojować. Nie wspomniałem o tym jeszcze, że Wiedźmin nie podróżuje sam. Wraz z nim udaje się Milva (łuczniczka o niezwykłych umiejętnościach i zdolnościach godnych pozazdroszczenia) i Jaskier (trubadur). W późniejszym okresie dołączą się także Cahir Mawr Dyffryn aep Ceallach (wojownik, który początkowo ma, można powiedzieć, stosunki z Geraltem na ostrzu miecza) i jeszcze tajemniczy cyrulik, który ni stąd, ni zowąd wyłania się z dziury w środku lasu. No i nie mogę zapomnieć o bandzie krasnoludów, która też ma niemały wpływa na drużynę.

Jeśli mam ocenić kolejny tom tego cyklu, może i jestem monotonny, bardzo mi się spodobał. Sapkowski i tym razem mnie nie zwiódł, bo stworzył kolejny tom, który nie odstaje od pozostałych. Wykreował wartką akcje, która nie pozwala na nudę, a sami bohaterowie są tak doskonale skonstruowani

Jeśli chodzi o kreację bohaterów, to Sapkowski spisał się na medal. Główni bohaterowie są różnorodni. Każdy może się czymś innym pochwalić, jednak chciałbym zwrócić uwagę na bohaterów drugoplanowych, a nawet epizodycznych. Cały czas mam przed oczami sytuację, w której chłop tak długo kombinował, żeby wydobyć od drużyny konia, bo niby potrzebował go do złapania wampira, że będę ją jeszcze długo pamiętał. Przekonałem się, jak dobrym obserwatorem ludzi jest Sapkowski.

Myślę, że wiele postaci tej książki zasługuje na uznanie, jednak Milva wyróżnia się spośród nich wszystkich. Milva była łuczniczką, która potrafiła swoje umiejętności zamienić na stosik trupów. Żywi (tych których jeszcze nie zabiła) tez nie mieli z nią łatwo, bo potrafiła nieźle połamać kości i rozkwasić nos. Była chyba jedną z nielicznych kobiet, która była silna i stanowcza w świecie zdominowanym przez brutalnych samców alfa.

Jeśli już wspomniałem o epoce, to świat przedstawiony bardzo dobrze oddaj realia tej epoki. A był to świat pełen księżniczek, chłopów i kięży, którzy karają niby-czarownice stosem, napaści na wsie i pocztów rycerskich.W połączeniu z różnymi dzikimi stworami dało to niesamowity efekt.

Nie mogę zapomnieć o poczuciu humoru i żartach, które padają w tej książce. Są one bardzo zabawne, jednak, co zauważyłem, dotyczą bardzo często kobiet. Ich sytuacja nie jest łatwa i w ogóle współczuję kobietom średniowiecza i tej książki. W książce Sapkowskiego kobieta to istota słaba, która musi być broniona prze facetów, którzy niekoniecznie zawsze okazują się tymi dobrymi, a najlepszą drogą do sprawiedliwego osądu jest stos za niby-czary (Sapkowski zaczerpnął motyw - jak szybko osądzić czarownicę i spalić ją żywcem za ugotowanie rosołu z kota, który okazał się zwykłym rosołem z kury...). Milva była jedyną, która nie wpisywała się w ten motyw. Można powiedzieć, że była doskonałą przeciwwagą do reszty niewiast.

Ja już nie mogę doczekać się następnego tomu, więc tylko zacieram ręce i biegnę do biblioteki po kolejny tom. Notkę oczywiście napiszę, która będzie pewnie, tak samo pozytywnie monotonna jak ta.

04 kwietnia 2014

Cecelia Ahern "Sto imion"

Autor: Cecelia Ahern
Tytuł: "Sto imion"
Wydawnictwo: Akurat (otrzymałem od Business & Culture)
Liczba stron: 446
Ocena: 6/6

Już dosyć dawno przeczytałem książkę "Sto imion" Cecelii Ahern i zamierzam o niej opowiedzieć w dzisiejszym poście. 

Kitty Logan jest dziennikarką, która lekko zagubiła się w swoim zawodzie i popełniła niewybaczalną gafę. Oskarżyła niewinnego człowieka o kontakty seksualne z uczennicami, który został później wyrzucony z pracy, a jego reputacja jako nauczyciela wf-u legła w gruzach. Żeby było jeszcze ciekawiej, bohaterka musi znieść ataki obornikiem, farbą i innymi śmierdzącymi, niekoniecznie przyjemnymi substancjami na drzwi swojego mieszkania. Do tego toczy się proces sądowy i sprawa nie wygląda ciekawie: dziewczyna jest bliska zwolnienia z pracy, a utrata mieszkania to coraz bardziej prawdopodobny scenariusz. 

Jednak kluczowym elementem powieści jest lista stu osób Constance (przyjaciółki Kitty, która umiera na początku powieści). Kitty pozostawiona sama sobie, musi rozwiązać zagadkę stu imion. Wielokrotnie padają pytania, dlaczego akurat te osoby i co konkretnie miała Constance na myśli w związku z artykułem, który ma powstać w oparciu o listę. Kitty staje na wysokości zadania i próbuje znaleźć kilka osób z listy, co zmienia jej życie na zawsze.

Jak pamiętacie, a może nie, ostatnią książkę Cecelii, o której mówiłem na blogu, oceniłem chyba na 5, co i tak z perspektywy czasu było dużym szaleństwem. Zacząłem czytać jej kolejną książkę i tym razem otrzymałem starą, dobrą Cecelię Ahern, dobrze mi znaną z "P.S. Kocham cię". 

Pomysł na fabułę okazał się strzałem w dziesiątkę. Lista stu imion osób, z którymi Kitty nie miała do czynienia wcześniej, odgrywa ważną rolę w utworze. To ona prowadzi dziennikarkę do sześciu różnych osób, których historię ma okazję poznać. A są one naprawdę interesujące i dzięki nim Kity odkrywa nowe przyjaźnie.

Autorka co rusz odkrywa nowe tajemnice, a książkę czyta się naprawdę szybko. Bardzo mnie ciekawiło, jak cała historia się zakończy. Miałem niemałe problemy z odgadnięciem rozwiązania zagadki. Z pomocą przybyło zakończenie, które dało rozwiązanie. Odpowiedź była prostsza, niż mi się wydawało.   

Bohaterowie powieści to kompletnie różne osoby, a co za tym idzie, każdy z nich przedstawia inną historię. Wśród nich znajdują się: fryzjerka, która czesze ciężko chore kobiety w szpitalu; starsza kobieta z domu opieki, która kilkadziesiąt lat temu podjęła zakład i chce go teraz odebrać; dwóch mężczyzn, którzy chcą pobić rekord Guinnessa (jeden był na pewno Polakiem, a drugi chyba jakimś Arabem); ojciec, którego córka została zabita w brutalny sposób i który słyszy modlitwy innych ludzi; kobieta z pasją do motyli i wyglądem odbiegającym od wyglądu "normalnej osoby"; kobieta, która profesjonalnie zajmuje się dobieraniem prezentów. Autorka zaserwowała cała gamę charakterów i bohaterów, którzy mają do opowiedzenia swoje niezwykłe historie. I to nie jest płaczliwa historia dziewczyny, która zaszła w ciążę w wieku szesnastu lat z przypadkowo napotkanym mężczyzną. To jest historia niosąca przesłanie, które już sami odczytacie z utworu. 

Obok "P.S. Kocham cię" to jedna z najlepszych książek tej autorki i w tym przypadku będę Was zachęcał, ile wlezie do przeczytania. To Cecelia Ahern w swoim dawnym, dobrym stylu.

***
Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Business & Culture

16 marca 2014

Markus Zusak "Złodziejka książek"

Autor: Markus Zusak
Tytuł: "Złodziejka książek"
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Liczba stron: 495
Ocena: 6/6

Ze "Złodziejką książek" miałem okazję zapoznać się przy okazji oglądania filmu w pewien niedzielny wieczór. I muszę powiedzieć, że było trochę trudno. Na początku zawiało lekko nudą i dopiero końcówka poratowała honor całego filmu. Przyszła pora na książkę, którą przeczytałem kilka tygodni po obejrzeniu filmu. Może nie był to aż tak duży okres czasu, jednak niektóre sceny z książki nie zostały w nim zawarte (po pierwsze: kojarzy mi się to przez mgłę, więc może to być nieprawdą; po drugie: nie oczekujmy, że skopiują całą książkę od deski do deski; to i tak dobrze, że nie zmienili całości). Za bardzo zbaczam z tematu, więc powracam do sedna sprawy.

Zacznę może głównej bohaterki, którą jest Liesel Meminger. Poznajemy ją w czasie podróży do przybranych rodziców. Straciła wszystko: brata, który umarł w czasie podróży i mamę, która niedługo zostawi ją w rękach Rosy i Hansa Hubermannów i uklotni się bez znaku życia. 

To małżeństwo składało się z zupełnie dwóch różnych osób. Rosa to kobieta o ostrym temperamencie, potrafi wszystko i wszystkich skląć od "Saumenschów" i "Sarkelów" i raczej trudno będzie układała jej się współpraca z Liesel. Hans to człowiek o anielskiej duszy; uspokoi, pogłaszcze po głowie, przytuli w trudnej chwili; o przekleństwach mowy nie ma. 

Liesel nawiązała głębszą przyjaźń z Hansem, która zaczęła się od momentu, w którym papa pomógł dziewczynce posprzątać bałagan, jaki spowodowała (z powodu koszmarów w związku ze śmiercią brata zmoczyła pościel). Była to szczególna przyjaźń oparta na czytaniu. W czasie pogrzebu brata główna bohaterka ukradła "Podręcznik grabarza", który stał się podstawowym narzędziem do nauki czytania przez przybranego tatę. Codzienne spotkania o trzeciej w nocy i czytanie tej książki były niezwykłym i ekscytującym przeżyciem dla małej bohaterki. Z Rosą, jak już wspomniałem, stosunki były mniej zażyłe, jednak w jakimś stopniu Liesel znalazła z mamą wspólny język.

Pozostaje jeszcze Rudy Steiner - kolega Liesel z podwórka, jej najlepszy przyjaciel obok Hansa i Maxa, towarzysz wielu przygód i kradzieży. Rudy to bardzo interesująca postać. To właśnie z nim Liesel chodziła kraść owoce z sadów, a także książki z domu burmistrza. Zaczęło się od tego, że Liesel nosiła pranie do domu burmistrza (Rosa zarabiała na praniu i prasowaniu ubrań od zamożniejszych mieszkańców Molching). Zawiązała się tam kolejna znajomość z burmistrzową Ilsą Hermann, która długo nie przetrwała, jednak Liesel nie miała problemu dalej kontynuować jej tak trochę nieoficjalnie, bowiem kradła książki z bogato wyposażonej biblioteki burmistrza. Zaczęło się od jednej (wszystko jednak zaczęło się od kradzieży książki ze stosu, na którym naziści palili rzekomo książki będące dla nich zagrożeniem. Było to długo przed tym, jak ukradła pierwszą książkę burmistrza), potem kolejne, a wszystko to na oczach i przy pomocy Rudiego, który niejednokrotnie był sprawcą kłopotów. Rudy, o czym muszę wspomnieć, bo te fragmenty należą do jednych z najlepszych fragmentów książki, ciągle prosił dziewczynę o pocałunek. Liesel twardo odmawiała i wreszcie w końcu się zgodziła, jednak nie były to najbardziej sprzyjające warunki. Muszę jeszcze dodać, że to Rudy nazwał ją Złodziejką książek. 

Trzecia i ostatnia ważna postać to Max Vandenburg. Max był Żydem ukrywającym się przed Niemcami, który trafił później pod skrzydła rodziny Hubermannów. Na oczach przestraszonej Liesel przyszedł do domu przy Himmelstrasse, gdzie Rosa doprowadziła go do "porządku". Postanowili, że umieszczą chłopaka w piwnicy, gdzie Złodziejka książek mogła głębiej poznać Maxa i, mimo początkowych obaw, nawiązać przyjaźń. 

Markus Zusak opowiedział piękną historię dziewczynki, która będąc jakby na straconej pozycji, zyskuje wszystko. Przyjaciół, ciepłą rodzinę (Rosa potrafiła być straszna, ale czasami udawało jej się trochę ilość tej brutalności zmniejszyć), a także interesujące życie przeplatane kradzieżami, czytaniem książek z papą i dostawaniem rysunków od Maxa.

Nie wiem, czy Was zaskoczę, ale narratorem książki jest Śmierć. Otworzyłem sobie powieść nieświadom, co mnie czeka. Przeczytałem pierwszą stronę i stwierdziłem, że jeśli autor ma zamiar opowiedzieć tę historię takim samym stylem jak na początku, to ja bardzo dziękuję. (Jeszcze jedno. W ramce przywitał mnie napis: "DROBNA UWAGA: Na pewno umrzecie".) Na szczęście, w dalszych fragmentach autor zmienił styl na bardziej normalny. Gdzieniegdzie były wstawki Śmierci, jednak nie przeszkadzało mi to.

Zusak bardzo dobrze pokazał świat wojny. Nie jestem ekspertem, jednak zawarł problem Żydów, problem umierania osób bliskich, a także w realistyczny sposób opisał działania nazistów. Miałem okazję być świadkiem palenia książek w Molching, pochodu Żydów do Dachau i scen związanych z traktowaniem ich przez żołnierzy niemieckich, a także usposobień niektórych ludzi, którzy mieli dosyć ostre poglądy. Nie obyło się też bez powołania Hansa i ojca Rudiego do wojska. 

Co do książki nie miałem żadnych wątpliwości. Od początku mi się podobała. Podczas jej czytania, uświadomiłem sobie, w jaki sposób film zmienia pozycję. W adaptacji filmowej nie było absolutnie wszystkich detali, wypowiedzi śmierci (oprócz początku) i bardzo się ucieszyłem, że przeczytałem "Złodziejkę książek". Nie mogę powiedzieć o jakimś szaleńczym tempie akcji, jednak zawsze coś się działo i nie mogłem narzekać na nudę. W tekście autor powstawiał ramki, w których zamieścił tłumaczenia różnych słów, dodatkowe komentarze i wypowiedzi śmierci, czego nie dało się umieścić w filmie, a było bardzo ważnym elementem. Zakończenie nieprzewidywalne. Gdybym nie obejrzał filmu, chyba miałbym niemałe problemy z odgadnięciem, co autor przygotował, a przygotował dużo zaskakujących rzeczy. 

Jeśli chodzi o bohaterów, to nie powiem, że któryś był lepszy albo gorszy (Hitlerowcy i ich sprzymierzeńcy oczywiście się nie zaliczają, bo napisałem tak jakbym wszystkich lubił, a tak nie było). I Liesel, i Rudy, i Hans, i Rosa, i Max, i wielu, wielu innych zasługują na ogromny podziw. Bardzo ich polubiłem i zżyłem się z nimi, więc trudno było mi się z nimi żegnać. Każdy z tych bohaterów miał coś, za co go lubiłem, i nie będę żadnego faworyzował.

Co ja mogę powiedzieć na zakończenie? Czytajcie, film możecie obejrzeć, jednak czytajcie, bo to dzieło jest godne uwagi i z pewnością zaskarbi Wasze serca. 

23 lutego 2014

Dan Brown "Anioły i demony"

Autor: Dan Brown
Tytuł: "Anioły i demony"
Wydawnictwo: Albatros i Sonia Draga
Liczba stron: 560
Ocena: 6/6

Tym razem książka z rodzaju tych, których okładka zasypuje czytelnika reklamą od samego zetknięcia z okładką: "Autor <<Kodu Leonarda da Vinci>>" czy "W gatunku literatury sensacyjnej Dan Brown to obecnie autor # 1 na świecie". Jedni po takim wstępie podchodzą do takich powieści sceptycznie, drudzy wręcz przeciwnie. Ja na szczęście należę do tych, którzy nic sobie z tego nie robią.

Robert Langdon - badacz iluminatów, historyk - wyrusza w podróż do szwajcarskiego badawczego ośrodka - CERN-u, gdzie dowiaduje się o szokujących wydarzeniach, jakie tam się zdarzyły. W jednym z pokoi instytutu znaleziono ciało martwego naukowca bez oka. Nic dziwnego, jednak nie bez powodu Robert został wezwany aż z USA. Na ciele zmarłego wypalono znak "Iluminati", co wskazuje na to, że bractwo Iluminatów cały czas prowadzi działalność. 

Jednak to jeszcze nie jest najgorsze. Vittoria Vetra wraz z zabitym ojcem wyprodukowała antymaterię. Przeciwieństwo materii, które w kontakcie z nią spowoduje ogromny wybuch. I właśnie to oko zostało użyte do oszukania czytnika tęczówek pomieszczenia, w którym przechowywano antymaterię. Po przedmiocie ślad zaginął, a w pokoju ochroniarzy pojawił się dziwny obraz przedstawiający puszkę z małą kulką w centrum. (Kulkę trzymano w centrum pudełka, w próżni, tak aby nie stykała się z puszką, co mogło być przyczyną wybuchu. Urządzenie musiało być podłączone do źródła elektryczności, na wypadek gdyby tak nie było, miało system bezprzewodowy, ale działający tylko dwadzieścia cztery godziny. Po tym czasie dochodziło do eksplozji). Początkowo nie wiadomo było, gdzie przedmiot się znajduje, jednak szybko okazało się, że ta kamera przedstawia Watykan.

Żeby było jeszcze ciekawiej, to nie koniec intryg, zagadek i podstępów. W Rzymie trwa konklawe, w tajemniczy sposób znikają preferiti - potencjalni kandydaci do objęcia trony papieskiego. Panika wybucha, kiedy morderca dzwoni do kamerlinga i informuje go o tym, że porwał kardynałów. Zgodnie z jego planem mają być zabijani, co godzinę w bliżej nieznanych kościołach włoskich. Każdy z nich ma mieć wypalone symbole Iluminatów (cztery pierwiastki starożytne: ziemię, wodę, ogień lub powietrze). Robert i Vittoria, którzy zdążyli już przyjechać do Watykanu i przysłuchać się rozmowie, podejmują walkę z czasem, która skończy się nie do końca szczęśliwie dla wszystkich.

Ta książka była genialna! Tak po krótce można opisać dalszy ciąg tej opinii. Brown znowu mnie zaskoczył i to bardzo. 

Autor stworzył bardzo interesującą historię. Iluminaci w roli głównej roli byli bardzo frapującymi osobami. Dla mnie jako osoby, która nie cierpi historii, czytanie tej książki było ogromną przyjemnością. Brown wplótł wątki bractwa w swoją intrygę, co było bardzo dobrym rozwiązaniem. I to nie było wcale nudne! Informacje, które cały czas gdzieś były wplatane,  bardzo pomogły mi w zrozumieniu tematu, bo trudno mówić o mnie jako o znawcy tematu. Robert z Vitorią szybko wpadali na kolejne pomysły, a akcja coraz szybciej biegła. Kolejne wydarzenia powodowały we mnie ciekawość, jak to dalej się potoczy, ilu kardynałów ujdzie z życiem i czy puszka zostanie znaleziona. 

Jak już wspomniałem, akcja biegnie bardzo szybko, a książka wciąga od pierwszych stron. Nie brakuje tu dziwnych wydarzeń, walki z zabójcą, a także wątku miłosnego. Jak się okazało, archiwa watykańskie i tereny wokół bazyliki nie są wcale takie bezpieczne, jak mi się wydawało. :) Ciągłe zwroty akcji to kolejny plus tej pozycji. Szczególnie wiele rzeczy zdziwiło mnie w końcówce, bo nie spodziewałem się po niektórych osobach aż takich charakterów. Brown potrafi zaskoczyć.

Pod recenzją "Cyfrowej twierdzy" ktoś napisał, że Brown jest schematyczny. Moim zdaniem to nie może być prawdą (a może za mało jego książek przeczytałem). Fakt, czytałem ten thriller już dosyć dawno i jakoś nie mogę sobie przypomnieć, jakie schematy powielił Brown w tej pozycji. Dlatego na pewno nie mogę uznać tej książki za zawierającą podobne wątki. Ona była inna, ale tak samo interesująca.

Bohaterowie to wielkie chodzące zagadki. Początkowo czytałem i popierałem niektóre postacie, jednak końcówka zmieniła moje nastawienie do niektórych z nich. Była taka jedna postać, nie powiem która, oczywiście, która była nienaganną. Pobożna, dobrze zorganizowana, budząca zaufanie. Piękny obrazek jak szybko się pojawił, tak szybko się ulotnił. I wcale nie żałuję, że skończył, jak skończył. Niestety, muszę też stwierdzić, że wielu bohaterów poniosło śmierć bez powodu przez fałszywe podejrzenia, które w końcu doprowadziły do uchwycenia podejrzanych. A główni bohaterowie mieli dużo szczęścia, to fakt, ale były też momenty załamania, co nie pokazuje ich w aż tak doskonałym świetle. 

Zakończenie szczęśliwe, może nie dla wszystkich, bo trochę trupów się nazbierało, jednak do happy endu doszło. Miłość rozkwitła, spokój nastał - sielanka, jednym słowem.

Nie mogę przestać chwalić tego thrillera i nie przestanę. Była to jedna z najlepszych książek (tego autora), jaką do tej pory czytałem (dopiero drugą). Już zacieram ręce, kiedy w końcu dorwę "Kod Leonarda da Vinci", bo jeśli zapowiada się tak samo dobrze, czeka mnie znowu świetna zabawa. 

14 lutego 2014

J. R. R. Tolkien "Hobbit, czyli tam i z powrotem"

Autor: J. R. R. Tolkien
Tytuł: "Hobbit, czyli tam i z powrotem"
Wydawnictwo: Iskry
Liczba stron: 234
Ocena: 6/6

"Hobbit..." - podejście numer dwa. Przy pierwszym coś nie wypaliło i na widok książek Tolkiena uciekałem, gdzie pieprz rośnie. Przeczytałem drugi raz i nie obyło się bez niespodzianki. Chciałem znaleźć na starym blogu, co ja wtedy naskrobałem (coś mi się wydaje, że zmieszałem z błotem). Blog jest, opinii nie ma.

Bilbo Baggins to hobbit wiodący spokojne życie hobbita w swojej norce. Cały porządek rozbija Gandalf, który wybiera go na włamywacza. Hobbici ponoć potrafią cicho się skradać, co sprawia, że nasz główny bohater może skutecznie pokonać wielkiego Smauga (smok nie zna zapachu hobbickiego, co jest drugim powodem, dla którego to akurat on ma walczyć z ogromną, siejącą postrach w okolicy bestią), który pilnuje skarbu będącego celem wyprawy. Bilbo przechodzi lekki kryzys, po tym jak krasnoludy plądrują jego spiżarnię. Sytuacja wcale nie ulega poprawie, gdy pan Baggins czyta umowę, która ma być zawarta między nim a kompanią Thorina w razie, gdyby jednak się zdecydował. Wspomniany dokument zawiera m. in. punkt o kosztach pogrzebu. Jednak to nie jest taki zwykły hobbit i po krótkim namyśle przystaje na propozycję krasnoludów. I to wtedy rozpoczyna się niezwykle trudna wyprawa, obfitująca w spotkania z licznymi potworami, czyhającymi na życie głównych bohaterów. 

Nie za bardzo wiem, dlaczego tak źle oceniłem tę pozycję przy pierwszym czytaniu. Przeczytałem ją drugi raz i bardzo mi się spodobała. Tolkien stworzył własny świat, który bardzo mnie pochłonął, a przygody Bilba są bardzo interesujące. Autor stawia małego hobbita z coraz to nowymi problemami, z których wychodzi zawsze zwycięsko, a jego niektóre pomysły są naprawdę godne podziwu. Główny bohater bardzo się zmienia: od kanapowca wyjadającego zapasy ze spiżarni, do odważnego, "dużego" hobbita, który już nie widzi problemu w braku śniadania czy braku chusteczki przy sobie (nie przesadzajmy, bo część przyzwyczajeń Bilba pozostała). Akcja biegnie żwawo, hobbit nie poddaje się w drodze do skarbu, a co najważniejsze: czytelnik nie może oderwać się od tak zajmującej powieści, jaką jest "Hobbit...". Mamy pewne elementy przewidywalności w zachowaniu Bilba (wszystko mu się udaje i wiadomo, że raczej trudno o jego śmierć), jednak myślę, że rozwój wydarzeń pozwala przymknąć na to oko. Zresztą jego śmierć byłaby ciosem prosto w moje serce, więc nie ma tematu. 

Bohaterowie są kompletnie różni od siebie. Miałem okazję poznać początkowo leniwego i nic nie robiącego hobbita, który w końcu bierze się w garść, i pokazuje światu, na co go stać. Spokojny Gandalf swoją mądrością i doświadczeniem ratuje niejednokrotnie kompanię Thorina. Do tego mamy jeszcze chciwe krasnoludy z ciągle sceptycznym wobec Bilba Thorinem na czele (bardzo dobrze, że skończył, jak skończył). Cały wachlarz charakterów, a także różnych nietypowych potworów. 

Styl pisania autora to już któryś element powieści z kolei, który przypadł mi do gustu. Tolkien pisze, tak jakby opowiadał historię, gawędę; do czego przyznaje się sam narrator. Bardzo ciekawym rozwiązaniem były bezpośrednie nawiązania typu: "Wyobraź sobie, drogi czytelniku...", które pozwalają na tyle zaangażować się w akcję, że ma się wrażenie, jakby samemu się w tej wyprawie uczestniczyło. 

Czytałem to dzieło z zapałem i uśmiechem na ustach. Nie mogłem się od niego oderwać, co jest chyba wystarczającym powodem na to, żeby ten, kto jeszcze nie sięgnął po książkę, w końcu to zrobił. Zdążyłem się przekonać, że Tolkien nie jest taki zły, jak mi się wydawał przy pierwszym spotkaniu. Jednak czasami warto dać książce drugą szansę.

***

Ta notka miała ukazać się już wieki temu, jednak z powodu albo braku zorganizowania z mojej strony, albo lenistwa wyszło, że publikuję ją dopiero dzisiaj. Jestem w trakcie czytania "Aniołów i demonów", a końca nie widać, więc następny tekst może być odległy w czasie. I piosenka na deser i pocieszenie, bo w poniedziałek zaczynam drugi semestr sprawdzianem z fizyki. Efekt fotoelektryczny i te sprawy; czytaj koniec ferii. :(


03 lutego 2014

Andrzej Sapkowski "Czas pogardy"

Autor: Andrzej Sapkowski
Tytuł: "Czas pogardy"
Wydawnictwo: superNOWA
Liczba stron: 319
Ocena: 6/6

W dzisiejszej notce zamieszczę krótką opinię na temat "Czasu pogardy" Sapkowskiego. Powieść jest kontynuacją "Krwi elfów", która bardzo mi się spodobała, więc postanowiłem zobaczyć, jak akcja rozwinie się w kolejnych tomach. 

Powieść rozpoczyna się od podróży Geralta do Codringhera i Fenna, od których dowiaduje się niezmiernie ważnych informacji o Rience'ie i Ciri, która jest w wielkim niebezpieczeństwie. Natomiast sama zainteresowana podróżuje wraz z Yennefer (czarodziejką) do Gors Velen, gdzie się zatrzymują się na dłużej z powodu zjazdu czarodziejów na wyspie Thanned. Ciri na okazję poznać miejscowość, jej gwar, mieszkańców, a także wpaść w kłopoty, co chyba nie jest dziwne jak na jej charakterek.

Jednak to nie jest najważniejsze. Podczas balu dochodzi do przewrotu, który wywołują Filippa Eilhart i Sigismund Dijkstra. Celem tego zdarzenia jest oczyszczenie środowiska czarodziejów ze szpiegów Nilfgaardzkich. Najważniejsi członkowie Czarodziejskiej Kapituły zostają posądzeni o zdradę i skuci w kajdany z dwimerytu. W całe zdarzenie przypadkowo wplątany zostaje Geralt, który zostaje schwytany przez Dijkstrę. W tym samym czasie Yennefer na polecenie arcymistrzyni zabiera Ciri do Gamstrangu (miejsca, gdzie miał odbyć się zjazd, na wyspie Thanned), która zaczyna przepowiadać przyszłość w transie. Jak się okazuje, niedługo wybuchnie wojna i umrze Vizimir z Redanii. Oliwy do ognia dolewa jeszcze Tissaia de Veries, która usuwa blokadę antymagiczną, co powoduje wybuch walk między magami. Do bitwy dołączają się także Scoia'tael (groźne wiewiórki), Rience, a także czarny, nilfgaardzki rycerze. Wiedźminowi udaje się uciec Dijkstrze, który także włącza się do walki. Ciri w tym samym czasie ucieka do wieży Tor Lara, z której się teleportuje. 

Dla mnie cykl o wiedźminie to bardzo dobre książki. Mimo że czytam strasznie mało pozycji z tego gatunku, to jednak już od pierwszej książki cyklu autor trzyma poziom, a druga nie jest wcale gorsza. W tym tomie mamy do czynienia z ogromną ilością walk, broni, co chyba nie jest dziwne, bo w pierwszym tomie było podobnie. Na każdej stronie możemy odczuć średniowieczny klimat powieści. Karczmy, zamki, księżniczki - to właśnie te elementy, co nie oznacza, że nie ma tu nadprzyrodzonych stworzeń i potworów - oczywiście, że są. Kolejnym plusem książki może być dynamiczna akcja. Początkowo trochę mało rzeczy się działo, ale później autor wprowadził wiele ciekawych wątków, które powodują, że nie sposób się nudzić. Nie mogę nie wspomnieć o humorze, który autor wprowadza w swoje dialogi. Bardzo dobrym rozwiązaniem były też stylizowane dialogi, które podkreślają średniowieczny charakter książki. 

"- A Calanthe - dodał Codringher - gwałtownie usiłowała zajść w ciążę i urodzić syna. Nic z tego nie wyszło. Urodziła córkę Pavettę, potem dwukrotnie poroniła i stało się jasne, że nie będzie miała więcej dzieci. Wszystkie plany wzięły w łeb. Ot, babska dola. Wielkie ambicje przekreśla zrujnowana macica." :)

Pewnie nikogo nie zdziwię, ale moją ulubioną bohaterką jest Ciri - potomek rodu królewskiego, ciągle wpadająca w kłopoty, posługująca się bardzo dobrze mieczem. O Geralcie i Yennefer tez nie mogę zapomnieć, bo też ich bardzo lubię, chociaż w mniejszym stopniu niż Ciri.

Bardzo Was zachęcam do przeczytania tego cyklu, bo jest POLSKI. I to drugi powód, oprócz wartości samej książki. Czytajmy jak najwięcej polskich książek fantasy, bo są one tak dobre jak zagraniczne, a nawet lepsze. Miłego czytania! :)

***
Co tam u was ciekawego słychać? Właśnie zacząłem ferie, śniegu nie ma, lodu też (na szczęście!). Zaopatrzyłem się w ciekawe pozycje w bibliotece i zamierzam czytać, czytać, czytać... Wczoraj obejrzałem "Złodziejkę książek" i stwierdziłem, że koniecznie muszę przeczytać książkę, ale spotkało mnie rozczarowanie. Moja biblioteka nie jest w nią zaopatrzona (na większość moich pytań była taka odpowiedź), więc muszę jeszcze trochę poczekać. I na koniec piosenka. Przed chwilą ją włączyłem i stwierdziłem, że musicie jej posłuchać:

20 stycznia 2014

Nicholas Sparks "Dla ciebie wszystko" + garść informacji

Autor: Nicholas Sparks
Tytuł: "Dla ciebie wszystko"
Wydawnictwo: Albatros
Liczba stron: 399
Ocena: 6/6 

"Dla ciebie wszystko" to kolejna książka Sparksa, którą przeczytałem. Obyło się bez niespodzianki, bo była to bardzo interesująca przygoda.

Dawson Colie i Amanda Collier są zakochani w sobie. Niestety, dzieli ich szereg różnic, które są przyczyną tego, że nie mogą być razem. Amanda to dziewczyna z bogatej rodziny, dobrze wychowana, w przyszłości ma zostać nauczycielką. Dawson z kolei pochodzi z rodziny złodziei, przestępców, zabijaków i osób, które nie mają najlepszego zdania wśród sąsiadów. Sam próbuje się wywinąć z "rodzinnego biznesu", jednak rodzina ma stałą kontrolę nad nim. Ich losy ostatecznie się rozchodzą, jednak dochodzi do spotkania po latach. 

Okazuje się, że oboje są kompletnie innymi ludźmi. Amanda to teraz kobieta w okolicach trzydziestki z mężem alkoholikiem i grupką dzieci, a także bagażem tragicznych doświadczeń. Dawson to pracownik szybu wiertniczego i samotnik (postanowił po rozejściu się z Amandą nie wiązać się z inną kobietą). Niejednokrotnie powinien umrzeć, ale zawsze pojawia się przed jego oczami tajemnicza postać, która wyciąga go z kłopotów. 

Ich spotkaniu towarzyszy pogrzeb przyjaciela, który był świadkiem kształtowania się ich miłości, pracodawcą Dawsona i jego wieloletnim przyjacielem. Ku zaskoczeniu obu bohaterów, Tuck zostawia dla nich listy. Sprawa robi się jeszcze bardziej tajemnicza po spotkaniu z notariuszem, które uprzedza ich, żeby, zgodnie z wolą Tucka, przeczytali te listy w momencie, kiedy będą wiedzieli, że to odpowiednia pora. Listy przedstawiają piękne historie, które zresztą na tyle zbliżą Dawsona i Amandę, że wylądują razem w łóżku.

Żeby nie było nudno, autor wplótł do powieści motyw zemsty z przeszłości, dlatego też przez całą powieść mamy okazję do czynienia trochę z typowym amerykańskim krajobrazem latających kowbojów z pistoletami i robiącymi "pif-paf". Tak na serio, wcale nie byłoby mi do śmiechu uciekać przed własną rodziną (!), która cały czas próbuje mnie zlikwidować przez konflikt, który niby wywołałem w przeszłości. Obok tego wątku jest jeszcze wątek przeszczepów narządów, ale więcej nie powiem, bo zaraz polecą same spoilery.

Jestem pod ogromnym wrażeniem tej książki. Autor skonstruował bardzo ciekawych bohaterów (trochę głupich, bo zamiast walczyć o miłość w młodzieńczych latach, teraz mamy przed sobą kobietę zastanawiającą się, czy może zdradzić swojego męża alkoholika; niestety, literatura rządzi się swoimi prawami i zawsze ubolewam nad niedopowiedzeniami w romansach). Autor wprowadził wątek "pif-paf" i nie mogę mieć mu tego za złe, bo książka dużo na tym zyskała. Z reguły jestem przeciwnikiem amerykańskich, monodramatycznych filmów akcji, ale w tym wypadku nie mam nic przeciwko, chociaż zakończenie pozostawiło pewien niesmak i moje niezadowolenie. Muszę Wam powiedzieć, że (zrobiłem ten błąd) coś mnie podkusiło, żeby przeczytać epilog w środku książki (czasem tak mam). I chyba wyszło mi to nawet na dobre. Siedziałem, obgryzałem paznokcie w oczekiwaniu na koniec i odpowiedź na pytanie: "Czy to się naprawdę zdarzyło?". Emocje mną targały (co za sformułowanie!) jak przy niejednym thrillerze.

Ogólnie jestem bardzo zadowolony z tego, co przeczytałem. Momentami (był taki jeden moment: na końcu) miałem ochotę udusić autora za jego pomysły, ale to małe niedopatrzenie mogę puścić w niepamięć. Oby więcej było tak dobrych książek! 

***

Co tam u Was ciekawego słychać? Ja na razie przechodzę okres odizolowania od mojej szkoły z powodu lodu zalegającego wokół mojego domu, na drogach i tak w ogóle to chyba wszędzie, co spowodowało, że dzisiaj, i jutro pewnie też, mam małe wakacje. Dlatego zresztą dzisiaj opublikowałem ten post. :)

Ostatnimi czasy odnalazłem na YouTube bardzo ciekawe filmiku z cyklu "Wobec obiektywu", które zaskarbiły moje serce. :) Tu macie próbkę jednego odcinka:

Oczywiście, nie może zabraknąć czegoś do słuchania (i to nawet dwóch piosenek):


W następnej notce opublikuję opinię o "Księdze o Niewidzialnym" Schmitta (ale kiedy skończę, tego nie wiem). I potem zabieram się za drugą część "Wiedźmina". Już się nie mogę doczekać! Miłego tygodnia, jak najmniej lodu, a najwięcej śniegu (może nie przesadzajmy). :) Do następnego razu! Papatki! :-)

11 stycznia 2014

Robin Cook "Nano"

Autor: Robin Cook
Tytuł: "Nano"
Wydawnictwo: Rebis
Ocena: 6/6
Liczba stron: 472

W tej notce pora na thriller medyczny - pierwszy, jaki przeczytałem.

Robin Cook w "Nano" przedstawił historię Pii Grazdani, która pracuje w jednym z najbardziej prestiżowych ośrodków badawczych w USA, a może nawet na świecie. Ośrodek zajmuje się nanotechnologią, która ma być przyszłościowym biznesem. Główna bohaterka jest specjalistką od mikrobiworów, czyli nanorobotów, które są mniejsze od erytrocytów i potrafią pożerać bakterie z naszego organizmu. Jednak to nie jest główny wątek powieści. Pewnego razu Pia znajduje mężczyznę lężącego na ziemi. Według jej diagnozy mężczyzna stracił przytomność. Chińczyk (bo jest narodowości chińskiej) zostaje odtransportowany do szpitala, ale jego badanie przerywa grupa ochroniarzy z szefową Pii, którzy zabierają go bezzwłocznie do siedziby firmy. W tym momencie Pia rozpoczyna śledztwo, które staje się coraz bardziej zawiłe i niebezpieczne, a główna bohaterka w końcu dochodzi do tego, co stoi za sprawą dziwnych omdleń w tajemniczej, chronionej ze wszystkich stron firmie.

Tę książkę dostałem jako prezent gwiazdkowy od koleżanki w szkole. I muszę przyznać, że to był bardzo dobry wybór, bowiem autor spisał się na medal. Miałem dosyć duże oczekiwania, bo to w końcu thriller medyczny, a że kilka thrillerów przeczytałem, zacząłem sobie na niego ząbki ostrzyć. Cook wymyślił doskonałą intrygę, którą czytałem z coraz większym zapałem i ciekawością, co będzie dalej. A pytania i dziwne wypadki mnożyły się i mnożyły... 

Zakończenie powieści wydaje mi się takie nieoczywiste. Z jednej strony, jakby wszystko się skończyło i już nic więcej nie będzie, ale moim zdaniem autor nie powiedział ostatniego słowa. Coś jeszcze dopisze i mam nadzieję, że będzie to tak samo dobra książka.

W tle cały czas przewija się nanotechnologia, której nie musicie się bać. Ten kto unika takich tematów książkach, będzie też zadowolony. Autor wszystko tłumaczy, co jeszcze bardziej uatrakcyjnia książkę. Nanotechnologia i różne zdarzenia (wypadki samochodowe, kolejni ludzie tracący przytomność, a także odkrycia Pii w samym gmachu  Nano) to bardzo dobre połączenie, które daje niesamowitą rozrywkę i dawkę emocji. 

To na tyle - warto przeczytać i Was do tego bardzo zachęcam. :)


10 listopada 2013

Niezbędnik każdego mola książkowego, czyli Matthew Quick "Niezbędnik obserwatorów gwiazd"

Autor: Matthew Quick
Tytuł: "Niezbędnik obserwatorów gwiazd"
Wydawnictwo: Otwarte
Liczba stron: 313
Ocena: 6/6

"Niezbędnik obserwatorów gwiazd" to historia Finley'a - nastolatka mieszkającego w Bellmont, które nie uchodzi za bezpieczną miejscowość: pełno gangów, wieczorem strach wyjść na ulicę, a na każdym kroku spotykasz dilera. Jego dziadek to człowiek bez nóg, który potrzebuje stałej opieki, ojciec pracuje na dwie zmiany, a matka zginęła w bliżej nieznanych okolicznościach. Do tego dołącza się Numer 21 (Russel Allen), który przymusowo przyjeżdża do dziadków. Jego rodzice zostali zabici, a on oszalał i z gwiazdy koszykówki zamienił się w szaleńca po specjalistycznym ośrodku terapeutycznym dla młodzieży. Jego problem polega na tym, że wymyślił sobie, że pochodzi z kosmosu i wierzy, że jego rodzice przylecą po niego. Chłopak kocha grać w koszykówkę i trener prosi go o pomoc z Numerem 21, który przez grę ma zapomnieć o tym całym kosmosie i stać się normalnym człowiekiem. Dla Finley'a to małe zagrożenie, bo z tego, co dowiedział się od trenera, Russel bardzo dobrze gra w kosza, przez co może zostać wyeliminowany z gry.

"Niezbędnik obserwatorów gwiazd" to książka napisana prostym językiem. Zaraz mi ktoś powie, że miłość, jaka zrodziła się pomiędzy Erin i Finlay'em, to wątek, który został już wykorzystany na wszystkie możliwe sposoby i już nic z nim nie można zrobić. Owszem, ale ta książka chwyta za serce, i nie spodziewajcie się tu wybuchów, bijatyk czy zwrotów akcji. Quick stworzył piękną historię miłości dwóch ludzi, która jest w stanie przezwyciężyć wszystko. Piszę tak jakbym robił notkę o jakimś romansidle (harlekin tu chyba bardziej pasuje), ale to mi przychodzi do głowy. Ta powieść chwyta za serce i tak też było ze mną: stałem się jej ogromnym fanem. I w tym przypadku nie miałem żadnych wątpliwości jak przy czytaniu "Poradnika pozytywnego myślenia", ta książka zauroczyła mnie od początku i do końca nie przestała mi się podobać. A zakończenie szczęśliwe, czyli takie jakie lubię. W innym przypadku pewnie narzekałbym na to, ale w tym wypadku nie chciałbym, żeby ta historia skończyła się nieszczęśliwie. Autor bardzo dobrze wczuł się w rolę nastolatka, więc narracja pierwszoosobowa była strzałem w dziesiątkę. I jeśli chodzi o tytuł, to bardzo się cieszę, że wersja polska ma taki, a nie inny (amerykański: "Boy 21").

Matthew Quick ma dar tworzenia postaci, które odbiegają trochę od ideału człowieka zdrowego psychicznie, ale dzięki temu można je bardzo polubić. W "Poradniku pozytywnego myślenia" Pat zaskarbił sobie moje serce, a w przypadku tej opowieści najbardziej przypadł mi do gustu Finley. Numer 21 był dla mnie trochę zbyt dziwny, a Finley też miał swoje za uszami, jeśli mogę tak powiedzieć. Małomówny, ciągle grający w kosza, z przezwiskiem "Biały królik" - tak można go krótko scharakteryzować. 

Nic dodać, nic ująć - tylko przeczytać. :)

19 października 2013

Eric - Emmanuel Schmitt "Marzycielka z Ostendy"


Autor: Eric - Emmanuel Schmitt
Tytuł: "Marzycielka z Ostendy"
Wydawnictwo: Znak liter nova
Liczba stron: 314
Ocena: 6/6

Już wiele razy wspominałem, że Eric - Emmanuel Schmitt należy do jednych z moich ulubionych pisarzy i że jego książki mogę czytać w ciemno. Tym razem "Marzycielka z Ostendy" - zbiór pięciu opowiadań. 

Pierwsze z nich ("Marzycielka z Ostendy") to historia starszej, schorowanej kobiety, do której przyjechał pisarz na wakacje. Nic dziwnego w tym by nie było, gdyby nie przeszłość kobiety i jej namiętna miłość z następcą tronu pewnego królestwa (Emma Van A. nie podała szczegółów, żeby mężczyzna nie zaczął szukać jej kochanka). Ukochany został znaleziony kompletnie goły, a że Emma jako jedna z nielicznych nie zwiała mu z krzykiem sprzed nosa, postanowiła mu pomóc i ogrzać go. Od tego momentu zaczęła się ich nieszczęśliwa miłość. 

Drugie opowiadanie przedstawia historię ("Zbrodnia doskonała"), w której mamy do czynienia z Gabrielą, która na początku opowiadania zabiła swojego męża. Uważała, że nie był z nią szczery i zdradzał ją. Nie bez powodu sądziła tak, bo usłyszała to od swojej można powiedzieć przyjaciółki, którą uważała za nieomylną i znająca się na ludziach jak nikt inny. Ich małżeństwo zaczęło się psuć i w końcu doszło do tego morderstwa.

"Ozdrowienie" to kolejna interesująca propozycja autora. Na własne oczy możemy się przekonać, jak rozwijała się miłość grubej, brzydkiej (tak sądziła) Stefanii i pięknego, wysportowanego Karla Bauera, który uległ wypadkowi i został umieszczony na oddziale intensywnej terapii, gdzie pracuje Stefania. O dziwo, mężczyzna nie widzi i głównym czynnikiem, który nie pozwala dać Karlowi spokoju, jest zapach Stefanii. To właśnie zapach dziewczyny powoduje, że Karl nie może przestać o niej myśleć, a pielęgniarka zaczyna zmieniać do siebie nastawienie do swojego ciała. 

"Kiepskie lektury" to z kolei już czwarte opowiadanie o Maurycym i Sylwii, którzy wyjechali na wakacje. Jak się później okazuje, ten czas zmieni ich na zawsze. Maurycy nie czytał powieści z racji tego, że nie lubił fikcji literackiej. Jednak podczas wakacji zmienił zdanie i zaczął podczytywać książkę kupioną przez Sylwię. Popadł w paranoję związaną ze złodziejem, który niby grasował po domu, a potem to już coraz gorzej się zachowywał.

No i piąte (Uff! Wreszcie dotarłem do końca) pt. "Kobieta z bukietem". Tym razem autor opisuje historię kobiety, która non stop o tej samej godzinie i w tym samym czasie wyczekiwała z bukietem kwiatów na pewnym peronie. Czekanie trwało już bardzo długo, ale wreszcie udało je się doczekać tej osoby. Jednak jej radość nie potrwała długo...

Nie zwiodłem się na autorze. Kilka razy zdążył mnie zaskoczyć, książka mi się nie dłużyła, czytało mi się ją wręcz doskonale. Wiedziałem, na co się piszę, i efekt wyszedł wyśmienity. Każda historia jest doskonale zaplanowana, zakończenie nie jest takie oczywiste jak mogłoby się wydawać, a każda z nich niesie jakieś przesłanie. Jedyne, co mi nie przypadło do gustu, to opowiadanie czwarte i piąte. W przypadku czwartego zakończenie wszystko naprawiło, a co do ostatniego nie byłem do końca przekonany, ale jestem w stanie wybaczyć to małe nieporozumienie, bo reszta opowiadań była bardzo dobra. 

Nic innego nie mogę napisać, że ta książka należy do obowiązkowych lektur każdego mola książkowego. Wiem, że może niektórzy nie za bardzo lubią Schmitta, ale przeczytajcie chociażby "Kobietę w lustrze", to ja Wam mówię, że nie będziecie mogli się oderwać. Oczywiście 6/6. :) 

06 października 2013

Virginia C. Andrews "Płatki na wietrze"

Autor: Virginia C. Andrews
Tytuł: "Płatki na wietrze"
Wydawnictwo: Świat Książki
Liczba stron: 428
Ocena: 6/6

Wiem, że trochę długo kazałem Wam czekać na kolejny tekst, ale po przeczytaniu książki Davida Reida, nie mogłem nic wymyślić w czasie pisania, wena mi zwiała cichaczem, więc postanowiłem poczekać i przeczytać "Płatki na wietrze" Virginii C. Andrews. Jak pewnie wiecie, czytałem pierwszy tom tego cyklu, i nie zawiodłem się na tej autorce, więc teraz macie dobrą okazję dowiedzieć się, czy cykl trzyma dalej dobry poziom. Uwaga na spojlery, szczególnie w drugim akapicie!

Cathy, Carrie i Chris po ucieczce z domu, gdzie byli więzieni (przypomnę) przez trzy lata i pięć miesięcy, nie wiedzą, co ze sobą zrobić. Ich przyszłość nie zapowiada się kolorowo, bowiem zamierzają wyruszyć do cyrku na Florydzie. Do tego jeszcze Carrie, która z dziwnymi objawami, komplikuje całą historię (w tym przypadku to nawet dobrze się stało, że była chora, bo gdyby nie to, marzenie o pracy w cyrku stałoby się bardzo realne). Z powodu  ciężkiego stanu dziewczyny muszą znaleźć szpital, w którym będzie można ją wyleczyć z zatrucia arszenikiem. I tak trafiają do doktora Paula. Początkowo na kilka miesięcy, bo mają zapracować na swoje utrzymanie, jednak zostają na dłużej. Na naszych oczach Cathy przemienia się w dorosłą kobietę nieustannie myślącą o zemście na swojej matce. Wydarzenia z przeszłości nie dają o sobie zapomnieć, co rodzeństwo odczuwa cały czas.

Na początku czytania miałem ochotę stwierdzić, że "Kwiaty na poddaszu" były o niebo lepszą książką. Jednak jakże ja się myliłem! Druga pozycja z tego cyklu utwierdziła mnie w przekonaniu, że dobrze się stało, że ją pożyczyłem. Nie zawiodłem się na Virginii, która wprowadziła coraz to nowe wątki, które coraz bardziej zaskakują czytelnika. W niektórych przypadkach są kontrowersyjne tematy, ale myślę, że samo ukrycie dzieci na strychu bulwersuje ludzi, więc można to uznać za znak rozpoznawczy Virginii C. Andrews. 

Z jednej strony ta książka jest pozytywna i aż za bardzo wszystko wychodzi bohaterom, ale kilka trupów też się pojawiło, więc w tej sprawie autorka zachowała równowagę, co czyni książkę bardziej życiową.  Nie chce się rzucić książki po przeczytaniu dziesięciu stron, bo jest ona niezwykle pasjonująca i intrygująca. Nie należy się zrażać liczbą stron, bo z każdą stroną coraz bardziej chce się poznawać sekrety bohaterów. Przeczytanie tej książki zajęło mi trochę dużo czasu, bo podczytywałem ją tylko w autobusie, ale gdybym miał więcej czasu, na pewno pochłonąłbym ją w o wiele szybszym czasie. 

Jak widzicie, nie we wszystkich przypadkach sprawdza się zdanie, że kontynuacja jest gorsza o swojej poprzedniczki. Ja już nie mogę doczekać się, kiedy przeczytam trzeci tom, a wy nadrabiajcie zaległości w tym cyklu, bo naprawdę warto. :)

17 sierpnia 2013

"Papierowe marzenia"&"Kwiaty na poddaszu"

Wiem, że przeczytanie tego posta nie będzie taką łatwą sprawą (już wiem, że będzie długi), ale przeczytałem ostatnio dwie książki, które po prostu muszę zrecenzować, a osobne posty oznaczałyby kolejne zaległości w recenzowaniu i czytaniu.  :)
 
***
 
Autor: Richard Paul Evans
Tytuł: "Papierowe marzenia"
Wydawnictwo: Znak
Liczba stron: 294
Ocena: 6/6

Na pierwszy ogień pójdzie jedna z książek Richarda Paula Evansa. Po przeczytaniu tej pozycji zaczynam zmieniać zdanie, jeśli chodzi o jego twórczość, bo ta książka była doskonała, ale od początku.
 
Luke ma wszystko: pieniądze, dach nad głową, kochającego go ojca, pracę w jego w firmie. Nieoczekiwanie jego ojciec wpada na pomysł, aby syn poszedł na studia. Luke początkowo nie za bardzo przystaje na ten pomysł, ale w końcu akceptuje jego propozycję i wyrusza do Filadelfii. Okres studiowania to dla niego przełomowy czas: poznaje Candace - dziewczynę, z którą przez jakiś czas chodzi, i paczkę przyjaciół. Zainspirowany namowami jednego z nich, postanawia wydać swój fundusz powierniczy, na którym jego ojciec zostawił mu pieniądze. Postanawia go wydać wbrew woli ojca na podróż do Europy, zabierając swoich przyjaciół. Pieniądze bardzo szybko im się kończą i Luke zostaje bez grosza i bez domu, bo do ojca nie może wrócić po tym, jak się wyrzekł własnego syna. Dlatego zaczyna niełatwe życie bezdomnego, które ukazuje mu różnicę między dawnym życiem z pieniędzmi a obecnym bez pieniędzy.

Po przeczytaniu tej książki nie mam nic przeciwko prozie Evansa. Dobrze napisana i wymyślona historia, ciekawi bohaterowie. To cechuje twórczość Evansa. Zakończenie jest szczęśliwe, ale myślę, że wolę, że główny bohater skończył dobrze, a nie np. popełnił samobójstwo. Ta powieść nie jest aż taka cukierkowa (oprócz związku Luke'a z Rachel i początku opowieści), pokazuje, co może człowieka spotkać, że możesz mieć pieniądze i świat u swoich stóp, a potem stać w samych bokserkach na parkingu, bo zostałeś przed chwilą pobity (tak było w przypadku Luke'a). I oczywiście daje do myślenia.

Autor podzielił swoją opowieść na krótkie rozdziały (każdy poprzedzony myślą Luke'a), które doskonale ukazują strukturę dziennika (pisząc dziennik, nie pisze się chyba po trzydzieści stron dziennie, nie?). Powieść zaczyna się przypowieścią o synu marnotrawnym, co moim zdaniem jest kolejnym dobrym zabiegiem, bo ta przypowieść bardzo dobrze pasuje do historii.
 
Jak widzicie, książka bardzo mi się spodobała i polecam ją każdemu.
 
***
 
Autor: Virginia C. Andrews
Tytuł: "Kwiaty na poddaszu"
Wydawnictwo: Znak
Liczba stron: 382
Ocena: 6/6

Druga pozycja to "Kwiaty na poddaszu" Virginii C. Andrews. Tematyka może odbiega od tej poprzedniej, ale do najłatwiejszych nie należy, bowiem porusza problem przetrzymywania ludzi w zamknięciu. Nie wiem, dlaczego wybieram sobie takie ciężkie powieści na wakacje. Jakoś tak wyszło.
 
Rodzeństwo Dollangangerów (Chris, Cathy, Corry, Carrie) prowadzi sobie spokojne życie u boku swoich rodziców. Jednak do czasu. Głowa rodziny traci życie w wypadku samochodowym, a matka z dziećmi traci dom. Jej doskonałym (!) pomysłem jest przeprowadzka  do domu jej rodziców, z którymi nie ma zbytnio pozytywnych relacji. A to dlatego, że poślubiła swojego kuzyna, co spowodowało, że dziadkowie nie chcieli widzieć ich dzieci (nazywanych przez nich "przeklętymi") i wydziedziczyli ją z testamentu. Teraz główną misją staje się odzyskanie szacunku w oczach ojca i ponowne wpisanie kobiety do testamentu, ale żeby było to możliwe, dzieci muszą siedzieć... zamknięte na strychu przez kolejne trzy lata. Tylko po to, żeby odziedziczyć wielką fortunę.
 
W kolejnych rozdziałach mamy okazję bliżej poznać dalsze losy rodzeństwa opowiadane oczami Cathy. I tutaj autorka popisała się pomysłowością, bo ciągle coś się dzieje, głównie wokół łamania zasad podyktowanych przez babcię. Dzieci miały, m. in.: zakaz  przebywania nago w łazience (chłopak z dziewczyną nie mogli), zakaz jedzenia słodyczy, nakaz wkuwania wersetów Biblii, zakaz hałasowania (żeby służba nie usłyszała, że ktoś jest na strychu)... A babcia non stop je podglądała, żeby ewentualnie dać im w skórę albo wylać smołę na włosy (to się stało z włosami Cathy, bo nie chciała ich ściąć za karę).
 
Czasami trudno uwierzyć w to, co się dzieje w tej książce. Babcia to kobieta z pozoru religijna i surowa, ale z drugiej strony tak bezwzględna, że w stanie jest batem pobić własną córkę, żeby pokazać dzieciom, co może je spotkać. Na myśl o niej nie przychodzą mi jakieś superlatywy. Każdy, kto będzie miał okazję przeczytać, to samo stwierdzi, jestem tego pewien.
 
Bohaterowie na oczach czytelnika dorastają i stają się coraz bardziej odważni w swoich poczynaniach. I tu kolejne zdziwienie: dlaczego nie uciekają? Początkowo obietnice mamy, że odziedziczą wielki majątek, że będą mieli pieniądze do końca życia, ciągłe prezenty i to, że zaraz wyjdą ze swojego więzienia (bo jak to inaczej nazwać),  mogą niektórym zamydlić oczy, ale bez przesady. Po tym jak ich matka prawie w ogóle do nich nie przychodzi, wychodzi za mąż za człowieka, którego podobno kocha, a dzieci zostawia na strychu, to ja się pytam, dlaczego nie uciekają. Bardzo dobre pytanie.
 
Czytając tę powieść, stwierdziłem, że powiedzieć, że ta książka była wciągająca, to za dużo powiedziane. Jednak zdanie zmieniłem. Kolejne tajemnice odkrywane przez rodzeństwo, kolejne zaskakujące wypadki i wydarzenia utwierdziły mnie w tym przekonaniu.
 
Powieść Virginii Andrews, podobnie jak poprzednia pozycja, daje do myślenia, bo co są w stanie zrobić ludzi, którzy za wszelką cenę chcą zdobyć pieniądze? Są w stanie zrobić wszystko.

12 sierpnia 2013

Jakub Ćwiek "Chłopcy"

Autor: Jakub Ćwiek
Tytuł: "Chłopcy"
Wydawnictwo: SQN
Liczba stron: 319
Ocena: 6/6
 
Dzisiaj mam Wam do przedstawienia książkę od wydawnictwa SQN, z którą miałem okazję się ostatnio zapoznać. :)
 
Historia Jakuba Ćwieka kręci się wokół tytułowych Chłopców, którzy są motocyklistami, nie tak bardzo zwykłymi, jak mogłoby się nam wydawać. Różnią się tym od zwykłych motocyklistów tym, że zajmują się unicestwianiem Grzybiarzy, czyli istot pożerających ludzi. Wygląda to mnie więcej tak: przychodzi sobie głodny Grzybiarz i zaczyna cię zjadać, a Chłopcy są po to, żeby usunąć twoje ciało i Grzybiarzy i zapobiegać rozprzestrzenianiu się infekcji (po ich zabiciu masa szczurów zaczyna sobie wychodzić z twojego ciała). Dodatkowo mają magiczne maszyny, którymi mogą bardzo szybko podróżować specjalnymi tunelami.
 
I taką właśnie sytuację serwuje nam autor na początek (tzn. Grzybiarz dobierający się do prostytutki). Tinka, kelnerka, zostaje zwerbowana przez Milczka do bezpiecznego miejsca, a reszta z bandy zajmuje się posprzątaniem całego bałaganu (czytaj: spalenie knajpy). W późniejszych rozdziałach autor pokazuje się z innej, ale także interesującej strony. Możemy w nich poczytać o: porwaniu Dzwoneczka, historii Kubusia, próbie zwerbowania przez motocyklistów jednego z przedsiębiorców (chodzi tu dokładnie o wykorzystanie szybkich motorów w transporcie towarów), wycieczkach dzieci z domu dziecka do Nibylandii (tam właśnie mieszkali Chłopcy)... I tak przez osiem rozdziałów.
 
Jakub Ćwiek to pisarz, którego okazji nie miałem jeszcze poznać, a już zaskarbił sobie moje serce. Ta książka była wręcz doskonała. Elementy fantastyczne nie przeszkadzały mi (zaczynam lubić ten gatunek, bez względu czy to literatura fantasy, czy fantastyka), a akcja powieści była wartka i dużo działo się w tej książce. Mały kryzys miałem coś koło drugiego, trzeciego rozdziału, ale szybko go zażegnałem. Na zachętę dla wielbicieli Piotrusia Pana: autor, jak wyznał w posłowiu, zainspirował się tą historią, więc znajdziecie coś dla siebie.
 
Niestety, przekleństwa z tej książki wylewają się strumieniami. Nie za bardzo rozumiem takiego zabiegu. Dla mnie to była przesada i będące na prawie każdej stronie k***a było dla mnie nie do zniesienia. Może to dlatego żeby utwierdzić czytelnika, że Chłopcy to "gang wiecznych chłopców, który robi zadymę, gdzie się da, dyma, co się da, i jest śmiesznie"? Nie wiem. W każdym razie, zabiegi Dzwoneczka były słuszne, żeby wypielić z nich te wulgaryzmy. :)
 
To chyba tyle. Wiem, że krótko, ale chyba nic więcej nie wytworzę.

Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję wydawnictwu SQN:)
 

***
Jak może niektórzy zobaczyli, nie komentowałem Waszych blogów przez jakiś tydzień. Już się tłumaczę, miałem zresztą opublikować ogłoszenie o wyjeździe, ale jakoś tak wyszło, że w końcu go nie napisałem. Komputer miałem, ale albo nie było Internetu, albo było coś innego do roboty (wdrapałem się Kasprowy i to pieszo w obie strony!). Moje plany na końcówkę wakacji to czytanie, czytanie, czytanie... I nieustannie oglądam "Glee". Nie wiem, jak ja zniosę trzeci odcinek piątej serii (poryczałem się, mazgaj jeden!, już w ostatnim odcinku pierwszej serii, ale dlaczego nie wiem), bo podobno w tym odcinku mają uśmiercić Finna. Najpierw to ja muszę przebrnąć przez sezon trzeci i czwarty, a kolejne odcinki zaskakują mnie i to pozytywnie. Ja to myślałem, że wszystkie pomysły wykorzystano w pierwszej serii, ale nie ma nic bardziej mylnego. Amerykanie to jednak mistrzowie tworzenia tasiemców (a ma być jeszcze piąta i szósta seria, podobno tylko tyle, aczkolwiek w szóstej serii nie zobaczymy już Emmy, bo podobno aktorka odchodzi).
 
 
We gonna let it burn, burn, burn, burn ;)


22 lipca 2013

Mira Grant "Przegląd Końca Świata: Feed"

 

Tytuł: "Przegląd Końca Świata: Feed"
Autor: Mira Grant
Wydawnictwo: SQN
Liczba strona: 496
Ocena: 6/6

Pewnie wiele osób czytających mojego bloga i moje komentarze pod postami wie, że nie jestem fanem fantastyki, że takie książki ignoruję i czytam inne z gatunku np. romansu. Ale tym razem niespodzianka - w tej recenzji pojawi się książka z gatunku fantasy, który powoli zdobywa moje serce. Najpierw była pierwsza część "Wiedźmina", która wręcz mnie zauroczyła i nie mogę się doczekać, kiedy dotrę do mojej biblioteki i wypożyczę kolejne tomy, a teraz ta pozycja, której pewnie nie wybrałbym, ale mam szczęście współpracować z wydawnictwem SQN i zabrałem tę pozycję do recenzji. Do rzeczy, do rzeczy, zaczynam zanudzać!:)

Tym razem mamy do czynienia z zombie. Główną bohaterką "Przeglądu Końca Świata: Feed" jest Georgia Mason - blogerka, Newsie (to taki rodzaj blogera, który zbiera fakty i tylko fakty, a potem opisuje je na swoim blogu), ma brata Schauna, także blogera, Irwina (to taki człowiek, który dźga np. zombie patykiem i pokazuje nagranie swojej sceny na blogu). Do tego mamy jeszcze Buffy, która pracuje jako Fikcyjna (bloger, który tworzy poezję i opowiadania i publikuje je na swoim blogu). Bohaterowie zostali umieszczeni daleko w przyszłości na Ziemi, która niewątlpiwie zamieniła się w planetę pełną zombie i wirusa Kellis-Amberlee, dziesiątkującego ludzi na świecie, którzy przemieniają się w zombie za jego pomocą. Na każdym kroku badania krwi, noszenie nieustannie broni przy sobie i ciągły strach, że możesz zostać ugryziony przez zombie - taka czeka nas przyszłość według Miry Grant.

Georgia i Shaun zostają osobistymi dziennikarzami senatora Ryamana, który właśnie rozpoczyna kampanię wyborczą na prezydenta USA. Ich zadaniem jest monitorowanie sytuacji, przesyłanie filmów do sieci i po prostu wykonywanie swojej pracy.  Akcja zaczyna się coraz bardziej rozwijać, bohaterowie zostają zaatakowani przez zombie, mimo działającej ochrony (która jednak nie działała, tylko tak myśleli), a córka senatora zostaje brutalnie zamordowana (czytaj: zainfekowana wirusem i umiera, bo wszyscy, którzy zostali zainfekowani, jednym (dwoma w tym przypadku) słowem: przechodzą amplifikację, zostają zastrzeleni). Teraz zadaniem głównych bohaterów staje się odkrycie prawdy w związku z tym morderstwem, ale także w związku innych spraw, które nieustannie zaskakują czytelnika.

Nawet nie spodziewałem się aż tak dobrej książki. Zombie, które pojawiały się tak licznie w tej powieści,  były ciekawym urozmaiceniem wśród tych wszystkich wampirów. Mira Grant stworzyła doskonały thriller, który nie daje się zanudzić na śmierć kolejnymi bardzo dobrze dopracowanymi zamachami, celowym zainfekowaniem kogoś wirusem albo atakiem zombie. Niektóre sceny równie dobrze mogłyby się znaleźć w dobrym filmie akcji.

Autorka zasypuje czytelnika ogromną dawką humoru. Postacie, szczególnie Shaun, zdobyły moją sympatię od początku. Ja się do nich ogromnie przyzwyczaiłem i potem, jak musiałem się z nimi żegnać, trochę smutno mi było. Pisarka nie patyczkowała się ani z głównymi bohaterami, ani innymi ludźmi, nasyłając na nich to kolejne hordy zombie. Trochę trudno było mi się rozstawać z głównymi bohaterami, ale może to i lepiej. Nie było tak "cukierkowo". Najpierw się czepia, że wszyscy mają takie szczęście w książkach (czerwona lampka w Waszych głowach: Harry Hole w poprzedniej recenzji), a potem narzeka, że autorka wybija bohaterów jeden po drugim - tak możecie pomyśleć, ale ja się do nich przyzwyczałem, pokochałem ich, a potem takie zaskoczenie, niestety. Oczywiście, nie powiem, którzy to byli, bo zaraz wszyscy zaczną we mnie rzucać pomidorami i krzyczeć: "spoiler, spoiler", więc podaruję sobię. :) Może maseczka z pomidorów jest dobra na cerę? Ryzykujcie, zmieniam zdanie. :)

Co ja jeszczę mogę powiedzieć o tej książce? Chyba to wszystko, pomysły mi się skończyły. Nie wiem, czy moja opinia może Wam w czymkolwiek pomóc, bo ja to jestem początkujący "czytacz" fantasy, więc moja opinia może być trochę niawiarygodna, co nie zmienia faktu, że książka była doskonała.

Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję wydawnictwu SQN:)

***
Co tam u Was słychać? Bo ja ostatnio oglądam maniakalnie "Glee" i to po angielsku! Dajecie wiarę? Po obejrzeniu kilku odcinków z lektorem na TVP 1 (jakie to jest wkurzające, kiedy nie możesz wyłączyć lektora) i postanowiłem obejrzeć całą serię pierwszą na początek. :) A tak w ogóle to czytam książkę Murakamiego i na pewno Wam ją zrecenzuję. Ten post miał ukazać się wczoraj, ale wystąpiły pewne problemy (nazywajcie to jak chcecie, ale była to wycieczka rowerowa), których nie mogłem przezwyciężyć, bo czułem się jakbym przejechał maraton (nie wiem, ile to było kilometrów, ale coś koło 15, może 20, chyba trochę przesadziłem, mniesza z tym). No i na koniec piosenka. Przesłuchajcie ją i zastanówcie się, czy słowa "please, excuse my writing" są adekwatne do mojego bloga. :) Ja chyba nie piszę aż tak złych tekstów, żeby nie było :)


15 lipca 2013

Jo Nesbo "Karaluchy"

Tytuł: „Karaluchy”
Autor: Jo Nesbo
Wydawnictwo: Audioteka i Wydawnictwo Dolnośląskie
Liczba stron: był to adiobook, co mówi samo za siebie:)
Ocena: 6/6 

Jo Nesbo już krąży i krąży, i krąży po blogosferze, że aż trudno nie przeczytać jego żadnej książki. Mi to się udało dzięki audiobookowi, który wygrałem u Elen U z okazji konkursu z Jo Nesbo. I nie żałuję.

Norwegią wstrząsa zabójstwo ambasadora w Tajlandii. Zostaje on brutalnie zabity nożem w jakimś podejrzanym miejscu. Sprawa jest o tyle nieciekawa dla państwa norweskiego, bo ambasadora zabito w domu publicznym. Norwegia stara rozwiązać się zagadkę tajemniczej śmierci tak ważnej osoby w państwie, tak aby media nie dowiedziały się o jego podejrzanej działalności. Policja szykuje się na rozwiązanie zagadki i wysyła do Tajlandii nie kogo innego jak Harry'ego Hule.

Główny bohater to pijak i hulak, wręcz alkoholik, nieprzestający praktycznie nigdy pić. Wyjeżdża do Tajlandii w celu odkrycia zabójcy, gdzie poznaje Liz Cromley. Liz to policjantka o nietypowej urodzie, bowiem brakuje jej brwi i jest kompletnie łysa. Śledztwo zaczyna się rozkręcać, a czytelnik nie może narzekać na nudę.

Przyznam się, że już od dłuższego czasu miałem ochotę przeczytać jakąkolwiek książkę Jo Nesbo. Udało mi się i jestem po prostu zachwycony. Dużego porównania nie mam, bo to dopiero pierwszy audiobook w moim życiu, a kryminałów też wiele się nie naczytałem, więc i tutaj nie za dobrze.

Książka zaskakuje czytelnika na każdym kroku i nie ma tu mowy o zgadywaniu, kto stoi za zabójstwem (ja przynajmniej nie próbowałem:)). Autor stworzył tylu bohaterów, którzy na początku wydają się czyści jak łza, a potem Harry odkrywa kolejne karty z ich życia, stawiające inne światło na całą sprawę.

Przed sobą mamy kolejną książkę z nieustraszonym, najlepszym i w ogóle naj detektywem. Harry Hole ma oczywiście wady, ale jak to w literaturze bywa, ze wszystkich kłopotów się wygrzebuje. Przywiązany do dna basenu - wychodzi z tego cało, wyrzucony przez okno z któregoś piętra (nie wiem którego, ale nisko to raczej nie było) - wychodzi cało... Ciągle wymyśla jakieś hipotezy, wszystko wie albo się dowiaduje, przez co Liz wychodzi na jakąś kompletną idiotkę, która nic nie wie o prowadzeniu śledztwa i pracowaniu w policji. Heros a nie człowiek. Mimo tego, nie da się tego człowieka nie polubić. :)

Jak już wspominałem książka nie pozwala się zanudzić na śmierć. Autor co rusz wymyśla coś nowego: to porwanie, nieustanne przesłuchanie, to znów jakieś bijatyki czy odcinanie rąk. W tej materii spisał się doskonale, a zakończenie dorównuje całej książce.

Tyle na temat fabuły i bohaterów. Był to audiobook, więc czas i na ten temat się wypowiedzieć. Jako audiobook ta produkcja była doskonała. Znani aktorzy, doskonale grający swoje role, nie odstawali zbytnio od doskonałej muzyki Wojtka Mazolewskiego. Dźwięki miasta i liczne odgłosy spowodowały, że ta produkcja stała się jeszcze bardziej wiarygodna, jeśli chodzi o Bangkok. Klimat stworzony przez narratora i dźwięki bardzo mi się spodobały.

Po wysłuchaniu tego audiobooka stwierdziłem, że ta forma czytania książek nie jest zła. Nie trzeba skupiać się na tekście i można bardziej wczuć się w klimat danej książki, ale tak do końca przekonany nie jestem. Ta bezczynność przy słuchaniu nie za bardzo mi przypadła do gustu. Wolę się skupić na tekście książki (nad tym trzeba też się skupić, ale to co innego moim zdaniem), nie latać po komputerze czy przeglądać inne książki, które mam pod ręką (tak było w moim przypadku podczas słuchania).

Mam nadzieję, że jak najszybciej weźmiecie się, jak nie za audiobook, to chociaż za książkę, bo myślę, że czeka Was bardzo ciekawa podróż przez Tajlandię z Harry'm Hole. :)

31 sierpnia 2012

Eric-Emmanuel Schmitt "Kobieta w lustrze"

Autor: Eric-Emmanuel Schmitt
Tytuł: "Kobieta w lustrze."
Wydawnictwo: Znak liter nova
Ilość stron: 457 
Ocena: 6/6
 
Eric-Emmanuel Schmitt jest jednym z moich ulubionych pisarzy i, czytając "Kobietę w lustrze, nie zawiodłem się, bo ta powieść jest genialna. Wiem, ktoś może sobie pomyśleć, jak każda inna ksiażka recenzowana na tym blogu, no cóż, większość ksiażek oceniam na 6. :) Tym razem autor wprowadza nas w życie trzech kobiet, żyjących w różnych epokach: Anne z Brugii jest kobietą renesansu, która raczej odbiega od katolickiego myślenia swoją poezją i słowami; dwudziestowieczna Hanna von Waldberg prowadzi życie, jakby mogło się wydawać bez trosk, u boku doskonałego męża, jego dziwnej, a za razem nadopiekuńczej rodziny, ale coś stoi na przeszkodzie, żeby całkowicie się spełniła i w końcu docieramy do współczesnej Anny, gwiazdy filmu i kina, która nie stroni od kochanków, alkoholu i narkotyków, ale czy uda się jej znaleźć szczęście? No dobra, może zacznę od początku, opowiem o każdej po trochu.

Anne z Brugii poznajemy w dniu ślubu. Okazuje się być niezwykłą szczęściarą, bo wychodzi za mąż. Szczęście w nieszczęściu, że ma szanse wyjść za mąż za przystojnego i pięknego mężczyznę, który jest nielicznym reprezentantem swojej płci w Brugii, a tu, proszę taka niespodzianka, ucieka do lasu. Czyż ten scenariusz nie jest znany już z wielu filmów, w których panny młode najpierw kochają swoich niedoszłych mężów, a potem uciekają w białych sukniach, może nie do lasu, ale daleko od swojego ukochanego? Nie sądzę, żeby autor posiłkował się na tych komediach romantycznych, bo okazuje się, ze Anne zamieszkuje na kilka dni w tym lesie, a z głodu nie umiera tylko dzięki pomocny mnicha (!), a nie jakiegoś księcia z bajki na białym rumaku. Oczywiście, tutaj autor zaserwował czytelnikowi kilka zwrotów akcji, ale Anne wychodzi cało z kłótni ze swoją kuzynką Idą i zostaje skierowana przez mnicha do beginek, czyli do takiej feministycznej organizacji, w której faceta ani widu, ani słychu. Ma tam odnaleźć swoje rzekome powołanie do bycia zakonnicą czy mistyczką. Skutki tych zamiarów nie są zbyt pozytywne, bo Anne swoimi rozmyślaniami burzy teologię koscioła, wprowadzając duchownych w istną furię, za co przypłaci niemałą karę.
Następna jest Hanna. Wychodzi ona za mąż za Franza von Waldberga. Wiedzie sobie bardzo spokojne życie, otoczona swoją liczną rodziną, która próbuje ją przekonać do zajścia w ciążę. Czytając ten fragment, byłem po prostu "posikany ze śmiechu". Sposób, w jaki rodzina zachęcała Hanne do tej ciąży, rozbawiła mnie do łez, a historia o suczce i jej adoratorze długo zapadnie mi w pamięć. Dla niektórych takie fragmenty mogą być lekko nie na miejscu, ale mi to nie przeszkadzało. Uff! Hanna może sobie oddychnąć, bo zaspokoiła swoją rodziną i zaszła w tę ciążę, tylko że jest jeden szkopuł. Przy porodzie okazuje się, że była to ciąża urojona, a z macicy zamiast dziecka wypłynęła sama woda. Tym razem też pojawia się przedstawiciel tej wielkiej rodziny von Wladberg, a mianowicie ciotka Vivi, która zachęca ją do pójścia na terapię do ucznia Frueda, niejakiego Calgari. Frued był podobno Żydem, a pójście do niego mogło przysporzyć naszej bohaterce sporych kłopotów w środowisku szlacheckim. Autor nie oszczędza Hanny, bo czeka ją jeszcze rozwód, liczne przprowadzki, odkrycie swojej życiowej pasji, czyli psychoanalizy, a także wiele innych ciekawych momentów, które bardzo mocno wpłyną w przyszłości na tryb jej życia.
Trzecią i ostatnią kobietą przedstawioną w tej książce jest Anny Lee, która, jak już wcześnieniej wspominałem, jest gwiazdą kinową i filmową. Jej życie odbiega od życia wielu nastolatek. Narkotyki, alkohol dla niej są codziennością, a facetów zmienia jak rękawiczki. Jej życie nagle obraca się o 180 stopni, bo, jak to często bywa z narkomananami, Anny przedawkowała. Spital, łóżka, lekarstwa, pielęgniarze to jej nie ominie, ale co ciekawe, można by dopisać do tej listy kamery. Okazuje się, że jej powrót do formy ma być ciągle filmowany. Mloda gwiazda zbytnio się temu nie sprzeciwia, głównie dzięki Johannie, jej stylistce i menadżerce, która chce dla niej najlepiej. I tutaj pojawia się Ethan, młody pielęgniarz, który pracuje w tym szpitalu. Jak się później okazuje iskrzy pomiędzy nimi, co się kończy wyrzuceniem Ethana ze szpitala i spędzeniem przez niego pięciu miesięcy w więzieniu, ale dlaczego, to sami się dowiecie, jak przeczytacie.
Wielu z Was może sobie zadawać pytanie, dlaczego autor podjął się trudu pisania aż trzech różnych "życiorysów" trzech różnych osób. Dobre pytanie. Z tej ksiażki mogłyby powstać trzy oddzielne ksiażki, które autor mógłby wydać osobno, podobne jak "Oskara i panią Różę" czy "Dziecko Noego". W tym przypadku bardzo dobrze się stało, że ta ksiażka jest tak gruba, bo każda z tych trzech pań jest ze sobą powiązana przez postać Anne z Brugii, ale więcej nie powiem, żebyście znowu nie posądzili mnie o "spoilerowanie".
Jeśli chodzi o ksiażkę, nie mam żadnych uwag. Pierwszą cechą, która rzuca mi się w oczy i odróżnia się innych książek p. Schmitta to humor. Ta ksiażka jest inna od poprzednich, bo nie jest tak smętna, i jej głównym motywem nie są rozważania na temat śmierci, mimo że śmierć też się pojawia w tej pozycji.
Kolejnym miłym zaskoczeniem było poruszenie takich tematów jak alkohol, narkotyki czy seks. Ten autor kojarzy mi się z reguły z rozważaniami na temat śmierci, życia czy innych tematów. "Kobieta w lustrze" wydaje mi sie całkowicie inna od jej poprzedniczek.
Jeśli chodzi o akcję, tez nie mogę się do niczego przyczepić. Są momenty, w których chce się czytać o danej bohaterce i jej perypetiach, bo krótkie rozdziały są tak skonstruowane, że autor kończy go w jakimś nieoczekiwanym momencie i trzeba czekać kolejne trzy rozdziały na losy danej bohaterki, co trzyma w napięciu i nie pozwala oderwać się od tej ksiązki.
Mam nadzieję, że po przeczytaniu mojej recenzji, jeśli w ogóle przeczytacie, bo trochę się "rozrosła", osoby, które jeszcze nie czytały ksiażek tego autora, od razu pobiegną do biblioteki czy księgarnii i zaopatrzą się w egzemplarze, bo naprawdę warto. Od "Kobiety w lustrze" nie mogłem się oderwać, a reszta ksiażek tego autora, które, rzecz jasna, czytałem, bo wszystkich jeszcze nie przeczytałem, też zasługują na uznanie.
----------
U mnie jak na razie deszczowo i chyba nie zapowiada się, żeby koniec wakacji zakończył się słonecznie. Co do sprawy bloga: na razie się zastanawiam, co z tym fantem zrobić, a decyzja jest naprawdę trudna. No właśnie, chciałbym Wam wszystkim, a raczej Waszym blogom, życzyć jak najwięcej recenzji i ksiażek przeczytanych z okazji  Międzynarodowego Dnia Bloga. :)  Podobno jest taka tradycja, że nominuje się pięć blogów, które najbardziej przypadły do gustu danej osobie, ale ja tak nie zrobię. Nominuję wszystkie 48 blogów, które mnie obserwują i wszystkich, którzy zostawiają komentarze pod notkami. Większość blogów jest w tej zakładce "Zaglądam", a jeśli nie ma, to po prostu odezwał się we mnie "Pan Leń". :) Do tego zdjęcia, które znalazłem w Internecie, można by dodać: "... but I haven't enough time to blog..." :)