Dzisiaj mam Wam do przedstawienia książkę od wydawnictwa SQN, z którą miałem okazję się ostatnio zapoznać. :)
Historia Jakuba Ćwieka kręci się wokół tytułowych Chłopców, którzy są motocyklistami, nie tak bardzo zwykłymi, jak mogłoby się nam wydawać. Różnią się tym od zwykłych motocyklistów tym, że zajmują się unicestwianiem Grzybiarzy, czyli istot pożerających ludzi. Wygląda to mnie więcej tak: przychodzi sobie głodny Grzybiarz i zaczyna cię zjadać, a Chłopcy są po to, żeby usunąć twoje ciało i Grzybiarzy i zapobiegać rozprzestrzenianiu się infekcji (po ich zabiciu masa szczurów zaczyna sobie wychodzić z twojego ciała). Dodatkowo mają magiczne maszyny, którymi mogą bardzo szybko podróżować specjalnymi tunelami.
I taką właśnie sytuację serwuje nam autor na początek (tzn. Grzybiarz dobierający się do prostytutki). Tinka, kelnerka, zostaje zwerbowana przez Milczka do bezpiecznego miejsca, a reszta z bandy zajmuje się posprzątaniem całego bałaganu (czytaj: spalenie knajpy). W późniejszych rozdziałach autor pokazuje się z innej, ale także interesującej strony. Możemy w nich poczytać o: porwaniu Dzwoneczka, historii Kubusia, próbie zwerbowania przez motocyklistów jednego z przedsiębiorców (chodzi tu dokładnie o wykorzystanie szybkich motorów w transporcie towarów), wycieczkach dzieci z domu dziecka do Nibylandii (tam właśnie mieszkali Chłopcy)... I tak przez osiem rozdziałów.
Jakub Ćwiek to pisarz, którego okazji nie miałem jeszcze poznać, a już zaskarbił sobie moje serce. Ta książka była wręcz doskonała. Elementy fantastyczne nie przeszkadzały mi (zaczynam lubić ten gatunek, bez względu czy to literatura fantasy, czy fantastyka), a akcja powieści była wartka i dużo działo się w tej książce. Mały kryzys miałem coś koło drugiego, trzeciego rozdziału, ale szybko go zażegnałem. Na zachętę dla wielbicieli Piotrusia Pana: autor, jak wyznał w posłowiu, zainspirował się tą historią, więc znajdziecie coś dla siebie.
Niestety, przekleństwa z tej książki wylewają się strumieniami. Nie za bardzo rozumiem takiego zabiegu. Dla mnie to była przesada i będące na prawie każdej stronie k***a było dla mnie nie do zniesienia. Może to dlatego żeby utwierdzić czytelnika, że Chłopcy to "gang wiecznych chłopców, który robi zadymę, gdzie się da, dyma, co się da, i jest śmiesznie"? Nie wiem. W każdym razie, zabiegi Dzwoneczka były słuszne, żeby wypielić z nich te wulgaryzmy. :)
To chyba tyle. Wiem, że krótko, ale chyba nic więcej nie wytworzę.
Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję wydawnictwu SQN:)
***
Jak może niektórzy zobaczyli, nie komentowałem Waszych blogów przez jakiś tydzień. Już się tłumaczę, miałem zresztą opublikować ogłoszenie o wyjeździe, ale jakoś tak wyszło, że w końcu go nie napisałem. Komputer miałem, ale albo nie było Internetu, albo było coś innego do roboty (wdrapałem się Kasprowy i to pieszo w obie strony!). Moje plany na końcówkę wakacji to czytanie, czytanie, czytanie... I nieustannie oglądam "Glee". Nie wiem, jak ja zniosę trzeci odcinek piątej serii (poryczałem się, mazgaj jeden!, już w ostatnim odcinku pierwszej serii, ale dlaczego nie wiem), bo podobno w tym odcinku mają uśmiercić Finna. Najpierw to ja muszę przebrnąć przez sezon trzeci i czwarty, a kolejne odcinki zaskakują mnie i to pozytywnie. Ja to myślałem, że wszystkie pomysły wykorzystano w pierwszej serii, ale nie ma nic bardziej mylnego. Amerykanie to jednak mistrzowie tworzenia tasiemców (a ma być jeszcze piąta i szósta seria, podobno tylko tyle, aczkolwiek w szóstej serii nie zobaczymy już Emmy, bo podobno aktorka odchodzi).
Autorzy: Alex Kava, Erica Spindler, J. T. Ellison
Tytuł: "Cieni nocy"
Wydawnictwo: G+J
Ilość stron: 184
Ocena: 3/6
Alex Kava, Erica Spindler i J. T. Ellison to znane
autorki licznych kryminałów, thrillerów i powieści sensacyjnych.
Tym razem postanowiły zjednoczyć siły i napisać wspólnie
powieść. Jaki był tego efekt? Przeczytajcie i sami się
przekonajcie. :) W nawiasach obok imion i nazwisk śledczych podałem
nazwisko autorki danej części powieści. :)
W USA grasuje seryjny morderca, który zabija
kolejnych bezdomnych. Jego działanie jest bardzo
charakterystyczne.
Każdy z zamordowanych kończy swoje życie z wbitym nożem pod
mostek, w wyniku czego serce i płuca (płuca nie zawsze) zostają
uszkodzone i delikwent umiera. Morderca ma bardzo przemyślany plan i
wykonuje swoją robotę profesjonalnie. Czy uda się go złapać? Czy
zrobi w końcu jakiś błąd?
Na pierwszy ogień zostaje rzucona Stacy Killian
(Erica Spindler), która ma okazję znaleźć dziewczynę i
mężczyznę. Oboje bezdomni, dziewczyna z małym dzieckiem, które
gdzieś zostawiła i to właśnie staje się priorytetem detektyw,
czyli odnalezienie dziecka. Szczególnie skupia się na tym zadaniu
ze względu na swoją przeszłość.
Kolejna to Taylor Jackson (J. T. Ellison), która
prowadzi śledztwo w sprawie Virginii Go - Go Dunham. Ta z kolei to
nastolatka nadużywająca narkotyki, tańcząca w klubach go - go
(stąd przezwisko), kieszonkowiec, także bezdomna. Kolejną ofiarą
jest Heath Stover - bliski znajomy zabójcy, nie było mu na rękę,
więc go zlikwidował i wrzucił później do wody.
I ostatnia pani komisarz - detektyw to Magie O'Dell
(Alex Kava). Oczywiście, i tu nie obyło się bez trupa, bo morderca
zabił bezdomnego mężczyznę.
Zabrakło mi w tej książce jakiekolwiek
zaskoczenia. Trupy pojawiały się w zastraszającym tempie, a
śledcze prowadziły swoje śledztwa i tyle. Nic nadzwyczajnego. Nie
miałem ani ochoty obgryzać paznokci z powodu strachu, ani nie
wciągnęło mnie to ani trochę. W kryminałach, jakie dotychczas
czytałem, było o wiele ciekawiej. Jo Nesbo przeszedł samego siebie
(tu wręcz aż trudno było się nudzić), a Chmielewska w "Upiornym
legacie" też mnie nie zawiodła. Wybrałem tę pozycję ze względu na Alex Kavę, którą
wszyscy tak wychwalają i niestety, się pomyliłem. Czytałem jedną
książkę Schmitta, w której cytował wypowiedź jakiegoś krytyka,
że jeśli jest jeden trup w książce, to da się to znieść, jeśli
dwa, trochę gorzej, a jeśli więcej niż dwa, to w ogóle klapa. I
ta zasada chyba się sprawdza na przykładzie tej książki.
Najlepsza część? Ta książka była podzielona na
trzy części, o czym jeszcze nie wspomniałem. Erica Spindler
obmyśliła pierwszą część, pałeczkę przejęła J. T. Ellison,
a za zakończenie była odpowiedzialna Alex Kava. I ja
właśnie wybieram Kavę, a resztę stawiam na drugim miejscu.
Wybrałem Kavę z tego względu, że wymyśliła całkiem niezłe
zakończenie, które spowodowało, że akcja stała się żywsza, bardziej dynamiczna. Spisała
się tym zakończeniem bardzo dobrze.
Może miałem za duże oczekiwania? Książka Kavy
czeka spokojnie na moim biurku na przeczytanie, więc już nie mogę
się doczekać, kiedy po nią sięgnę i czy przekonam się do tej
pisarki. W każdym razie pomysł był ciekawy, ale zawiodło mnie
wykonanie.
Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję wydawnictwu G+J:)
Tytuł: "Zdarzyło się w Marienbadzie. Miłość, polityka, intryga" Wydawnictwo: PWN
Ilość stron: 303 Ocena: 4/6
Edward VII. Dla jednych osób to postać dobrze znana, a dla drugich wręcz przeciwnie. Ja zaliczałem się do tych drugich, ale po przeczytaniu tej książki trochę mi się rozjaśniło o tej sławnej postaci. Dla osób, które nie lubią tego typu książek, rozważania o Edwardzie na 303 stronach to całkiem nudne i dziwne wywody, ale tak trochę autorka się rozwlekła.
Król Edward znany był ze swojego życia, które odbiegało od ówczesnych reguł. Pił, palił, ciągle flirtował i rozkochiwał inne kobiety, a jego żona zostawała na pastwę losu, kiedy on zabawiał się ze swoją kochanką... Takie było właśnie jego życie i postanowił wyruszyć do Marienbadu na coroczną samotną wycieczkę ze swoim psem (wabił się Cezar), grupką służących, opuszczając żonę oraz uciążliwe kochanki. Wiadomo, co trzeba robić, gdy król przyjeżdża do takiej miejscowości jak Marienbad, więc burmistrz zmobilizował całe miasto do przygotowania tego całego spektaklu na cześć Edwarda. W tamtych czasach Europa była dosyć niebezpiecznym miejscem dla królów, którzy żyli w ciągłym niebezpieczeństwie o to, czy tę podróż przeżyją, czy spoczną w trumnie. Do tak zaszczytnego zadania, jakim była ochrona króla, został mianowany inspektor Hepner. Był on niezmiernie potrzebny, bo osobisty agent króla nie mógł przyjechać razem z nim.
I teraz autorka wprowadziła Mitzie, która prowadziła swój własny warsztat kapeluszniczy. Przyjemnie jej się żyło, ale nie może to trwać wiecznie. Zakochała się ona bowiem w Edwardzie. Jako kapeluszniczka zrobiła królowi nakrycie głowy, które sobie zażyczył, oraz wyruszyła z nim na wycieczkę prywatnym samochodem króla. Ta wycieczka mogła przysporzyć wiele radości następcy tronu angielskiego, bo o mało co, a skończyłaby się śmiercią króla.
Autorka wplotła wątek detektywistyczny i kryminalny do tej książki. Wątek detektywistyczny wiąże się z ochroną króla przed różnymi spadającymi popielniczkami czy innymi czynami, które mogły jemu zagrozić. Inspektor Hepner przy udziale Betty (pozornie pisze pamiętnik, ale jest detektywem) powoli odkrywają cały spisek przeciw królowi.
Wątek kryminalny nie do końca się udał, moim zdaniem. Specjalistą od kryminałów nie jestem, ale po tym, jak pojawił się motyw trupa-mnicha, którego wyłowiono z bagna, w środku książki, to akcja dopiero rozwinęła się pod koniec powieści, ale o tym sza! Nie powiem Wam o tym, bo i tak dużo powiedziałem, a ta scena zmierza ku zakończeniu. P. Kaplan mogła trochę odejść od prawdy historycznej i wpleść bardziej dramatyczne wątki, a tu zaskoczenie, niekoniecznie pozytywne. Trochę żałuję, że ta książka nie mogła być napisana w oryginale po polsku, jeśli pisała to Polka, bo niestety nazwisko tłumacza pojawia się, ale cóż można zrobić.
Podsumowując, książka nie stanie się bestsellerem wakacyjnym, ale może ktoś, kto interesuje się historią
Anglii, przeczyta.
Za egzemplarz recenzencki bardzo dziękuję Wydawnictwu PWN:)
----------
Autor: Mike Clayton
Tytuł: "Zarządzanie stresem, czyli jak sobie radzić w trudnych sytuacjach" Wydawnictwo: Edgard
Ilość stron: 205 Ocena: 5/6
Stres jest to reakcja organizmu, która przygotowuje organizm do większej aktywności. Mamy stres pozytywny i negatywny. Tyle pamiętam z mojej książki od biologii o stresie (no, może trochę więcej, ale nie będę Was zanudzał), ale czy nie warto czasami skorzystać z pomocy specjalisty? I oto właśnie przedstawiam poradnik pt. "Zarządzanie stresem" Mike'a Claytona.
Jak każdy poradnik, książka wprowadza czytelnika w świat stresu, jego rodzajów i potencjalnych stresorów w naszym życiu. Kolejne rozdziały pomagają skutecznie zwalczać ten stres. W tym wypadku autor postarał się i omówił prawie wszystkie sfery naszego życia. Jeżeli nie możesz poradzić sobie ze swoim otoczeniem: zorganizuj się; uwierz, że jesteś w stanie kontrolować swoje życie; twórz nowe znajomości; a na pewno poradzisz sobie ze stresem w swoim otoczeniu. "Kontrola nad fizjologicznymi reakcjami na stres", "Kontrola nad otoczeniem", "Kontrola nad czasem", "Kontrola nad nastawieniem", "Kontrola nad mentalną reakcją na stres" to są tytuły wszystkich rozdziałów, w których autor radzi czytelnikowi, jak eliminować stres.
Kolejnym ważnym rozdziałem jest rozdział pt. "Zarządzanie stresem w pracy". Ta część akurat może być przydatna dla menedżerów, którzy poszukują sposobu na walkę ze stresem w miejscu pracy. Autor podał kilka rozwiązań dla takich osób, które mogą mieć z tym problemy.
Oczywiście, nie można zapomnieć o konfliktach, które powodują sytuacje stresowe. Wątpliwości, jak rozpoznać konflikt, metody walki z konfliktami, mediacja i arbitraż nie będą nikomu spędzały snu z powiek po przeczytaniu tego rozdziału.
Jeden z ostatnich rozdziałów porusza temat zmiany, która może bardzo zmienić człowieka, ale też zestresować. Autor w bardzo ciekawy sposób pokazał mechanizm powstawania zmian i sposób walki z nimi. Oczywiście, nie pominął drogi, jaką człowiek musi pokonać, aby zwalczyć tę zmianę. Najpierw mamy wyparcie (mózg odrzuca niewygodne fakty i udaje, ze nic się nie dzieje) i emocje (tu chyba wszystko jasne. Potem następuje okres oporu (stan buntu, który nie pozwala zaakceptować zmiany. W końcu przychodzi okres rozpoznania, akceptacji i zaangażowania się w sprawę. Autor podkreśla, że aby zaakceptować zmianę należy przejść wszystkie etapy, bo nawet bez jednego nie jest się w stanie zaakceptować zmiany.
Wiem, że wielu z Was, komentując ten wpis, napisze, że nie ma zaufania do poradników, bo nie zawsze mówią prawdę, albo że poradniki są dla słabeuszy. Może wreszcie warto przekonać się do tego typu książek, co? Wydawnictwo Edgard dopełniło wszelkich starań, aby podręcznik był przejrzysty, a autor tłumaczy wszystko w zrozumiały sposób. Szata graficzna jest bardzo minimalistyczna, a podsumowania po każdym rozdziale są też bardzo przejrzyste. Nic dodać, nic ując, tylko przeczytać!
Za egzemplarz recenzencki bardzo dziękuję Wydawnictwu Edgard:)
---------
TAG goni TAG. Pozwolę sobie powtórzyć te słowa po Nevermore, która zaprosiła mmnie do kolejnej blogowej zabawy.
1. Bannerem jest owo zdjęcie, które pojawia się u mnie i u każdej oTAGowanej osoby.
2. Napisz, kto Cię oTAGował.
3. Wypisz wszystkie drobne rzeczy, które przychodzą Ci do głowy, które lubisz, które czynią Cię szczęśliwym, te wszystkie drobnostki, dla których warto żyć. Szczególnie te najdrobniejsze i te, które wydają się zbyt banalne, by je wymienić, ale które poprawiają Ci humor.
4. OTAGuj kilka osób.
Lubię:
czytać książki, pisać o ksiażkach i prowadzić bloga (po napisaniu recenzji czasami mam ochotę pozbyć się mojego komputera, bo daje mi taką jazdę bez trzymanki:)). Myślę, że wielkiego zaskoczenia przy tym punkcie nie ma, bo wszyscy, którzy prowadzą bloga, tak mają. Zresztą blog zmusza mnie do regularnego czytania, a z tym kiedyś nie zawsze tak było.
owoce. Brzoskwinie, truskawki i wiele, wiele innych, ale arbuzów nie cierpię i nawet nie włożę ich do ust.
słuchać muzyki. Wszelkiego rodzaju popu, tego zresztą prawie każdy słucha, rock, muzyka klasyczna, heavy metal, rap czy hip-hop odpadają. Wśród moich ulubionych wokalistów i zespołów znajdują się: Adel, Florence+the Machine, Rihanna, Lady Gaga, Madonna...
taniec. Siatkówka czy piłka nożna to nie moja bajka. Jeśli zobaczy mnie ktoś strzelającego bramkę, zobaczy czynność, która w moim słowniku praktycznie nie istnieje. Cha-cha, walce (no, może wiedeński już nie do końca, bo strasznie trudno się go tańczy, ale angielski już lepiej mi idzie) to jest mój żywioł. :)
czytać książki młodzieżowe i przeznaczone dla dziewczyn. "Jeżycjada" czy książki p. Siesickiej, które męczyłem przez całe ferie i w końcu zmęczyłem wszystkie jej pozycje z biblioteki, są tego przykładem. Ostatnio wzięło mi się na książki o Ani z Zielonego Wzgórza i też konsekwentnie czytam ten cykl do końca.
szczęśliwe zakończenia. Nie ma to, jak popatrzeć sobie na szczęście innych, kiedy się akurat tego szczęścia nie ma w swoim życiu prywatnym. :)
komedie romantyczne. To też raczej należy bardziej do kobiecego świata, ale dlaczego je m. in. lubię, możecie zobaczyć w poprzednim podpunkcie.
ciastka, ciasteczka, czekoladę, słodycze w każdym wydaniu. Bez słodyczy ani rusz, a potem efekt pojawia się na twarzy, niestety.
jeśli chodzi o szkołę, najbardziej bliskie mojemu sercu są biologia i chemia.
jeść płatki "Cornflakes" z jogurtem brzoskwiniowym czy "Monte":), ale nigdy z zimnym mlekiem. Nie wiem, jak ludzie mogą jeść płatki z zimnym mlekiem i miodem, albo pić zimne mleko prosto z kartonika, jak to jest pokazane w wielu filmach.
seriale. "Brzydula", "Majka", "Prosto w serce", "Julia" czy "Prawo Agaty" to są te seriale, które uwielbiam. "M jak miłość" chyba bym do grupy moich ulubionych filmów nie zaliczył.
Nikogo nie będę nominował, bo chyba większość z Was brała już w tym udział. Jeśli ktoś nie był, niech napisze w komentarzu, to go dodam!:) I na koniec jeszcze piosenka, która łamie moją niechęć do rapu. :)
Jodi Picoult to pisarka, która zmieniła współczesną literaturę. Pisze naprawdę kontrowersyjne książki, ale zagości w moim sercu i mojej głowie na długo. Może są osoby, które słyszą to nazwisko pierwszy raz czy słyszały, a nie czytały żadnej jej książek. Wiem, że teraz może to zabrzmieć jak reklama z jakiegoś taniego supermarketu, który świeci pustkami, ale kto nie czytał tej książki, niech niezwłocznie ją przeczyta! Powód? Książki tej autorki zasługują na uznanie, bo są napisane bardzo dobrze i prawie nic im nie brakuje, moim zdaniem.
Początek opowieści nie zwiastuje niczego złego. Mamy sobie szczęśliwą rodzinę: June, Elisabeth i Kurta Nealów. Żyją sobie jak każda rodzina aż do czasu. Pewnego dnia Shy Bourne wpada do ich domu i "zabija" Elisabeth (córkę June) i Kurta (męża June). Co najciekawsze w tej historii June zachodzi w ciążę z Kurtem i kilka lat później okazuje się, że jej córka ma chore serce i wkrótce może umrzeć.
- Nazywam się Maggie Bloom. Jestem prawniczką, pracującą dla ACLU i chyba wiem, jak uchronić cię od egzekucji.
- Dzięki - odparł uprzejmym tonem. - Ale nie o to mi chodzi.
- Słucham? - miałam wrażenie, że się przesłyszałam.
- Nie chcę, żebyś ocaliła mi życie, chcę tylko, żebyś ocaliła moje serce.
Takimi słowami przywitał Shy Bourne Maggie Bloom, prawniczkę z organizacji walczącej o prawa ludzi. Shy Bourne trafił do więzienia za to "zabójstwo" wyrokiem rady przysięgłych, która bez większego zastanowienia orzekła wyrok. W tej radzie zasiadał Micheal Wright, który kilka lat później został księdzem, ale o tym za chwilę. Maggie miała oczywiście inny plan, bo chciała, go utrzymać przy życiu, ale on miał inny pomysł. W tym momencie zaczyna się walka o to, aby Shy nie został stracony przez podanie mu trucizny tylko przez powieszenie, bo w tej sytuacji narządy nie nadawałyby się do transplantacji.
Niech nikt sobie nie wyobraża, że książka skończyła się tylko na stu stronach. Teraz wkracza ojciec Michael, który próbuje rozmawiać i spędzać czas z Shy'em. Liczne jego rozmowy i czyny, jakich dokonuje Shy utwierdzają go w przekonaniu, że "morderca" jest cudotwórcą. Na początku dziwne zdarzenie z wodą z kranu, w której było wino (powodu nie poznano), "rozmnożenie gumy", liczne cytaty z ewangelii św. Tomasza (Shy nie był człowiekiem wierzącym, nie wspominając już o ewangelii, której nikt prawie nie zna), której Kościół nie uznaje, i na końcu dziwne zachowanie Shy'a.
Książka trzyma w napięciu. June raz decyduje się na serce, potem odmawia i znowu je przyjmuje. Nie obyło się bez wątku miłosnego czy opisów kary śmierci przez powieszenie (tego nie będę cytował, bo jest to dosyć przerażające). Autorka przez te pięćset strona nie zanudza czytelnika, tylko jeszcze bardziej zachęca do przeczytania tej książki do końca. Pewnie będziecie się zastanawiać, dlaczego niektóre wyrazy typu "zabił" są w cudzysłowiu. Nie, to nie jest błąd interpunkcyjny, bo po przeczytaniu tej książki możecie diametralnie zmienić zdanie o Shay'u. Jak na pierwsze spotkanie myślę, że było ono bardzo udane. Nie umiem porównać tej książki do innych książek tej autorki, bo ich nie czytałem. Słyszałem, że inne pozycje pani Picoult są o wiele lepsze i lepiej zacząć przygodę z jej twórczością od "Bez mojej zgody". Ja przynajmniej nie żałuję, bo bardzo dobrze się to czytało i nie dłużyło mi się to wcale.
---------
Zakończenie roku i wreszcie wakacje! Trochę się zawiodłem, bo dostałem książkę pt. "Świat Zofii" Gaardera, którą ostro zmieszałem z błotem na moim porzednim blogu (to jest [Link] do tego posta, macie okazję pośmiać się z mojego starego bloga, początki nie są zawsze łatwe, a te były jakieś katastroficzne:)). Tak myślę nad zorganizowaniem konkursu z okazji pierwszej rocznicy założenia bloga na Onecie i drugą okazję, czyli pół roku od moich "przenosin" na Blogspota, ale czy to wypali, nie wiem. Z Anią idzie mi bardzo dobrze, bo już czwarty tom sobie wypożyczyłem z biblioteki. Kiedyś napiszę o tym krótką opinię pod jakąś recenzją. Dzisiaj już tego nie zamieszczę, bo znowu wyjdzie z tego jakiś elaborat. Przy poprzednim poście miałem podzielić się z Wami moimi wrażeniami po obejrzeniu "Igrzysk śmierci", ale to też w najbliższym czasie. Teraz czytam "Szukając Noel" i recenzja powinna pojawić się wkrótce. No i na koniec jeszcze jedna piosenka, która ostatnio często leci w radiu i bardzo mi się podoba.
Tytuł: "Mistrzostwa Europy w piłce nożnej" Wydawnictwo: Publicat
Ilość stron: 208
Ocena: 6/6
Na pierwszy ogień pójdzie książka pt. "Mistrzostwa Europy w piłce nożnej". Mistrzostwa Europy można postrzegać na dwa sposoby. "Koko Euro spoko" (ostatnio moja polonistka tłumaczyła mnie i moim kolegom, że walka o prawa autorskie jest bezpodstawna, bo piosenka została napisana na podstawie motywów ludowych, które istnieją od zarania dziejów...); minister Mucha, która mówi raz tak, a potem już inaczej (w mediach mówi się o zmianie w rządzie Donalda Tuska, więc nie wiadomo, kto pójdzie pierwszy do "odstrzału"); Franciszek Smuda, który i tak utracił już posadę, bo Polska nie wyszła z grupy to negatywne skojarzenia. Mamy też pozytywne skojarzenia, czyli walka o medale (nie zawsze fair play, ale jakaś tam jest), emocje czy kibice Irlandii, którzy kibicują swojej drużynie do końca, mimo że dobrze im nie poszło. Na początku myślałem, że się zaliczę do tych sceptyków Euro w Polsce, ale tak się stało, że moje poglądy trochę się zmieniły i zacząłem oglądać te mecze. Pewnie głównie dzięki tej książce, bo zapisywałem wyniki meczy, ale o tym za chwilę.
Autorka zrobiła z tego kompendium wiedzy o Mistrzostwach Europy. Na początku pojawiła się krótka historia futbolu. Pierwsi ich działacze, pierwsze zawody, puchary to wszystko można wyczytać z tego wstępu. Moim zdaniem była to najciekawsza część tej książki.
Kolejny rozdział tej książki dokładnie opisuje każde mistrzostwa od tych pierwszych w 1958 roku do tych ostatnich w 2006 roku. Autorka naprawdę się postarała. Do każdych mistrzostw jest krótki wstęp, który opisuje skład grup, faworytów każdej z grup i wiele ciekawostek na temat danych rozgrywek. Następnie zostały rozpisane każde mecz krok po kroku. Żółte i czerwone kartki, zawodnicy, którzy szczelili gole i grali w tym meczu, tabele z punktami wszystko jest to bardzo czytelne i nie sposób się pogubić.
No i trzecia część tego poradnika to część nieuzupełniona, w której każdy może rozpisywać sobie wyniki meczów i punkty Euro 2012.
Moja ogólna ocena tej książki jest bardzo pozytywna i mogę ją polecić każdemu, mimo że już prawie po Mistrzostwach, ale warto to przeczytać.
----------
Autor: Brian Haughton
Tytuł: "Przewodnik po zjawiskach paranormalnych" Wydawnictwo: Publicat
llość stron: 224
Ocena: 5/6
No i druga książka, którą dostałem od wydawnictwa Publicat to: "Przewodnik po zjawiskach paranormalnych". Na początku sobie ją tak przeglądałem i większych oporów nie miałem, ale po tym jak zacząłem ją czytać o 11 w nocy odczucia już nie były takie ciekawe.
Oczywiście, na początku pojawił się krótki wstęp, dzięki któremu czytelnik jest wstanie rozpoznawać i rozumieć pojęcia użyte w tej pozycji. Książka jest podzielona na trzy części: szósty zmysł (umiejętność przekazywania informacji bez użycia pięciu zmysłów), władza umysłu na materią (umiejętność przenoszenia przedmiotów na odległość bez dotyku) i przebywanie poza ciałem (tutaj chyba wszystko jest jasne).
W każdym rozdziale zostały opisane dokładnie techniki, które stosują te osoby. Autor przedstawił, w jaki sposób te osoby dokonują tych nadnaturalnych rzeczy oraz liczne doświadczenia, które miały przekonać sceptyków do tych umiejętności. Jednak zawsze znajdzie się grupa osób, które w to nie wierzą i z pewnością mają rację. Z reguły to jest tak, że można prawie wszystkie umiejętności wytłumaczyć naukowo. Przykładowo widzenie aury można wytłumaczyć tym, że siatkówka staje się przemęczona przez długie patrzenie na dany obiekt i powstaje zjawisko powidoku. Podczas eksperymentów różnych naukowców dochodziło do licznych oszustw, które źle wpływały na "renomę" tej osoby, bo i tak miała już ona dużą grupę sceptyków. Przepowiednie jasnowidzów nie zawsze były zgodne z prawdą, co też źle wpływało na ich wizerunek.
Pod koniec każdej omówionej umiejętności zostaje przedstawiona osoba, która rzekomo dokonywała takie nadprzyrodzone rzeczy. Jednym z najbardziej interesujących przykładów był przykład Natalii Demkiny, którą nazwano "dziewczyną z rentgenem w oczach". Jej umiejętności polegały na tym, że potrafiła odczytać daną chorobę bez badań lekarskich, bo rzekomo widziała wnętrze ludzkiego ciała. Zrobiono liczne testy z udziałem Natalii, najsłynniejszy jest ten z 2004, w którym dziewczyna miała odgadnąć pięciu chorych pacjentów na siedmiu pacjentów. Nie udało jej się to, bo odkryła tylko cztery przypadki.
Dodatkowo na końcu każdego rozdziału pojawia się doświadczenie, które ma wykryć u czytelnika te magiczne umiejętności. Nie będę ich robił, bo nie chcę wiedzieć, co we mnie siedzi.:)
Książkę oceniam dosyć dobrze. Wszystko zostało opisane bardzo drobiazgowo. Liczne zdjęcia wskazują na posiadanie tych umiejętności, a szata graficzna też jest dopracowana. Nic dodać, nic ując, po prostu.
Za egzemplarze recenzenckie bardzo dziękuję wydawnictwu Publicat:)
----------
Wiem, że ten post zrobił się monstrualnie długi, ale jeszcze chciałem Wam pokazać mój stosik.
Zaczynam wymieniać od góry:
1. Richard Paul Evans "Szukając Noel" - zakup własny, Znak (zobaczyłem przecenę na stronie wydawnictwa Znak i kupiłem)
2. Eric Emmanuel Schmitt "Kobieta w lustrze" - j.w. (uwielbiam tego autora, a że wydał kolejną książkę, postanowiłem kupić za połowę ceny)
3. John Marsden "Jutro" - j.w. (wszyscy czytają albo "Jutro", albo "Gone", więc pora i na mnie)
4. Jodi Picoult "Przemiana" - zakup własny, Prószyński i S-ka (nie czytałem książek tej autorki, a że byłem w Empiku, to sobie kupiłem i nie żałuję)
5. Olga Tokarczuk "E.E." - z biblioteki, Wydawnictwo Literackie (mój historyk-polonista polecał mi książki tej autorki, więc poszedłem do biblioteki i wypożyczyłem)
6. Lucy Maud Montgomery "Ania z Avonlea" - z biblioteki, Nasza Księgarnia (recenzji tej książki nie opublikuję, ale spodobała mi się, bo już przeczytałem)
7. Lucy Maud Montgomery "Ania na uniwersytecie" - j.w. (tej jeszcze nie przeczytałem)
Tytuł: "Africanus. Syn konsula" Wydawnictwo: Esprit
Ilość stron: 423
Ocena: 6/6
Temat wojen punickich nie jest pewnie nikomu obcy dzięki lekcji historii. Hannibal był, jak na tamte czasy,wielkim wodzem. Jego taktyka zgubiła wielu konsulów, a pomysłu ze słoniami nikt się nie spodziewał. Patrząc na zdanie na okładce, można stwierdzić, że każde imperium ma swój początek i... swój koniec. Lecz nie tym razem. Rzym przetrwa dzięki Publiuszowi Korneliuszowi Scypionowi Afrykańskiemu i rzeszy innych ludzi, którzy polegli po to, aby inni nie popełnili tych samych błędów.
Historia zaczyna się, kiedy Publiusz Korneliusz Scypion ojciec (ojciec P. K. S. Afrykańskiego) i Gnejusz Korneliusz Scypion (wujek Africanusa) idą na przedstawienie. Dla mieszkańców Rzymu była to nowa rozrywka prosto z Grecji. Ojciec Africanusa był wielkim miłośnikiem teatru, a jego brat już nie podzielał tych zainteresowań, więc jeżeli nadała się okazja, on od razu wziął udział w bitwie ulicznej.
Tuta pierwszy raz pojawia się wątek Tytusa i trupy teatralnej. Tytus wprawdzie nie jest jej szefem, ale chce odejść. Ma już dość dyktatury właściciela i rzuca tę pracę, aby być kupcem.
Następnym wydarzeniem ważnym dla książki, bo gdyby nie to wydarzenie ciężko byłoby napisać tę książkę, rodzi się P. K. S. Afrykański. Dla rodziny jest to wielkie święto, ale to nie przesądza o tym, że to dziecko przeżyje, bo rodzina zawsze może odrzucić dziecko. Tutaj dzieje się odwrotnie, dziecko zostaje przyjęte w poczet rodzinny.
Naturalną koleją rzeczy jest to, że autor przedstawia życie Africanusa od podszewki. Rodzina Scypionów była szanowaną rodziną patrycjuszy, dlatego Scypionowie zatrudniają kolejnych nauczycieli, którzy mają dbać o ich rozwój umysłowy. Później wkracza wujek Gnejusz, który uczy chłopców (tj. Africanusa i jego brata- Lucjusza) sztuk walki i sposobów obrony przed wrogiem. Jest on też tak jakby mentorem chłopców. Dla mnie, człowieka z XXI w. jest trochę dziwne, aby piętnastoletni chłopak miał pierwszy kontakt z prostytutkami i to za opłatą własnego wujka. Picie wina to też nie było jakimś problemem dla takich chłopców. Autor bardzo dokładnie opisał fizjologię ciała mężczyzny (nie chodzi tu o to, że ciała jamiste napełniają się krwią i dochodzi...), ale bardzo dokładnie skupił się na opisaniu tego zjawiska u głównego bohatera. Trochę się ograniczył, bo z opowiadań mojego historyka (opowiada nam różne takie rzeczy) wynika, że pierwsze kontakty wyglądały o wiele inaczej. Może autor nie chciał być posądzony o zachęcanie czy popieranie homoseksualizmu.
Kiedyś musi przyjść czas, kiedy człowiek dorośleje. Africanus musiał bardzo wcześnie wydorośleć, z powodu wojen. W trakcie trwania tej książki (na początku bardziej) ludzie zbytnio się nie przejmują, że jest wojna czy coś w tym stylu, ale to cały czas wisi w powietrzu. W końcu formują się legiony, a ojciec Africanusa wyrusza na wojnę. Niedługo potem główny bohater dołącza do ojca. Szybko uzyskuje godność trybuna (na okładce zostało to tak napisane, jakby on zdobył tę umiejętność samemu dzięki pracy, ale nie, jego ojciec miał duży wpływ na to). Przeżywa swoje pierwsze miłości i wojny.
Później jeszcze widzimy życie Tytusa od tego, że został kupcem, potem statek z jego produktami się rozbił, został biedakiem, a następnie legionistą.
Co ja mogę powiedzieć o tej książce? Jest to bardzo ciekawa książka historyczna. Autor bardzo dobrze wszystko rozplanował i ukazał obrzędy z czasów rzymskich. Każdy opis bitwy jest plastyczny, zawsze coś się dzieje. Nie wiem, jak pisanie tej książki zniosła jego żona. Po pierwsze, w czasie pisania książki ktoś musiał się zajmować dzieckiem. Jeżeli tatuś miał jednego dnia wenę i nie było możliwe oderwanie go od książki, współczuję żonie. A po drugie żona czytała tę książkę od deski do deski i nie wiem, czy ją jakaś zazdrość nie brała, gdy jej ukochany mąż rozpisywał się o jędrnych piersiach piętnastoletnich prostytutek i dziewczyn (taka sytuacja zdarzyła się dwa razy). No i jeszcze krótko wypowiem się na temat głównego bohatera. Oczywiście, został on zrobiony na kształt herosa, który zrobi niemożliwe i zawsze wychodzi cało z opresji, ratując sowich starszych kolegów. Kilka wątków nie zostało dokończonych, więc z niecierpliwością czekam na kolejny cykl.
Za egzemplarz recenzencki bardzo dziękuję Wydawnictwu Esprit:)
----------
Wakacje nadchodzą dużymi krokami... Wszyscy poprawiają, poprawiają i końca tego poprawiania nie ma. Mnie przynajmniej została tylko historia, ale to jest walka nie o "życie" (czyli o dwójkę), ale o wyższą ocenę. W następnym tygodniu wyjeżdżam na dwie wycieczki. Pierwsza z nich jest to rowerówka po nieznanym dla mnie lesie, a druga do Poznania do kina i Muzeum Archeologicznego. Z tym kinem do wyboru są trzy filmy: "Men in black", "Królewna śnieżka i łowca" i "Igrzyska Śmierci". Myślałem już nad tym i pierwszy na pewno odpada. Większy dylemat miałem nad tymi dwoma ostatnimi, ale myślą, że lepiej obejrzeć baśń o krasnoludkach, bo "Igrzyska..." już czytałem, a w "Królewnie Śnieżce" jest m. in. piosenka Florence + The Machine, więc film ten mogę wziąć w ciemno.:) I jeszcze trochę opowiem o moich planach na wakacje. Zamierzam przeczytać dwa ostatnie tomy "Igrzysk śmierci", "Przemianę" Jodi Picout, klasyki sióstr Bronte i, tak ostatnio mnie wzięło po zagadkach na stronie p. Małgorzaty Musierowicz, książki Lucy Maud Montgomery.
Tytuł: "Dobre maniery w przedwojennej Polsce" Wydawnictwo: PWN Ilość stron: 317
Ocena: 5/6
"Savoir-vivre czyli ogłada, dobre maniery, bon-ton, konwenans towarzyski, znajomość obowiązujących zwyczajów, form towarzyskich i reguł grzeczności obowiązujących w danej grupie." To z Wikipedii. Ale właśnie, czy my przestrzegamy zasad savoir-vivre? Standardowe "suń się" czy "spier..." zagościły w naszym języku. W dwudziestoleciu międzywojennym nie było takich słów, ale była kultura osobista. Dostałem ofertę książek od wydawnictwa PWN i tak bez większego zastanowienia wybrałem sobię tę pozycję. Muszę przyznać, ze nie był to taki zły wybór.
Na początek autorka wytłumaczyła znaczenie słowa savoir-vivre i ukazała, co wpływa na przekonania Polaków. Dużo to się nie różniło od dzisiejszych sposobów marketingowych, ale bez takiego zaangażowania telewizji. Na początku sobie pomyślałem, że opisy różnych sfer życia mieszczan, powstania wojska będą nudne, ale to z tymi zasadami tworzy nierozłączną całość, bez której ta książką nie byłaby książką, jaką było mi przyjemność przeczytać.
Jak się okazało bardzo ważnym elementem w wojsku przed II wojną światową były konwenanse i zwyczaje. Młodzi żołnierze chodzili do swoich szefów na herbatki. Pierwsze spotkanie miało trwać tylko 15 minut, a oni siedzieli jak na szpilkach i oczekiwali końca tej wizyty. Ubiorów była masa. Jeden na tę okazję, na drugą okazję trzeba było przybrać coś innego, stosowniejszego, a żołnierzowi niekiedy zdarzyło pomylić stroje na daną okazję. Ciekawym faktem jest też, że żołnierz, wioząc swoją żonę do szpitala z powodu porodu (!), musiał pomóc żebrakowi, który umierał gdzieś na poboczu. Kobieta, która nie chciała odstawać od towarzystwa też musiała się stosować do ówczesnych krojów ubrań czy wzorów upięcia włosów.
Grzeczność kupiecka nie zmieniła się zbytnio od tamtych czasów. Być uprzejmym, ale nie nachalnym; nie rozmawiać podczas kasowania produktów z koleżanką; byś stosownie ubranym; czystym. To gości w sklepach już od bardzo dawna.
Mimo tego że Polskę czekała wojna, Polacy też brali udział w balach, rautach, herbatkach "o'clockach" i wielu innych zabawach. Oczywiście, do każdego rodzaju imprezy był potrzebny inny rodzaj stroju. Rauty odbywały się na zasadzie szwedzkiego stołu, a herbatki na stojąco. Trzeba było wówczas w jednej ręce trzymać talerzyk z ciastkiem, w drugiej filiżankę z herbatą, rozmawiać i przechodzić między ludźmi. Dla mnie to nie jest wykonalne. A wszystko to wykonane musiało być z gracją i wdziękiem.
Książka dosyć obszernie opowiada o zasadach "stołowania się". Odpowiednie ułożenie sztućców, posadzenia gości i ogarnięcie całej imprezy to były priorytety, dzięki którym uroczystość udawała się. Nie można było brać kilku porcji tego samego dania, ale trzeba było wyjść nie do końca dojedzonym. Nigdy bym nie pomyślał, aby jeść szparagi tylko widelcem. Tak było właśnie w tym okresie: jedzenie szparagów widelcami i nożami było zakazane. Twórcy poradników z tamtych czasów pisali dosyć brutalnym językiem, bo chcieli uświadomić tym, którzy tych zasad nie znali.
I, co może zdziwić niektórych, w tej epoce zachowały się zwyczaje dotyczące pojedynków. Coś nie pasowało, brało się broń i strzelało w asyście sekundantów. Mimo że to był zwyczaj potępiany, był on praktykowany. W książce zostały też umieszczone rozdziały o wychowaniu młodzieży, gafach oraz zachowaniu w kawiarniach.
Moje ocena książki jest bardzo dobra. Nie widzę w niej prawie żadnych pomyłek czy niedociągnięć. Na początku, jak już wspomniałem, trochę przeszkadzały mi te wstępy do części podręcznika, ale jakoś do nich się przekonałem. Dużo z tej książki się dowiedziałem i, pomimo że jest gruba, bardzo fajnie ją się czytało. Mogę ją polecić każdemu wielbicielowi historii ubiegłych epok, ale także ciekawskim, którzy chcą trochę poczytać.
Za egzemplarz recenzencki bardzo dziękuję wydawnictwu PWN :)
----------
Ostatnimi czasy udało mi się znaleźć dwie perełki zespołu Florence + The Machine i chciałbym je Wam pokazać:
O „Hiszpańskim pogrzebie” można by myśleć jak o wielkim, grubym tomiszczu, które wywołuje takie emocje, że po kilku dniach od przeczytania czytelnik nie może zapomnieć o całej historii. Jednak bardzo mocno się zdziwi ten, który dostanie w ręce tę książkę. Mała objętość (tylko 170 stron), kolorowa okładka, która nie przypomina tytułowego pogrzebu, i format A5, tak można po krótce scharakteryzować tę powieść.
Główną bohaterką jest Sandra Sendler, młoda pani weterynarz. Na początku utworu dowiedziała się, że jej były chłopak umarł. Ten, którego kochała, ten, który ją zostawił. Był to dla niej szok, bo tak nagła śmierć nie wchodziła w rachubę. Rafał, bo tak miał na imię, planował już dla nich piękną przyszłość z domem w Hiszpanii i wszelkimi wygodami, o jakich marzyła Sandra.
Oczywiście, dziewczyna zdecydowała się na wyjazd do Hiszpanii z niejakim Lwem. Był on bliskim przyjacielem Rafała i dzięki niemu Sandra rozwiązała wiele problemów związanych z Rafałem, między innymi powód ich rozstania. Całej postaci tego Lwa nie muszę dalej opisywać, bo zgadywać nie musicie, kim on się stanie dla głównej bohaterki pod koniec powieści.
Sandra jest wykształconą, niezależną i z łatwością panującą nad emocjami blondynką. Wydaje mi się, że autorka starała się obalić pogląd głupiej blondynki, który musi wszystko zepsuć (nie mam nic do blondynek, ale tak mi się skojarzyło). Cały efekt niezależnej blondynki psuje różowy kolor. Tak, nic innego jak różowy kolor. Książka jest przepełniona różowym kolorem. Różowe ściany, kołdry, ciastka i zegarki są nieodłącznym elementem fabuły i chyba byłoby grzechem, nie użyć tego słowa w tej recenzji. No i jeszcze jedno spostrzeżenie mi się nasunęło. Nie wiem, czy to był zbieg okoliczności, ale gdyby nie to, że Sandra była blondynką, byłbym skłonny myśleć, że Mar Zella chciała napisać książkę z wątkami autobiograficznymi. Obie kochały zwierzęta i były wegetariankami, więc podobieństwo, moim zdaniem, uderzające. Oczywiście, główna bohaterka została postawiona przed faktem nowego związku po śmierci poprzedniego partnera, ale jej różowy świat nie mógł nie zakochać się ponownie.Na podstawie zachowania Sandry mogę wywnioskować, że bardziej chciała pojechać do Hiszpanii, niż pochować swojego ukochanego.
W książce został poruszony temat duchów. Przynajmniej autorka nie poruszyła problemu wampirów, wilkołaków itp., więc wyszedł o wiele lepszy efekt. Początkowo nie mogłem rozgryźć Aki. Dziewczyna była jakaś dziwna. Pojawiała się w najmniej nieoczekiwanych momentach i znikała. Później dopiero dowiedziałem się, że Aki była duchem. Było to odkrycie chyba nie aż tak zaskakujące, bo po tym jak czytałem o różowym na każdym kroku, nic bardziej nie mogło mnie zdziwić. Aki pomogła też Sandrze w wysypaniu prochów nad brzegiem morza. Gdyby tego nie zrobiła, Rafał byłby uwięziony. Początkowo była ona postacią denerwującą, bo te ciągłe jej wykłady o śmierci i życiu miały filozoficzny charakter, ale potem stała się osobą intrygującą.
Pora kończyć ten elaborat, bo trochę mi się wydłużył ten tekst. Na podsumowanie mogę powiedzieć, że książka ma wyłącznie charakter rozrywkowy. No, pomijając fakt tych wykładów Aki, przy takiej książce można się zrelaksować po ciężkim dniu w pracy czy w szkole. Bardzo szybko to przeczytałem, więc mogę powiedzieć, że to książka na jeden wieczór.
Za egzemplarz recenzencki bardzo dziękuję portalowi Na kanapie:)
----------
Zostałem zaproszony przez Irytację i jeszcze kogoś (tak mi się wydaje, naprawdę przepraszam tego pominiętego, jeśli w ogóle on istnieje, ale chyba tak:))
1. O jakiej porze dnia czytasz najchętniej?
Zależy od tego kiedy mam czas, ale nie przed wyjściem do szkoły i nie, kiedy oczy mi się kleją. :)
2. Gdzie czytasz?
Najczęściej w pokoju lub innym pomieszczeniu w domu. W szkole nie czytam (mam tak miłych kolegów, że boję się, że mnie wyśmieją, a tak nie jestem ich największym przyjacielem).
3. W jakiej pozycji najchętniej czytasz?
Najchętniej chyba w łózku. Tylko często zmieniam pozycje. Raz na leżąco, a potem podpierając się na łokciach i tak znowu. Strasznie trudno wytrzymać tak w jednej pozycji przez dłuższą chwilę. :)
4. Jaki rodzaj książek czytasz najchętniej?
Najchętniej czytam takie typowe młodzieżówki, ksiązki historyczne i ostatnio przekonuję się do książek fanatsy.
5. Jaką książkę ostatnio kupiłaś albo dostałaś?
Kupiłem całą serię "Igrzyska śmierci".
6. Co czytałaś ostatnio?
"Paulinę.DOC" Marty Fox.
7. Co czytasz obecnie?
"Miasto kości" Cassandry Clare. Zaczynam się przekonywać do książek fantasy, mimo że są pisane ciągle tak samo. :)
8. Używasz zakładek, czy zaginasz ośle rogi?
Zakładki. Nie zawsze jakieś bajeczne czy kolorowe, ale wystarczy kawałek tektury.
9. Ebook czy audiobook?
Nie słuchałem jeszcze audiobooka, a co do ebooków też chyba nie korzystałem (oprócz książek czytanych na konkurs na komputerze). Jestem zwolennikiem paperbooków.
10. Jaka jest twoja ulubiona książka z dzieciństwa?
Cykl "Jeżycjada", "Dzieci z Bullerbyn", "Akademia pana Kleksa" i wiele, wiele innych.
11. Którą z postaci literackich cenisz najbardziej?
Nie mam takiego typu. Bardzo ciekawe są postacie z "Jeżycjady". Hermiona Granger też bardzo mi się spodobała. No i nie mogę zapomnieć o Katniss Everdeen z "Igrzysk śmierci".
Do zabawy zapraszam: Mery, Edytę, Karolkę i Anię
Jest ktoś, kto nie zna postaci Jana Pawła II? Nie, wszyscy znają. Było wiele książek na temat jego życia m.in. "Swiadectwo", którego nie czytałem i wiele różnych filmów np. ten z Piotrem Adamczykiem. Książka wydaje mi się, że nie była czysto rozrywkowa, ale miejscem, gdzie ojciec Leon mógł wygłosić swoje poglądy na różne tematy.
Ojciec Leon na początek porusza temat tytułu, który dla jednych może być dziwny. Papież i bilbord - mi to się wydaje niedorzeczne, ale jest to taka jakby przenośnia. Karol Wojtyła przed swoim domem miał tablicę "Czas ucieka. wieczność czeka". Była to tablica, na którą Ojciec Święty codziennie patrzył, wyglądając przez okno, więc autor postanowił nadać taki tytuł.
Potem zostaje ukazane życie papieża jeszcze przed wyborem na tę funkcję. Ojciec Leon ukazuje go jako mężczyznę wysportowanego, pływającego na kajach, myjącego gary na wszelakich obozach i dobrego "pasterza", który ma dobry kontakt z młodzieżą.
Potem następuje ten okres najważniejszy dla JPII, czyli rządzenia Stolicą Piotrową. Czytelnik moze po kolei prześledzić losy głównego bohatera, a także wywsłuchać komentarza ojca Leona do wydarzeń, które się w tym czasie działy.
Ojciec Leon jest znany z tego, że ma dobry kontakt z młodzieżą i nie dziwię się. Potrafi wiele spraw przedstawić w bardzo obrazowy sposób. Jeżeli pijesz, co to Ci daje? Kaca po tym całym piciu i chwilową przyjemność, która szybko unika. Taki był właśnie jeden przykład z książki. Autor zawiera także swoje poglądy na temat aborcji i eutanazji. Dla jednych może to być wyświechtany temat, ale książka może zaciekawić czytelnika. Do tego ojciec Leon nie boi się wypowiadać słów typu gej czy lesbijka, które raczej nie należą do typowego słownictwa duchowieństwa, aczkolwiek uchodzić za kontrowersyjne.
Miłość, która szanuje każdego człowieka. Miłość, która nie niszczy żadnego: ani komunisty, ani bezwyznaniowca, ani geja, ani lesbijki, ani czarnego, ani kolorowego.
Po lekturze tej książki doszedłem do wniosku, że powinno być więcej takich księży, którzy będą potrafili zachęcić młodzież do uczestniczenia w życiu Kościoła. Do tego wszystkiego zostały dołączone zdjęcia Jana Pawła w różnych momentach życia. Tej książki nie mogę uznać za jakoś bardzo ciekawej, ale dla mnie nie była taka zła, chociaż większym problemem było to, co napiszę w tej recenzji, ale coś tam naskrobałem.
Za egzemplarz recenzencki bardzo dziękuję Wydawnictwu Esprit:)
---------
Hurra! mogę odkrzyknąć, bo mam aż trzy dni wolnego z okazji egzaminów. Już współczuję zdającym, którzy muszą przejśc przez gąszcz pytań niekoniecznie łatwych. Powodzenia życzę i oczekuję relacji:), a ja tymczasem przez te trzy dni zamierzam skończyć "Blask księżyca" i pouczyć się trochę biologii. No i jeszcze zostawię Wam piosenkę, w którą ostatnimi czasy jestem bardzo zasłuchany.
Tytuł:"Crom i uczeń czarnoksiężnika"
Wydawnictwo: Zielona Sowa
Ilość stron: 325
Ocena: 6/6
Co do książki "Crom i uczeń czarnoksiężnika" podchodziłem z dużą rezerwą i myślałem sobie, że będzie to kolejna nudna książka dla młodszych dzieci. Jednak pozory mylą. Książka była naprawdę fajna.
Z Crom spotykamy się, kiedy dowiadujemy się o planach Darka von Detha. Ten człowiek, a zarazem wielki czarnoksiężnik próbuje zabić Crom, bo ma ona najlepszą iskrę. Nie wiem, jak to mam zdefiniować, ale ta cała iskra była potrzebna Darkowi. Chciał on zrobić z Pera wielkiego czarnoksiężnika (Per był wielkim nieudacznikiem), a iskra Crom w połączeniu iskry Pera dałaby bardzo mocną mieszaninę.Zgadywać nie trzeba, żeCrom przeżyła. Wraz z Perem, druidem wyrusza do Mu- stolicy całej tej magicznej krainy, aby zdać raport Radzie.
Jak się później okazuje droga do Mu staje się bardzo trudną do przebycia. W trakcie podróży Crom ginie i odnajduje się w Baśniowym Lesie. Poznaje tam Czerwonego Kapturka (według wizji autora jest on sześcioletnim chłopcem) i Złego Wilka (wilkołaka dla jasności). Wędruje tak długo, aż nie dociera do druida i Pera, przedzierając się przez Baśniowy Las, Przełęcz Łez, Pustynię Popiołów i Igłę.
Per z druidem maja też trochę kłopotów. Próbują przejść przez kopalnię krasnoludów, ale oczywiście nie udaje im się to. Ich dawny przewodnik, krasnolud, musi zostać, bo Gocha (królowa wszystkich krasnoludów) wymaga od niego, aby pełnił swoje "tacierzyńskie" obowiązki. (Kolejną ciekawą teorią jest fakt, że krasnoludy rodzą się na kamieniu i potem przechodzą kolejne stadia rozwoju, i stają się krasnoludami).
O tej książce mogę wypowiadać się w prawie samych superlatywach. Akcja jest wartka, nie dłuży się. Autor zaplanował bardzo ciekawe imiona bohaterów (wyżej wspomniana Gocha czy Darek von Deth), zabawne przypisy czy różne przemyślenia bohaterki ("Armia glutów" w nosie Pera może być przykładem. Pierwsze moje skojarzenie - fuj, ale scena bardzo oryginalna.) Co do zakończenia to się wypowiadał nie będę, bo wiadomo każdy sobie je zgadnie, czyli dobro zwycięża nad złem. Bardzo denerwującą przynajmniej kwestią były te angielskie imiona. Czyż nie ma jakiś pieknych polskich imion, które zasługują na zamieszczenie w książce do tego polskiej dla polskich dzieci? Widocznie do szczęścia nie jest potrzebna poprawna polszczyzna.
----------
Autor: Marcin Mortka
Tytuł:"Przygody Tappiego z szepczącego lasu"
Wydawnictwo: Zielona Sowa
Ilość stron: 159
Ocena: 5/6
Kolejną książką od wydawnictwa Zielona Sowa jest "Przygody Tappiego z szepczącego lasu". Ta pozycja jest adresowana zdecydowanie dla młodszych czytelnbików.
Głownym bohaterem książki jest Tappi. Fikcja literacka ma to do siebie, że wszystko się dzieje, więc autor zaplanował, że Tappi będzie miłym, kulturalnym wikingiem wbrew pospolitemu mniemaniu o wikingach.
Autor stworzył dwanaście krótkich opowieści o tym, jak Tappi wraz Reniferem Chcichotkiem ratują szepczący las przed zagładą. Autor zamieszcza w tej książce podstawowe zasady dobrego wychowania: nie śpiewać w lesie, nie mówić z pełnymi ustami, nie bać się itp. Młody czytelnik może poznać przygody wikinga bardzo dokładnie. Tappi m.in. robi zapasy, budzi ze snu jakieś leśne stworzenia, które atakują jego dom, a on broni się patelnią (Swoją drogą nie był to chyba najlepszy pomysł. Dzieci w wieku przedszkolnym mają różne dziwne pomysły, a przykładem mogę być ja, który zrzucił swoją młodszą siostrę z tapczanu i uderzył garnkiem w głowę);poznaje Chichotka; słucha opowieści fałszywego Gawędziarza; odaje magiczny młot Sigurda i pokonuje Jarla Surkola.
Za egzemplarze recenzenckie bardzo dziękuję wydawnictwu Zielona Sowa:)
----------
Podsumowując dzisiejszą recenzje, jest ona dla Waszego młodszego rodzeństwa. Nie wiem, czy bym przeczytał coś takiego bez przymusu, ale była to bardzo fajna przygoda. No i czekam z niecierpliwością na egzemplarz recenzencki od portalu Na kanapie. Przepraszam za braki spacji czy jakiekolwiek błędy, ale Blogspot coś wariuje.