"Telefony do przyjaciela" to historia dwóch sióstr - jeżdżącej na wózku Marzeny i Ani. Łączy je chłopak - Krzysiek, który uległ poważnemu wypadku. Marzena odwiedza go w szpitalu, raz nawet robi to Ania. Dziewczyna zakochuje się w nim, a Krzysiek, spotykając się z Anią, ciągle myśli, że to jej siostra. Ania prowadzi przez jakiś czas prowadzi swoją grę, jednak sprawa wychodzi na jaw. Dochodzi do spięcia między siostrami oraz Anią i Krzyśkiem.
Jednak to nie jest jedyny wątek książki. Ania cały czas zmaga się z Łukaszem, którego zostawiła. Chłopak nie zamierza odpuścić i wymyśla coraz gorsze rzeczy, żeby przekonać Anię do bycia ponownie parą. Do tego mamy wątek Marzeny, która spotyka się z Qubą. Znajomość zaczyna się rozwijać i wszystko wskazuje na to, że będą szczęśliwi.
Na początku zacząłem myśleć, że ta powieść to kolejna, płaczliwa historia dziewczyny, która nie może znaleźć sobie chłopaka. Dopiero później przekonałem się, jak bardzo się myliłem. Początek nie był dla mnie obiecujący, jednak końcówka nieźle namieszała w całej fabule, a autorka wprowadziła wiele zwrotów akcji, co wpłynęło pozytywnie na odbiór książki przeze mnie. A działo się naprawdę dużo i czasami miałem ochotę otworzyć buzię ze zdziwienia. Zastanawiałem się, czy takie rzeczy są możliwe. Jednak są. Motyw nękania czy też toksycznej miłości sprawiły, że książka zmieniła się z płaczliwej historii dziewczyny i lekkiej książki do poczytania w czasie wakacji na książkę z przesłaniem i historią, która może wstrząsnąć człowiekiem.
Pani Anna Łacina stworzyła pełną ciepła i optymizmu powieść, mimo dramatów, jakie dzieją się na zakończenie. Kończy się ona szczęśliwie. Dobrze, że tak, bo innego zakończenia nie wyobrażam sobie w tej sytuacji. Może to jest powieść dla młodzieży, ale niejeden dorosły z chęcią się z nią zapozna.
Zacznę może od tego, że nie czytałem "Stowarzyszenia wędrujących dżinsów" - tak wszędzie zachwalanego cyklu, który doczekał się ekranizacji. Film widziałem (wiem - najpierw książki, potem filmy) i był bardzo dobry, co mnie jeszcze bardziej zachęciło do przeczytania jakiejś książki tej autorki. Natrafiła się okazja i kupiłem tę cieniuteńką książeczkę. Nie lubię tego określenia, a szczególnie jak słyszę na lekcji: "Otwórzcie, proszę, książeczki", ale w tym wypadku to chyba trafne określenie.
Historia Alice i Paula zaczyna się od jego przyjazdu do Fire Island. Jak się później okazuje, oboje darzą siebie uczuciem, które przeradza się w kolejne sceny łóżkowe. Następuje nagłe załamanie, po którym wszystko zaczyna się sypać. Ich znajomość rozpada się nagle, a Alice, która miała zamiar zostać prawniczką, rzuca studia. Do tego główna bohaterka ma kolejne problemy ze swoją siostrą - Riley, która nieoczekiwanie zapada na reumatyczne zapalenie serca, co powoduje uszkodzenie zastawki. Nie dzieje się z nią najlepiej, stan się pogarsza, a gdy jest dostępne serce, Riley nie odbiera wiadomości i traci jedyną szansę na serce. Cały czas przewija się wątek się miłości Alice i Paula, ale nie mogą się pogodzić ze sobą, jak to bywa w takich historiach.
Autorka poruszyła historię, która już jest tak oklepana, że aż głowa boli. Mimo wielkich przeciwności losu, niedomówień, jednak wszystko się udaje. Co zawsze będę powtarzał, to to, że takie historię są najlepsze! Lubię czytać losy bohaterów, którzy kończą szczęśliwie, tak jak tego chcę. A zakończenie mogę nazwać wisienką na torcie. Szczęśliwe, oczywiście. Autorka stara się wprowadzić kilka elementów, które uczynią tę książkę bardziej życiową i realną, to chyba miało być to "coś", co wzruszy czytelnika. Ja żadnego wzruszenia nie poczułem, może to przez to, że czytałem ją w autobusie, a może przez to, że rzadko zdarza mi się wylewać potoki łez nad książkami. A może przez to, że jestem facetem. Nie lepiej nie, bo zaraz feministki zrobią pikietę na moim blogu. :) Tak na serio, to trochę stereotypowe. :) Na to pytanie nie jestem w stanie odpowiedzieć.
Kolejnym plusem są bohaterowie. Najbardziej spodobała mi się Riley, którą niestety spotkał ciężki los, ale była to bardzo ciekawa postać. Alice i Paul byli też całkiem interesujący, gdyby nie fakt tego niezdecydowania, że niby się kochają i nie są w stanie rozwiązać problemów, które między nimi stają (nie wiem, czy to w ogóle można nazwać problemami, a nie ich głupotą, ale niech będą problemy, żeby nie zepsuć romantycznego charakteru książki). Język książki jest łatwy i przyjemny, co też nie czyni tej pozycji jakąś głupiutką książeczką o tym, jak dwie szesnastolatki się zakochały w jednym chłopaku i walczą o niego. Autorka stara się "przemycić" wątek utraty bliskiej osoby, co nie stawia tej pozycji na kompletnie przegranej pozycji.
Zachęcam do przeczytania, bo książka, mimo że może wydawać się szablonowa i powtarzająca pewne schematy, w efekcie końcowym staje się niezłym dziełem literackim.
***
Z okazji nadchodzących Świąt Bożego Narodzenia chciałbym złożyć wszystkim Blogerom życzenia: spełnienia marzeń, miłości, udanych podróży literackich, samych interesujących prezentów (żadne rózgi nie wchodzą w grę), zdrowia, radości i samych sukcesów w nowym roku, a także żadnych diet w ramach postanowień noworocznych!:)
Tak na marginesie jeszcze: ostatnio przeczytałem "Musierowicz na Gwiazdkę". Książką jestem oczarowany (zresztą jak wszystkimi tej autorki, oprócz "Frywolitek", ale to inna sprawa) i nie mówię o niej bez powodu, bo zawiera różne przepisy, anegdoty, ciekawe informacje o Bożym Narodzeniu, ale także Adwencie, i bardzo dobrze ją się czyta. Niestety, jest strasznie krótka i bardzo szybko ją skończyłem. I na zakończenie (tak prawie, bo jeszcze coś) jeden z cytatów z tej książki:
"- A kto to taki, ci Jarmużkowie? - zapytasz niecierpliwie, Kochana Czytelniczko. Już mówię. Każde nasze dziecko miało jakiegoś Jarmużka. Liczna ta rodzina mieszkała blisko naszej szkoły, obok naszego kościoła i w sąsiedztwie naszej Babci. Siłą rzeczy, kolejne generacje owej dynastii zabijaków zahaczały o niemal wszystkie dziedziny życia kolejnych roczników naszych dziatek. Więcej, zahaczały o życie całej rodziny.
Nie mogło być więc inaczej na mszy świętej dla dzieci, w niedzielę trzynastego grudnia roku 1987. Ksiądz proboszcz zwykł był na zakończenie przywoływać malców w pobliże ołtarza i rozmawiać z nimi bezpośrednio, z bliska.
- A powiedzcie mi, moi kochani - zapytał tym razem - czy wy w ogóle wiecie, co my mamy dzisiaj za rocznicę?
Cisza.
- No? - naciskał proboszcz. - Nikt nie wie? No, pomyślcie tylko. Wasi rodzice na pewno pamiętają. Co było trzynastego grudnia 1981?
Nadal cisza.
- Stan wojenny? - odezwał się spod filara niepewny dziewczęcy głosik; zapewne jakiś tatuś nie wytrzymał i podrzucił dziecku właściwą odpowiedź.
- Tak, dobrze! Stan wojenny! - rzekł proboszcz głosem grzmiącym. - A jak się nazywa, co zrobił tę wojnę z nami? Ten niedobry człowiek, co nas tak prześladował i bił. Wiecie?
Niepewna cisza.
- Podpowiem Wam - poddał się ksiądz. - Nazywa się na "J". No? Jar... Jar...
- Jarmużek!!! Odgadł triumfalnie głosik z trzeciego rzędu.
I już było po podniosłej atmosferze.
Nigdy w życiu nie słyszałam w kościele takiej eksplozji - a raczej implozji - tłumionego śmiechu wszystkich dorosłych parafian. I to w taką rocznicę."
I już naprawdę na zakończenie moja ulubiona piosenka świąteczna.
Z reguły unikam książek z gatunku science fiction i fantasy, ale tym razem zrobiłem wyjątek i przeczytałem "Miasto złocistego cienia" Williamsa. Trochę długo mi to szło, bo jakieś trzy tygodnie, ale ta książka ma coś koło ośmiuset strony i rok szkolny się zaczął, więc mam coraz mniej czasu na czytanie. Tad Williams wymieszał, jak napisano na tylnej okładce, science fiction, fantasy, powieś sensacyjną, baśń i powstała z tego mieszanka wybuchowa jak dla mnie.
W książce przedstawiono trzy historie. Pierwsza z nich to historia Renie i jej brata oraz !Xabbu. Rennie to wykładowca uniwersytecki, m. in. też !Xabbu, która stara się rozwiązać zagadkę dziwnej śpiączki swojego brata. Stephen wchodzi do sieci i odwiedza klub "U Pana J.", po czym zapada w dziwną chorobę, której przyczyny nie są w stanie rozwikłać lekarze.
Kolejną część książki autor poświęcił Paulowi Jonasowi, którego historia zaczyna się w czasie pierwszej wojny światowej. Spotykamy bohatera w okopach, gdzie pełno błota, huk kul i sytuacja zaczyna się nagle komplikować po jego śnie i otwarciu się jakby portalu, dzięki któremu zamiast zdezerterować, przechodzi do jakiegoś bliżej nieznanego czytelnikowi świata, gdzie poznaje Gully'ego.
Trzeci bohater to Orlando Gardiner. Może się tylko bezpiecznie poruszać po sieci, gdzie występuje w postaci Thargora. Niestety, Thargor zostaje zniszczony i Orlando musi pożegnać się z tą postacią. Dodatkowo wraz ze swoim przyjacielem bierze udział w walce z obrzydliwymi potworami, które stają się przyczyna jego zainteresowania organizacją "Dom na drzewie".
Początkowo, czytając pierwsze strony, nie byłem za bardzo zadowolony. Masa wątków, bohaterów i niektóre sytuacje powodowały, że miałem ochotę skończyć tę powieść. Autor już na samym początku sprawiał, że strasznie ciężko mi się to czytało, właśnie przez tę mnogość wszystkiego, co się dało. Jedyne słowa, jakie przychodziły mi na myśl o tej książce, to dziwna (z racji symów, świata wirtualnego, zresztą może powinienem był lepiej czytać to, co napisano na okładce o książce...) i skomplikowana (dla mnie autor mógłby utworzyć z jednej książki kilka książek, które byłyby składowymi tego cyklu).
Tak myślałem na początku, ale z czasem, jak akcja się rozwijała, zaczynałem zmieniać zdanie. Gdyby rozdzielić tę powieść, nie miałaby ona sensu, bo wszystkie te wątki łączą się w całość, akcja zaczyna biec szybko ku końcowi, a autor wprowadza coraz to nowe informacje, które zaskakują czytelnika. Zresztą na nudę nie można narzekać podczas czytania tej pozycji. Bowiem obfituje w walki między symami a potworami, licznymi sytuacjami, które kompletnie zmieniły moje patrzenie na fabułę i pomysł na nią. Końcówka jest idealna dla mnie.
Polecam każdemu, bo dla mnie to była ciekawa przygoda w odkrywaniu nowego gatunku literackiego (szczególnie w końcowym odcinku). Myślę, że najlepszą oceną będzie 5.
***
Rok szkolny się zaczął, jak pewnie wiecie, dziwne gdybyście nie wiedzieli, bo to chyba odczuwa każdy bloger. W tym roku postanowiłem nie rezygnować z blogowania, wystarczy już tego zawieszania, bo praktycznie więcej blog wisi zapuszczony, niż dodaję na nim recenzje. Posty będą w dłuższych odstępach czasu, zależy, ile będę miał czasu na czytanie i jak mi pójdzie w nowej szkole.
Huraki Murakami jest jednym z najbardziej znanych współczesnych pisarzy, urodzony w Kioto w 1949 r. Ja także skusiłem się na jego jedną książkę. :)
Głównym bohaterem tej powieści jest dwudziestoletni Toru Watanabe (szczerze mówiąc, na początku powieści ma dziewiętnaście lat, dopiero potem dwadzieścia). Ten chłopak to student jednego z tokijskich uniwersytetów, mieszkaniec akademika, współlokator Komandosa (tak nazywano kolegę Toru). Toru wypowiada się w pierwszej osobie liczby pojedynczej, a książka to jedna wielka retrospekcja.
Watanabe kocha się w Naoko, ale ich szczęście nie trwa długo. Dziewczyna nagle ucieka, nie zostawiając żadnego znaku życia. Rzuca także uniwersytet. Jak się później okazuje, Naoko wyjeżdża do specjalistycznego ośrodka, aby wyleczyć swoją chorobę psychiczną. Niedola chłopaka nie trwa długo, gdyż poznaje Midori (swoją drogą ciekawe imię, "Midori" oznacza "zielony") - ciągle gadającą o seksie i oglądającą pornografię studentkę, która uczęszcza na zajęcia z literatury, podobnie jak Watanabe. Dziewczyna różni się kompletnie od spokojnej i zrównoważonej Naoko, zresztą sami się przekonajcie, zacytuję Wam jedną z jej wypowiedzi:
"- Wiesz, na co mam teraz ochotę? - zapytała [Midori], gdy się żegnaliśmy.
- Nie mam pojęcią, co ci mogło przyjść do głowy. [Toru]
- Żeby porwali nas piraci, żeby rozebrali nas do naga, ustawili twarzami do siebie i ciasno związali.
- Po co mieliby to robić?
- To byliby zboczeni piraci.
- Zdaje się, że ty jesteś znacznie bardziej zboczona.
- Zamykają nas pod pokładem, mówiąc, że za godzinę wrzucą nas do morza i do tego czasu mamy nacieszyć się sobą.
- No i?
- Przez godzinę się nacieszamy. Turlamy się, ocieramy o siebie.
- I na to masz teraz największą ochotę?
- Uhm.
- O rany - powiedziałem, kręcąc głową."
Jej teksty czasami mnie rozśmieszały, a czasami obrzydzały. W każdym razie Watanabe gdzieś tak w połowie powieści uświadamia sobie, że kocha Midori po kilku miesiącach ich rozłąki (Midori
obraziła się, że nie zwrócił uwagi na jej nową fryzurę). Ale przecież jest jeszcze Naoko. No właśnie. Jednakże autor szybko rozwiązuje ten problem i wybór Toru staje się prostszy. Oczywiście, nie zdradzę, co takiego autor wykombinował.
Początek tej powieści trochę, troszeczkę mnie... (chyba muszę przestać z tym "trochę", bo po zsumowaniu ich okaże się, że początek nie był w ogóle nudny, a był) znudził. Dopiero Midori wprowadziła do powieści trochę życia tymi wszystkimi swoimi tekstami i zachowaniami. A końcówka - przyznam się szczerze - autor mnie zaskoczył. Myślałem, że te dwie kobiety to jedyne, z którymi główny bohater ma bliższe stosunki, ale widocznie tak nie było, bo na ostatnich kartach powieści dzieją się takie rzeczy, o które nie mógłbym podejrzewać Toru i jednej postaci z tej książki. :)
Najbardziej do gustu przypadła mi Midori. Była najlepszą bohaterką tej książki. I przyznam się, że kibicowałem jej cichaczem, żeby Watanabe ją wybrał.
Myślę, że nie mogę przekreślać tej książki i w ogóle prozy tego autora po lekko nieudanym wstępie. Mam ochotę przeczytać więcej jego książek, a jedyne, co może odstraszyć czytelnika to sceny łóżkowe. Były one w ogromnych ilościach zaserwowane czytelnikowi. Piszę o tym, bo wiem, że nie wszyscy lubią takie rzeczy w książkach, żeby potem nie było niespodzianki, co ja kupiłam/łem.
Kojarzycie może "Błękitną lagunę"? Tych golasków biegających po bezludnej wyspie, rodzących dzieci w puszczy i pływających w oceanie dniami i nocami? Nie wspominam bez powodu o tym filmie, niejednokrotnie puszczanym przez Polsat i niejednokrotnie przeze mnie oglądanym, gdyż w dzisiejszej notce przyszło mi opowiedzieć o książce Yanna Martela "Życie Pi". Perspektywa spędzenia siedmiu miesięcy w łodzi obok tygrysa, nie jest kusząca. Nie wiem co lepsze: rodzenie dzieci w puszczy czy siedzenie z tygrysem i czekanie na powolną śmierć.
Zacznijmy może od początku, który nie jest taki nadzwyczajny. Piscine Molitor Patel to indyjski chłopak, chodzący codzienne do szkoły, mający te same problemy co jego koledzy i mieszkający obok zoo swoich rodziców. Prawie jak każdy nastolatek musi zmagać się z dokuczaniem ze strony swoich kolegów, w tym przypadku chodzi o jego imię, które nieodpowiednio wymówione, jest angielskim odpowiednikiem słowa "sikanie". Chłopak uczy się pływać pod okiem godnego zaufania instruktora i wyznaje (to już dziwniejsze) wiarę zarówno w islam, chrześcijaństwo i hinduizm, a wszelkie próby nawrócenia go na którąś z tych religii, są mało skuteczne.
Akcja zaczyna dopiero się rozwijać w momencie, gdy cała rodzina musi przeprowadzić się z całym swoim dobytkiem i zoo, oczywiście, do Kanady, gdzie zoo będzie istniało dalej. Pi i cała jego rodzina, jak się później okaże, popłyną statkiem w swoją ostatnia podróż. Statek rozbije się z niewiadomych przyczyn, a rodzina utonie, oprócz Pi i kilku zwierząt.
Jeśli chodzi o początek, to nie był on za ciekawy. Historia chłopca, który praktycznie nie różni się ode mnie niczym (nie mówiąc o różnicach kulturowych), ma mnie rozłożyć na łopatki i pokazać, że ta książka jest coś warta? No nie, tu się trochę zawiodłem. Kolejne przygody Pi były o wiele bardziej ekscytujące.
Pierwszą rzeczą i niespodzianką, jaka czekała na Pi w szalupie ratunkowej (ta nazwa w tym przypadku jest aż za bardzo ironiczna), to możliwość zobaczenia się z hieną, tygrysem bengalskim i orangutanem oko w oko w trakcie jednego spotkania. Autor w tym miejscu i na dalszych stronach popisał się, moim zdaniem, na plus. Cała podróż łodzią nie jest monotonnym użalaniem się nad sobą, nieustannym płaczem i robieniem ciągle tego samego. Piscine nieustannie robi coś innego, to łowi latające ryby, to tresuje Richarda Parkera (tygrysa), a to znowu buduje sobie tratwę, nieustannie zaskakując czytelnika. Oczywiście, ma czasami momenty słabości, ale zostają one szybko zagłuszone przez niebezpieczeństwa, czyhające na środku oceanu. Na tej części się nie zawiodłem, aczkolwiek pod koniec miałem już dosyć tego dryfowania młodzieńca po wodzie.
Strzałem w dziesiątkę okazała się "mięsożerna wyspa", która pożera ludzi i pozostawia po nich trzydzieści dwa "zębne" kwiatuszki na jednym z drzew. Ten wątek wykurzył nudę, aż ciarki mi przeszły po plecach. (A ja, głupi, żałowałem surykatek, które pożerał masowo Richard Parker.)
W pewnym momencie zaczęło mnie zastanawiać, skąd autor, który nigdy nie przeżył czegoś takiego, mógł coś takiego opisać. Sceny pożerania żywcem orangutana przez hienę czy hieny przez tygrysa zrobiły na mnie wrażenie. Dopiero później, po przeczytaniu jeszcze raz wstępu, zrozumiałem stan rzeczy.
Bohaterów mamy bardzo mało w tej książce, z wyjątkiem pierwszej części, kiedy rodzice Pi prowadzą zoo. Może to i lepiej, bo dzięki takiemu rozwiązaniu można dokładniej skupić się na losach głównego bohatera. Zresztą kogo można spotkać na środku oceanu? No właśnie. W każdym razie, warto głębiej zastanowić się nad Pi. Jaką on musiał mieć wolę życia (czy ja bym nie miał jej, gdybym wylądował na środku oceanu z tygrysem u boku?), odwagę i pomysłowość, żeby tylko przetrwać? Moim zdaniem tysiąc innych bohaterów, nie mogłoby zastąpić tego jednego szesnastolatka.
Na koniec jeszcze chciałbym wspomnieć o ciekawostkach przyrodniczych, zawartych w tej książce. Autor co chwilę zamieszcza opis, jak nie lemurów, to znowu tygrysów bengalskich, a potem dodaje, że w literaturze przedmiotu było to i to, i to... Początkowo wydawało mi się to trochę nudne, ale w końcu stwierdziłem, że może dobrze wiedzieć, czym różnią się głosy wydawane przez mojego kota i tygrysa, co nie zmienia faktu, że można by usunąć to z tej książki.
"Życie Pi" to książka godna przeczytania i polecam ją Wam z całego serca. Teraz tylko czeka mnie film. :)
Tytuł: "Zdarzyło się w Marienbadzie. Miłość, polityka, intryga" Wydawnictwo: PWN
Ilość stron: 303 Ocena: 4/6
Edward VII. Dla jednych osób to postać dobrze znana, a dla drugich wręcz przeciwnie. Ja zaliczałem się do tych drugich, ale po przeczytaniu tej książki trochę mi się rozjaśniło o tej sławnej postaci. Dla osób, które nie lubią tego typu książek, rozważania o Edwardzie na 303 stronach to całkiem nudne i dziwne wywody, ale tak trochę autorka się rozwlekła.
Król Edward znany był ze swojego życia, które odbiegało od ówczesnych reguł. Pił, palił, ciągle flirtował i rozkochiwał inne kobiety, a jego żona zostawała na pastwę losu, kiedy on zabawiał się ze swoją kochanką... Takie było właśnie jego życie i postanowił wyruszyć do Marienbadu na coroczną samotną wycieczkę ze swoim psem (wabił się Cezar), grupką służących, opuszczając żonę oraz uciążliwe kochanki. Wiadomo, co trzeba robić, gdy król przyjeżdża do takiej miejscowości jak Marienbad, więc burmistrz zmobilizował całe miasto do przygotowania tego całego spektaklu na cześć Edwarda. W tamtych czasach Europa była dosyć niebezpiecznym miejscem dla królów, którzy żyli w ciągłym niebezpieczeństwie o to, czy tę podróż przeżyją, czy spoczną w trumnie. Do tak zaszczytnego zadania, jakim była ochrona króla, został mianowany inspektor Hepner. Był on niezmiernie potrzebny, bo osobisty agent króla nie mógł przyjechać razem z nim.
I teraz autorka wprowadziła Mitzie, która prowadziła swój własny warsztat kapeluszniczy. Przyjemnie jej się żyło, ale nie może to trwać wiecznie. Zakochała się ona bowiem w Edwardzie. Jako kapeluszniczka zrobiła królowi nakrycie głowy, które sobie zażyczył, oraz wyruszyła z nim na wycieczkę prywatnym samochodem króla. Ta wycieczka mogła przysporzyć wiele radości następcy tronu angielskiego, bo o mało co, a skończyłaby się śmiercią króla.
Autorka wplotła wątek detektywistyczny i kryminalny do tej książki. Wątek detektywistyczny wiąże się z ochroną króla przed różnymi spadającymi popielniczkami czy innymi czynami, które mogły jemu zagrozić. Inspektor Hepner przy udziale Betty (pozornie pisze pamiętnik, ale jest detektywem) powoli odkrywają cały spisek przeciw królowi.
Wątek kryminalny nie do końca się udał, moim zdaniem. Specjalistą od kryminałów nie jestem, ale po tym, jak pojawił się motyw trupa-mnicha, którego wyłowiono z bagna, w środku książki, to akcja dopiero rozwinęła się pod koniec powieści, ale o tym sza! Nie powiem Wam o tym, bo i tak dużo powiedziałem, a ta scena zmierza ku zakończeniu. P. Kaplan mogła trochę odejść od prawdy historycznej i wpleść bardziej dramatyczne wątki, a tu zaskoczenie, niekoniecznie pozytywne. Trochę żałuję, że ta książka nie mogła być napisana w oryginale po polsku, jeśli pisała to Polka, bo niestety nazwisko tłumacza pojawia się, ale cóż można zrobić.
Podsumowując, książka nie stanie się bestsellerem wakacyjnym, ale może ktoś, kto interesuje się historią
Anglii, przeczyta.
Za egzemplarz recenzencki bardzo dziękuję Wydawnictwu PWN:)
----------
Autor: Mike Clayton
Tytuł: "Zarządzanie stresem, czyli jak sobie radzić w trudnych sytuacjach" Wydawnictwo: Edgard
Ilość stron: 205 Ocena: 5/6
Stres jest to reakcja organizmu, która przygotowuje organizm do większej aktywności. Mamy stres pozytywny i negatywny. Tyle pamiętam z mojej książki od biologii o stresie (no, może trochę więcej, ale nie będę Was zanudzał), ale czy nie warto czasami skorzystać z pomocy specjalisty? I oto właśnie przedstawiam poradnik pt. "Zarządzanie stresem" Mike'a Claytona.
Jak każdy poradnik, książka wprowadza czytelnika w świat stresu, jego rodzajów i potencjalnych stresorów w naszym życiu. Kolejne rozdziały pomagają skutecznie zwalczać ten stres. W tym wypadku autor postarał się i omówił prawie wszystkie sfery naszego życia. Jeżeli nie możesz poradzić sobie ze swoim otoczeniem: zorganizuj się; uwierz, że jesteś w stanie kontrolować swoje życie; twórz nowe znajomości; a na pewno poradzisz sobie ze stresem w swoim otoczeniu. "Kontrola nad fizjologicznymi reakcjami na stres", "Kontrola nad otoczeniem", "Kontrola nad czasem", "Kontrola nad nastawieniem", "Kontrola nad mentalną reakcją na stres" to są tytuły wszystkich rozdziałów, w których autor radzi czytelnikowi, jak eliminować stres.
Kolejnym ważnym rozdziałem jest rozdział pt. "Zarządzanie stresem w pracy". Ta część akurat może być przydatna dla menedżerów, którzy poszukują sposobu na walkę ze stresem w miejscu pracy. Autor podał kilka rozwiązań dla takich osób, które mogą mieć z tym problemy.
Oczywiście, nie można zapomnieć o konfliktach, które powodują sytuacje stresowe. Wątpliwości, jak rozpoznać konflikt, metody walki z konfliktami, mediacja i arbitraż nie będą nikomu spędzały snu z powiek po przeczytaniu tego rozdziału.
Jeden z ostatnich rozdziałów porusza temat zmiany, która może bardzo zmienić człowieka, ale też zestresować. Autor w bardzo ciekawy sposób pokazał mechanizm powstawania zmian i sposób walki z nimi. Oczywiście, nie pominął drogi, jaką człowiek musi pokonać, aby zwalczyć tę zmianę. Najpierw mamy wyparcie (mózg odrzuca niewygodne fakty i udaje, ze nic się nie dzieje) i emocje (tu chyba wszystko jasne. Potem następuje okres oporu (stan buntu, który nie pozwala zaakceptować zmiany. W końcu przychodzi okres rozpoznania, akceptacji i zaangażowania się w sprawę. Autor podkreśla, że aby zaakceptować zmianę należy przejść wszystkie etapy, bo nawet bez jednego nie jest się w stanie zaakceptować zmiany.
Wiem, że wielu z Was, komentując ten wpis, napisze, że nie ma zaufania do poradników, bo nie zawsze mówią prawdę, albo że poradniki są dla słabeuszy. Może wreszcie warto przekonać się do tego typu książek, co? Wydawnictwo Edgard dopełniło wszelkich starań, aby podręcznik był przejrzysty, a autor tłumaczy wszystko w zrozumiały sposób. Szata graficzna jest bardzo minimalistyczna, a podsumowania po każdym rozdziale są też bardzo przejrzyste. Nic dodać, nic ując, tylko przeczytać!
Za egzemplarz recenzencki bardzo dziękuję Wydawnictwu Edgard:)
---------
TAG goni TAG. Pozwolę sobie powtórzyć te słowa po Nevermore, która zaprosiła mmnie do kolejnej blogowej zabawy.
1. Bannerem jest owo zdjęcie, które pojawia się u mnie i u każdej oTAGowanej osoby.
2. Napisz, kto Cię oTAGował.
3. Wypisz wszystkie drobne rzeczy, które przychodzą Ci do głowy, które lubisz, które czynią Cię szczęśliwym, te wszystkie drobnostki, dla których warto żyć. Szczególnie te najdrobniejsze i te, które wydają się zbyt banalne, by je wymienić, ale które poprawiają Ci humor.
4. OTAGuj kilka osób.
Lubię:
czytać książki, pisać o ksiażkach i prowadzić bloga (po napisaniu recenzji czasami mam ochotę pozbyć się mojego komputera, bo daje mi taką jazdę bez trzymanki:)). Myślę, że wielkiego zaskoczenia przy tym punkcie nie ma, bo wszyscy, którzy prowadzą bloga, tak mają. Zresztą blog zmusza mnie do regularnego czytania, a z tym kiedyś nie zawsze tak było.
owoce. Brzoskwinie, truskawki i wiele, wiele innych, ale arbuzów nie cierpię i nawet nie włożę ich do ust.
słuchać muzyki. Wszelkiego rodzaju popu, tego zresztą prawie każdy słucha, rock, muzyka klasyczna, heavy metal, rap czy hip-hop odpadają. Wśród moich ulubionych wokalistów i zespołów znajdują się: Adel, Florence+the Machine, Rihanna, Lady Gaga, Madonna...
taniec. Siatkówka czy piłka nożna to nie moja bajka. Jeśli zobaczy mnie ktoś strzelającego bramkę, zobaczy czynność, która w moim słowniku praktycznie nie istnieje. Cha-cha, walce (no, może wiedeński już nie do końca, bo strasznie trudno się go tańczy, ale angielski już lepiej mi idzie) to jest mój żywioł. :)
czytać książki młodzieżowe i przeznaczone dla dziewczyn. "Jeżycjada" czy książki p. Siesickiej, które męczyłem przez całe ferie i w końcu zmęczyłem wszystkie jej pozycje z biblioteki, są tego przykładem. Ostatnio wzięło mi się na książki o Ani z Zielonego Wzgórza i też konsekwentnie czytam ten cykl do końca.
szczęśliwe zakończenia. Nie ma to, jak popatrzeć sobie na szczęście innych, kiedy się akurat tego szczęścia nie ma w swoim życiu prywatnym. :)
komedie romantyczne. To też raczej należy bardziej do kobiecego świata, ale dlaczego je m. in. lubię, możecie zobaczyć w poprzednim podpunkcie.
ciastka, ciasteczka, czekoladę, słodycze w każdym wydaniu. Bez słodyczy ani rusz, a potem efekt pojawia się na twarzy, niestety.
jeśli chodzi o szkołę, najbardziej bliskie mojemu sercu są biologia i chemia.
jeść płatki "Cornflakes" z jogurtem brzoskwiniowym czy "Monte":), ale nigdy z zimnym mlekiem. Nie wiem, jak ludzie mogą jeść płatki z zimnym mlekiem i miodem, albo pić zimne mleko prosto z kartonika, jak to jest pokazane w wielu filmach.
seriale. "Brzydula", "Majka", "Prosto w serce", "Julia" czy "Prawo Agaty" to są te seriale, które uwielbiam. "M jak miłość" chyba bym do grupy moich ulubionych filmów nie zaliczył.
Nikogo nie będę nominował, bo chyba większość z Was brała już w tym udział. Jeśli ktoś nie był, niech napisze w komentarzu, to go dodam!:) I na koniec jeszcze piosenka, która łamie moją niechęć do rapu. :)
Tytuł: "Mistrzostwa Europy w piłce nożnej" Wydawnictwo: Publicat
Ilość stron: 208
Ocena: 6/6
Na pierwszy ogień pójdzie książka pt. "Mistrzostwa Europy w piłce nożnej". Mistrzostwa Europy można postrzegać na dwa sposoby. "Koko Euro spoko" (ostatnio moja polonistka tłumaczyła mnie i moim kolegom, że walka o prawa autorskie jest bezpodstawna, bo piosenka została napisana na podstawie motywów ludowych, które istnieją od zarania dziejów...); minister Mucha, która mówi raz tak, a potem już inaczej (w mediach mówi się o zmianie w rządzie Donalda Tuska, więc nie wiadomo, kto pójdzie pierwszy do "odstrzału"); Franciszek Smuda, który i tak utracił już posadę, bo Polska nie wyszła z grupy to negatywne skojarzenia. Mamy też pozytywne skojarzenia, czyli walka o medale (nie zawsze fair play, ale jakaś tam jest), emocje czy kibice Irlandii, którzy kibicują swojej drużynie do końca, mimo że dobrze im nie poszło. Na początku myślałem, że się zaliczę do tych sceptyków Euro w Polsce, ale tak się stało, że moje poglądy trochę się zmieniły i zacząłem oglądać te mecze. Pewnie głównie dzięki tej książce, bo zapisywałem wyniki meczy, ale o tym za chwilę.
Autorka zrobiła z tego kompendium wiedzy o Mistrzostwach Europy. Na początku pojawiła się krótka historia futbolu. Pierwsi ich działacze, pierwsze zawody, puchary to wszystko można wyczytać z tego wstępu. Moim zdaniem była to najciekawsza część tej książki.
Kolejny rozdział tej książki dokładnie opisuje każde mistrzostwa od tych pierwszych w 1958 roku do tych ostatnich w 2006 roku. Autorka naprawdę się postarała. Do każdych mistrzostw jest krótki wstęp, który opisuje skład grup, faworytów każdej z grup i wiele ciekawostek na temat danych rozgrywek. Następnie zostały rozpisane każde mecz krok po kroku. Żółte i czerwone kartki, zawodnicy, którzy szczelili gole i grali w tym meczu, tabele z punktami wszystko jest to bardzo czytelne i nie sposób się pogubić.
No i trzecia część tego poradnika to część nieuzupełniona, w której każdy może rozpisywać sobie wyniki meczów i punkty Euro 2012.
Moja ogólna ocena tej książki jest bardzo pozytywna i mogę ją polecić każdemu, mimo że już prawie po Mistrzostwach, ale warto to przeczytać.
----------
Autor: Brian Haughton
Tytuł: "Przewodnik po zjawiskach paranormalnych" Wydawnictwo: Publicat
llość stron: 224
Ocena: 5/6
No i druga książka, którą dostałem od wydawnictwa Publicat to: "Przewodnik po zjawiskach paranormalnych". Na początku sobie ją tak przeglądałem i większych oporów nie miałem, ale po tym jak zacząłem ją czytać o 11 w nocy odczucia już nie były takie ciekawe.
Oczywiście, na początku pojawił się krótki wstęp, dzięki któremu czytelnik jest wstanie rozpoznawać i rozumieć pojęcia użyte w tej pozycji. Książka jest podzielona na trzy części: szósty zmysł (umiejętność przekazywania informacji bez użycia pięciu zmysłów), władza umysłu na materią (umiejętność przenoszenia przedmiotów na odległość bez dotyku) i przebywanie poza ciałem (tutaj chyba wszystko jest jasne).
W każdym rozdziale zostały opisane dokładnie techniki, które stosują te osoby. Autor przedstawił, w jaki sposób te osoby dokonują tych nadnaturalnych rzeczy oraz liczne doświadczenia, które miały przekonać sceptyków do tych umiejętności. Jednak zawsze znajdzie się grupa osób, które w to nie wierzą i z pewnością mają rację. Z reguły to jest tak, że można prawie wszystkie umiejętności wytłumaczyć naukowo. Przykładowo widzenie aury można wytłumaczyć tym, że siatkówka staje się przemęczona przez długie patrzenie na dany obiekt i powstaje zjawisko powidoku. Podczas eksperymentów różnych naukowców dochodziło do licznych oszustw, które źle wpływały na "renomę" tej osoby, bo i tak miała już ona dużą grupę sceptyków. Przepowiednie jasnowidzów nie zawsze były zgodne z prawdą, co też źle wpływało na ich wizerunek.
Pod koniec każdej omówionej umiejętności zostaje przedstawiona osoba, która rzekomo dokonywała takie nadprzyrodzone rzeczy. Jednym z najbardziej interesujących przykładów był przykład Natalii Demkiny, którą nazwano "dziewczyną z rentgenem w oczach". Jej umiejętności polegały na tym, że potrafiła odczytać daną chorobę bez badań lekarskich, bo rzekomo widziała wnętrze ludzkiego ciała. Zrobiono liczne testy z udziałem Natalii, najsłynniejszy jest ten z 2004, w którym dziewczyna miała odgadnąć pięciu chorych pacjentów na siedmiu pacjentów. Nie udało jej się to, bo odkryła tylko cztery przypadki.
Dodatkowo na końcu każdego rozdziału pojawia się doświadczenie, które ma wykryć u czytelnika te magiczne umiejętności. Nie będę ich robił, bo nie chcę wiedzieć, co we mnie siedzi.:)
Książkę oceniam dosyć dobrze. Wszystko zostało opisane bardzo drobiazgowo. Liczne zdjęcia wskazują na posiadanie tych umiejętności, a szata graficzna też jest dopracowana. Nic dodać, nic ując, po prostu.
Za egzemplarze recenzenckie bardzo dziękuję wydawnictwu Publicat:)
----------
Wiem, że ten post zrobił się monstrualnie długi, ale jeszcze chciałem Wam pokazać mój stosik.
Zaczynam wymieniać od góry:
1. Richard Paul Evans "Szukając Noel" - zakup własny, Znak (zobaczyłem przecenę na stronie wydawnictwa Znak i kupiłem)
2. Eric Emmanuel Schmitt "Kobieta w lustrze" - j.w. (uwielbiam tego autora, a że wydał kolejną książkę, postanowiłem kupić za połowę ceny)
3. John Marsden "Jutro" - j.w. (wszyscy czytają albo "Jutro", albo "Gone", więc pora i na mnie)
4. Jodi Picoult "Przemiana" - zakup własny, Prószyński i S-ka (nie czytałem książek tej autorki, a że byłem w Empiku, to sobie kupiłem i nie żałuję)
5. Olga Tokarczuk "E.E." - z biblioteki, Wydawnictwo Literackie (mój historyk-polonista polecał mi książki tej autorki, więc poszedłem do biblioteki i wypożyczyłem)
6. Lucy Maud Montgomery "Ania z Avonlea" - z biblioteki, Nasza Księgarnia (recenzji tej książki nie opublikuję, ale spodobała mi się, bo już przeczytałem)
7. Lucy Maud Montgomery "Ania na uniwersytecie" - j.w. (tej jeszcze nie przeczytałem)
Tytuł: "Dobre maniery w przedwojennej Polsce" Wydawnictwo: PWN Ilość stron: 317
Ocena: 5/6
"Savoir-vivre czyli ogłada, dobre maniery, bon-ton, konwenans towarzyski, znajomość obowiązujących zwyczajów, form towarzyskich i reguł grzeczności obowiązujących w danej grupie." To z Wikipedii. Ale właśnie, czy my przestrzegamy zasad savoir-vivre? Standardowe "suń się" czy "spier..." zagościły w naszym języku. W dwudziestoleciu międzywojennym nie było takich słów, ale była kultura osobista. Dostałem ofertę książek od wydawnictwa PWN i tak bez większego zastanowienia wybrałem sobię tę pozycję. Muszę przyznać, ze nie był to taki zły wybór.
Na początek autorka wytłumaczyła znaczenie słowa savoir-vivre i ukazała, co wpływa na przekonania Polaków. Dużo to się nie różniło od dzisiejszych sposobów marketingowych, ale bez takiego zaangażowania telewizji. Na początku sobie pomyślałem, że opisy różnych sfer życia mieszczan, powstania wojska będą nudne, ale to z tymi zasadami tworzy nierozłączną całość, bez której ta książką nie byłaby książką, jaką było mi przyjemność przeczytać.
Jak się okazało bardzo ważnym elementem w wojsku przed II wojną światową były konwenanse i zwyczaje. Młodzi żołnierze chodzili do swoich szefów na herbatki. Pierwsze spotkanie miało trwać tylko 15 minut, a oni siedzieli jak na szpilkach i oczekiwali końca tej wizyty. Ubiorów była masa. Jeden na tę okazję, na drugą okazję trzeba było przybrać coś innego, stosowniejszego, a żołnierzowi niekiedy zdarzyło pomylić stroje na daną okazję. Ciekawym faktem jest też, że żołnierz, wioząc swoją żonę do szpitala z powodu porodu (!), musiał pomóc żebrakowi, który umierał gdzieś na poboczu. Kobieta, która nie chciała odstawać od towarzystwa też musiała się stosować do ówczesnych krojów ubrań czy wzorów upięcia włosów.
Grzeczność kupiecka nie zmieniła się zbytnio od tamtych czasów. Być uprzejmym, ale nie nachalnym; nie rozmawiać podczas kasowania produktów z koleżanką; byś stosownie ubranym; czystym. To gości w sklepach już od bardzo dawna.
Mimo tego że Polskę czekała wojna, Polacy też brali udział w balach, rautach, herbatkach "o'clockach" i wielu innych zabawach. Oczywiście, do każdego rodzaju imprezy był potrzebny inny rodzaj stroju. Rauty odbywały się na zasadzie szwedzkiego stołu, a herbatki na stojąco. Trzeba było wówczas w jednej ręce trzymać talerzyk z ciastkiem, w drugiej filiżankę z herbatą, rozmawiać i przechodzić między ludźmi. Dla mnie to nie jest wykonalne. A wszystko to wykonane musiało być z gracją i wdziękiem.
Książka dosyć obszernie opowiada o zasadach "stołowania się". Odpowiednie ułożenie sztućców, posadzenia gości i ogarnięcie całej imprezy to były priorytety, dzięki którym uroczystość udawała się. Nie można było brać kilku porcji tego samego dania, ale trzeba było wyjść nie do końca dojedzonym. Nigdy bym nie pomyślał, aby jeść szparagi tylko widelcem. Tak było właśnie w tym okresie: jedzenie szparagów widelcami i nożami było zakazane. Twórcy poradników z tamtych czasów pisali dosyć brutalnym językiem, bo chcieli uświadomić tym, którzy tych zasad nie znali.
I, co może zdziwić niektórych, w tej epoce zachowały się zwyczaje dotyczące pojedynków. Coś nie pasowało, brało się broń i strzelało w asyście sekundantów. Mimo że to był zwyczaj potępiany, był on praktykowany. W książce zostały też umieszczone rozdziały o wychowaniu młodzieży, gafach oraz zachowaniu w kawiarniach.
Moje ocena książki jest bardzo dobra. Nie widzę w niej prawie żadnych pomyłek czy niedociągnięć. Na początku, jak już wspomniałem, trochę przeszkadzały mi te wstępy do części podręcznika, ale jakoś do nich się przekonałem. Dużo z tej książki się dowiedziałem i, pomimo że jest gruba, bardzo fajnie ją się czytało. Mogę ją polecić każdemu wielbicielowi historii ubiegłych epok, ale także ciekawskim, którzy chcą trochę poczytać.
Za egzemplarz recenzencki bardzo dziękuję wydawnictwu PWN :)
----------
Ostatnimi czasy udało mi się znaleźć dwie perełki zespołu Florence + The Machine i chciałbym je Wam pokazać:
Pewność siebie to stan dobrego emocjonalnego samopoczucia i komfortu odczuwany podczas wykonywania różnych czynności. Tak można pokrótce scharakteryzować pojęcie pewności siebie. No tak, ale czy wszyscy mamy pewność siebie? Jeśli nie, sięgnijcie po poradnik "Pewność siebie. Kompletna strategia wykorzystania własnego potencjału".
Autorem tej książki jest Artur Król. Wygląda na bardzo doświadczonego psychologa, (wiedza zawarta w jego książce i ciągłe słowa typu "z mojego doświadczenia" utwierdzają czytelnika w tym przekonaniu) który niejedno ma za sobą i z niejedną osobą pracował.
Książka jest podzielona na trzy części. Pierwsza z nich wprowadza czytelnika w świat pewności siebie. Oczywiście, na początku trzeba znaleźć sobie jakiś cel, które będzie wykonalny. Autor pomaga czytelnikowi i wymienia kilka działów naszego życia typu: kontakty interpersonalne, sprzedaż i negocjacje czy związki romantyczne, które powodują największe kłopoty związane z pewnością siebie. Do tego trzeba znaleźć motywację do zmiany. Taką motywacją może być silne, emocjonalne przeżycie, które utrwali daną osobę w tym, że tej pewności siebie nie ma lub zebranie wszystkich sytuacji, w których nastąpił brak pewności siebie i wyobrażenie sobie ich kolejno. Pewność siebie nie musi wynikać z wyżej wymienionych problemów, ale może być brakiem zdania na dany temat. I na to autor znalazł sposób.
Drugi rozdział zaczyna się od tematu przekonań, które istotnie wpływają na naszą pewność siebie. Przekonanie może tak się zmienić poprzez: uogólnienie; usunięcie: przekształcenie, że zamiast być dobrym dla kogoś, będzie ono pogarszało moją sytuację. Tutaj też autor podaje skuteczny sposób walki z tym problemem.
Kolejną metodą, która została ukazana w tej pozycji to metoda panoramy społecznej, która polega na zmianie wyobrażenia o sobie samych i innych. Tutaj kluczową rolę ogrywa wyobraźnia. W zależności od: odległości, wielkości, położenia, kierunku spojrzenia i wysokości wzroku, intensywności mózg inaczej postrzega daną osobę. W książce pojawiły się jeszcze pojęcia dialogu wewnętrznego czy osiągania celów, ale to już pominę, bo znowu wszystko wygadam.
Najciekawszym i najbardziej pożytecznym rozdziałem z tej książki okazał się rozdział o statusach i hierarchii. Wiadomo, każdy ma jakieś położenie w hierarchii, jeden niższe, a drugi wyższe. Autor poruszył też ten temat. Ten rozdział bardzo dużo mi uzmysłowił, jak ktoś komuś podwyższa status, obniża czy robi podobne rzeczy z rozmówcą. Bardzo mocno widać to, że osoby agresywne, wulgarne podwyższają swój status. Tak też sądzi autor. Aby być wysoko w hierarchii trzeba mówić komuś coś prosto w oczy, co jest dla niego kompromitujące czy chodzić z odkrytym gardłem i brzuchem. Resztę sobie sami przeczytacie, bo nie ma sensu o tym mówić (jest to dosyć obszerny rozdział).
I ostatni, trzeci rozdział pokazuje, jak wprowadzić zasady, wcześniej wymienione, w życie.
Znowu muszę pogratulować wydawnictwu Edgard. Cały poradnik jest przejrzysty, są podsumowania, wprowadzenia do rozdziałów i bardzo dobra, nie za duża szata graficzna. Ćwiczenia zawarte w tym poradniku, moim zdaniem, są trochę dziwne. Jakieś kreski czy inne pojęcia związane z wyobraźnią nie przemówiły do mnie.
Za egzemplarz recenzencki bardzo dziękuję Wydawnictwu Edgard:)
Chyba wpadłem w wampiromanię. Tak się składa, że właśnie recenzuję drugą książce o podobnej tematyce. I tak spostrzegłem, że niby każda książka jest pisana tak samo, a prawie tak samo wciągająca i ciekawa (na razie przeczytałem dwie takie pozycje, więc nie wiem do końca czy to jest sprawdzalne we wszystkich sytuacjach).
Główną bohaterką książki "Miasto kości" jest Clarissa Fray. Niby to zwykła dziewczyna, która wpada w różne kłopoty, ale jest coś innego w niej. Wraz ze swoim przyjacielem, Simonem, idzie na dyskotekę. I tak też po raz pierwszy spotyka się z Nocnymi Łowcami, którzy łapią demony. Jest świadkiem śmierci jednego z demonów, ugodzonego nożem.
Potem nic szczególnego się nie dzieje, ale akcja nabiera tempa w chwili porwania matki Clary. Kobieta znika bez śladu, a Clary atakuje potwór, który próbuje ją zabić. Oczywiście, tak się nie dzieje, dziewczyna wygrywa z potworem, ale też nie obyło się be pomocy Jace'a. Jest on jednym z tych Nocnych Łowców.
Zaprowadza ją do instytutu, gdzie poznaje nowych ludzi i zaprzyjaźnia się z nimi.
Potem wraz z Jace'em wraca do swojego domu. Jej matka oraz wszystkie sprzęty zginęły z domu. Jace nie wydaje się być zdziwionym, bo jest udaje strasznie doświadczonego, zresztą taki był. Spotyka ich tu masa przygód między innymi z madame Dorotheą, która nie okazuje się być normalną starszą panią, a potworem, który próbuje zabić naszych bohaterów.
Przez książkę przewija się też wątek bariery w mózgu Clary. Jest ona założona po to, aby nastolatka nie pamiętała swojego dzieciństwa. Jocelyn, matka Clary, odwiedzała Mugnusa Bane'a, który co kilka lat zakładał je tę magiczną blokadę. Clary chce odkryć swoją pamięć, więc do instytutu zostają wezwani Biali Bracia, którzy wyglądają okropnie, ale mają zdolność czytania w myślach. Niestety, próba nie udaje się z powodu wyżej wspomnianej blokady. Po tych wydarzeniach akcja nabiera jeszcze większego tempa. Luke pomaga Clary, przywódca instytutu ucieka wraz z kielichem i okazuje się być sprzymierzeńcem Valentine'a, a sam Valentine wyjawia straszną tajemnicę o rodzinie Clary. Nie mogę jeszcze nie wspomnieć o akcji ratunkowej Simona, która przysporzyła im dużo kłopotów z wampirami i wilkołakami. Autorka daje czytelnikowi nową porcję zaskoczeń i ciekawych sytuacji, od których nie można się oderwać.
Postacie są w tej książce naprawdę nieprzewidywalne. Ciągle się zmieniają. Jedni zdradzają, drudzy zabijają z zimną krwią, a reszta nawraca się, kiedy główna bohaterka potrzebuje pomocy. Nie powiedziałbym, że Clary była jakaś nadzwyczajna. Większość takich trylogii opiera się na tym, że główny bohater ma jakąś nieodkrytą moc, która nagle w jakimś momencie jego życia "wyskakuje", bo mu nagle jest potrzebna. Zaskoczeń było tu dużo, ale było też kilka rzeczy do przewidzenia. Wiadome od początku jest, że Clarissa przeżyje, bo bez niej nie byłoby tej trylogii. I o dziwo autorka nie pokazała tylko i wyłącznie wampirów czy wilkołaków, owszem, ale znalazły się też tutaj inne istoty, które według autorki powstały w taki czy inny sposób (elfy, gnomy, czarownice czy wcześniej niespotkani Nocni Łowcy). Poruszenie tematu rodziny przeszłości rodzinnej już też nie było czymś oryginalnym. Książkę można scharakteryzować jako mieszaninę wybuchową składającą się z wampirów, wilkołaków, homoseksualistów, elfów, aniołów, gnomów, czarownic i wielkich, nieprzewidywalnych przygód.
Podsumowując, mogę stwierdzić, że książka mi się spodobała i mogę ją polecić każdemu, nawet temu, który nie cierpi takich tematów. Ja też broniłem się od nich rękami i nogami, ale okazały się bardzo ciekawe.
Jest ktoś, kto nie zna postaci Jana Pawła II? Nie, wszyscy znają. Było wiele książek na temat jego życia m.in. "Swiadectwo", którego nie czytałem i wiele różnych filmów np. ten z Piotrem Adamczykiem. Książka wydaje mi się, że nie była czysto rozrywkowa, ale miejscem, gdzie ojciec Leon mógł wygłosić swoje poglądy na różne tematy.
Ojciec Leon na początek porusza temat tytułu, który dla jednych może być dziwny. Papież i bilbord - mi to się wydaje niedorzeczne, ale jest to taka jakby przenośnia. Karol Wojtyła przed swoim domem miał tablicę "Czas ucieka. wieczność czeka". Była to tablica, na którą Ojciec Święty codziennie patrzył, wyglądając przez okno, więc autor postanowił nadać taki tytuł.
Potem zostaje ukazane życie papieża jeszcze przed wyborem na tę funkcję. Ojciec Leon ukazuje go jako mężczyznę wysportowanego, pływającego na kajach, myjącego gary na wszelakich obozach i dobrego "pasterza", który ma dobry kontakt z młodzieżą.
Potem następuje ten okres najważniejszy dla JPII, czyli rządzenia Stolicą Piotrową. Czytelnik moze po kolei prześledzić losy głównego bohatera, a także wywsłuchać komentarza ojca Leona do wydarzeń, które się w tym czasie działy.
Ojciec Leon jest znany z tego, że ma dobry kontakt z młodzieżą i nie dziwię się. Potrafi wiele spraw przedstawić w bardzo obrazowy sposób. Jeżeli pijesz, co to Ci daje? Kaca po tym całym piciu i chwilową przyjemność, która szybko unika. Taki był właśnie jeden przykład z książki. Autor zawiera także swoje poglądy na temat aborcji i eutanazji. Dla jednych może to być wyświechtany temat, ale książka może zaciekawić czytelnika. Do tego ojciec Leon nie boi się wypowiadać słów typu gej czy lesbijka, które raczej nie należą do typowego słownictwa duchowieństwa, aczkolwiek uchodzić za kontrowersyjne.
Miłość, która szanuje każdego człowieka. Miłość, która nie niszczy żadnego: ani komunisty, ani bezwyznaniowca, ani geja, ani lesbijki, ani czarnego, ani kolorowego.
Po lekturze tej książki doszedłem do wniosku, że powinno być więcej takich księży, którzy będą potrafili zachęcić młodzież do uczestniczenia w życiu Kościoła. Do tego wszystkiego zostały dołączone zdjęcia Jana Pawła w różnych momentach życia. Tej książki nie mogę uznać za jakoś bardzo ciekawej, ale dla mnie nie była taka zła, chociaż większym problemem było to, co napiszę w tej recenzji, ale coś tam naskrobałem.
Za egzemplarz recenzencki bardzo dziękuję Wydawnictwu Esprit:)
---------
Hurra! mogę odkrzyknąć, bo mam aż trzy dni wolnego z okazji egzaminów. Już współczuję zdającym, którzy muszą przejśc przez gąszcz pytań niekoniecznie łatwych. Powodzenia życzę i oczekuję relacji:), a ja tymczasem przez te trzy dni zamierzam skończyć "Blask księżyca" i pouczyć się trochę biologii. No i jeszcze zostawię Wam piosenkę, w którą ostatnimi czasy jestem bardzo zasłuchany.
Tytuł:"Crom i uczeń czarnoksiężnika"
Wydawnictwo: Zielona Sowa
Ilość stron: 325
Ocena: 6/6
Co do książki "Crom i uczeń czarnoksiężnika" podchodziłem z dużą rezerwą i myślałem sobie, że będzie to kolejna nudna książka dla młodszych dzieci. Jednak pozory mylą. Książka była naprawdę fajna.
Z Crom spotykamy się, kiedy dowiadujemy się o planach Darka von Detha. Ten człowiek, a zarazem wielki czarnoksiężnik próbuje zabić Crom, bo ma ona najlepszą iskrę. Nie wiem, jak to mam zdefiniować, ale ta cała iskra była potrzebna Darkowi. Chciał on zrobić z Pera wielkiego czarnoksiężnika (Per był wielkim nieudacznikiem), a iskra Crom w połączeniu iskry Pera dałaby bardzo mocną mieszaninę.Zgadywać nie trzeba, żeCrom przeżyła. Wraz z Perem, druidem wyrusza do Mu- stolicy całej tej magicznej krainy, aby zdać raport Radzie.
Jak się później okazuje droga do Mu staje się bardzo trudną do przebycia. W trakcie podróży Crom ginie i odnajduje się w Baśniowym Lesie. Poznaje tam Czerwonego Kapturka (według wizji autora jest on sześcioletnim chłopcem) i Złego Wilka (wilkołaka dla jasności). Wędruje tak długo, aż nie dociera do druida i Pera, przedzierając się przez Baśniowy Las, Przełęcz Łez, Pustynię Popiołów i Igłę.
Per z druidem maja też trochę kłopotów. Próbują przejść przez kopalnię krasnoludów, ale oczywiście nie udaje im się to. Ich dawny przewodnik, krasnolud, musi zostać, bo Gocha (królowa wszystkich krasnoludów) wymaga od niego, aby pełnił swoje "tacierzyńskie" obowiązki. (Kolejną ciekawą teorią jest fakt, że krasnoludy rodzą się na kamieniu i potem przechodzą kolejne stadia rozwoju, i stają się krasnoludami).
O tej książce mogę wypowiadać się w prawie samych superlatywach. Akcja jest wartka, nie dłuży się. Autor zaplanował bardzo ciekawe imiona bohaterów (wyżej wspomniana Gocha czy Darek von Deth), zabawne przypisy czy różne przemyślenia bohaterki ("Armia glutów" w nosie Pera może być przykładem. Pierwsze moje skojarzenie - fuj, ale scena bardzo oryginalna.) Co do zakończenia to się wypowiadał nie będę, bo wiadomo każdy sobie je zgadnie, czyli dobro zwycięża nad złem. Bardzo denerwującą przynajmniej kwestią były te angielskie imiona. Czyż nie ma jakiś pieknych polskich imion, które zasługują na zamieszczenie w książce do tego polskiej dla polskich dzieci? Widocznie do szczęścia nie jest potrzebna poprawna polszczyzna.
----------
Autor: Marcin Mortka
Tytuł:"Przygody Tappiego z szepczącego lasu"
Wydawnictwo: Zielona Sowa
Ilość stron: 159
Ocena: 5/6
Kolejną książką od wydawnictwa Zielona Sowa jest "Przygody Tappiego z szepczącego lasu". Ta pozycja jest adresowana zdecydowanie dla młodszych czytelnbików.
Głownym bohaterem książki jest Tappi. Fikcja literacka ma to do siebie, że wszystko się dzieje, więc autor zaplanował, że Tappi będzie miłym, kulturalnym wikingiem wbrew pospolitemu mniemaniu o wikingach.
Autor stworzył dwanaście krótkich opowieści o tym, jak Tappi wraz Reniferem Chcichotkiem ratują szepczący las przed zagładą. Autor zamieszcza w tej książce podstawowe zasady dobrego wychowania: nie śpiewać w lesie, nie mówić z pełnymi ustami, nie bać się itp. Młody czytelnik może poznać przygody wikinga bardzo dokładnie. Tappi m.in. robi zapasy, budzi ze snu jakieś leśne stworzenia, które atakują jego dom, a on broni się patelnią (Swoją drogą nie był to chyba najlepszy pomysł. Dzieci w wieku przedszkolnym mają różne dziwne pomysły, a przykładem mogę być ja, który zrzucił swoją młodszą siostrę z tapczanu i uderzył garnkiem w głowę);poznaje Chichotka; słucha opowieści fałszywego Gawędziarza; odaje magiczny młot Sigurda i pokonuje Jarla Surkola.
Za egzemplarze recenzenckie bardzo dziękuję wydawnictwu Zielona Sowa:)
----------
Podsumowując dzisiejszą recenzje, jest ona dla Waszego młodszego rodzeństwa. Nie wiem, czy bym przeczytał coś takiego bez przymusu, ale była to bardzo fajna przygoda. No i czekam z niecierpliwością na egzemplarz recenzencki od portalu Na kanapie. Przepraszam za braki spacji czy jakiekolwiek błędy, ale Blogspot coś wariuje.