31 sierpnia 2012

Eric-Emmanuel Schmitt "Kobieta w lustrze"

Autor: Eric-Emmanuel Schmitt
Tytuł: "Kobieta w lustrze."
Wydawnictwo: Znak liter nova
Ilość stron: 457 
Ocena: 6/6
 
Eric-Emmanuel Schmitt jest jednym z moich ulubionych pisarzy i, czytając "Kobietę w lustrze, nie zawiodłem się, bo ta powieść jest genialna. Wiem, ktoś może sobie pomyśleć, jak każda inna ksiażka recenzowana na tym blogu, no cóż, większość ksiażek oceniam na 6. :) Tym razem autor wprowadza nas w życie trzech kobiet, żyjących w różnych epokach: Anne z Brugii jest kobietą renesansu, która raczej odbiega od katolickiego myślenia swoją poezją i słowami; dwudziestowieczna Hanna von Waldberg prowadzi życie, jakby mogło się wydawać bez trosk, u boku doskonałego męża, jego dziwnej, a za razem nadopiekuńczej rodziny, ale coś stoi na przeszkodzie, żeby całkowicie się spełniła i w końcu docieramy do współczesnej Anny, gwiazdy filmu i kina, która nie stroni od kochanków, alkoholu i narkotyków, ale czy uda się jej znaleźć szczęście? No dobra, może zacznę od początku, opowiem o każdej po trochu.

Anne z Brugii poznajemy w dniu ślubu. Okazuje się być niezwykłą szczęściarą, bo wychodzi za mąż. Szczęście w nieszczęściu, że ma szanse wyjść za mąż za przystojnego i pięknego mężczyznę, który jest nielicznym reprezentantem swojej płci w Brugii, a tu, proszę taka niespodzianka, ucieka do lasu. Czyż ten scenariusz nie jest znany już z wielu filmów, w których panny młode najpierw kochają swoich niedoszłych mężów, a potem uciekają w białych sukniach, może nie do lasu, ale daleko od swojego ukochanego? Nie sądzę, żeby autor posiłkował się na tych komediach romantycznych, bo okazuje się, ze Anne zamieszkuje na kilka dni w tym lesie, a z głodu nie umiera tylko dzięki pomocny mnicha (!), a nie jakiegoś księcia z bajki na białym rumaku. Oczywiście, tutaj autor zaserwował czytelnikowi kilka zwrotów akcji, ale Anne wychodzi cało z kłótni ze swoją kuzynką Idą i zostaje skierowana przez mnicha do beginek, czyli do takiej feministycznej organizacji, w której faceta ani widu, ani słychu. Ma tam odnaleźć swoje rzekome powołanie do bycia zakonnicą czy mistyczką. Skutki tych zamiarów nie są zbyt pozytywne, bo Anne swoimi rozmyślaniami burzy teologię koscioła, wprowadzając duchownych w istną furię, za co przypłaci niemałą karę.
Następna jest Hanna. Wychodzi ona za mąż za Franza von Waldberga. Wiedzie sobie bardzo spokojne życie, otoczona swoją liczną rodziną, która próbuje ją przekonać do zajścia w ciążę. Czytając ten fragment, byłem po prostu "posikany ze śmiechu". Sposób, w jaki rodzina zachęcała Hanne do tej ciąży, rozbawiła mnie do łez, a historia o suczce i jej adoratorze długo zapadnie mi w pamięć. Dla niektórych takie fragmenty mogą być lekko nie na miejscu, ale mi to nie przeszkadzało. Uff! Hanna może sobie oddychnąć, bo zaspokoiła swoją rodziną i zaszła w tę ciążę, tylko że jest jeden szkopuł. Przy porodzie okazuje się, że była to ciąża urojona, a z macicy zamiast dziecka wypłynęła sama woda. Tym razem też pojawia się przedstawiciel tej wielkiej rodziny von Wladberg, a mianowicie ciotka Vivi, która zachęca ją do pójścia na terapię do ucznia Frueda, niejakiego Calgari. Frued był podobno Żydem, a pójście do niego mogło przysporzyć naszej bohaterce sporych kłopotów w środowisku szlacheckim. Autor nie oszczędza Hanny, bo czeka ją jeszcze rozwód, liczne przprowadzki, odkrycie swojej życiowej pasji, czyli psychoanalizy, a także wiele innych ciekawych momentów, które bardzo mocno wpłyną w przyszłości na tryb jej życia.
Trzecią i ostatnią kobietą przedstawioną w tej książce jest Anny Lee, która, jak już wcześnieniej wspominałem, jest gwiazdą kinową i filmową. Jej życie odbiega od życia wielu nastolatek. Narkotyki, alkohol dla niej są codziennością, a facetów zmienia jak rękawiczki. Jej życie nagle obraca się o 180 stopni, bo, jak to często bywa z narkomananami, Anny przedawkowała. Spital, łóżka, lekarstwa, pielęgniarze to jej nie ominie, ale co ciekawe, można by dopisać do tej listy kamery. Okazuje się, że jej powrót do formy ma być ciągle filmowany. Mloda gwiazda zbytnio się temu nie sprzeciwia, głównie dzięki Johannie, jej stylistce i menadżerce, która chce dla niej najlepiej. I tutaj pojawia się Ethan, młody pielęgniarz, który pracuje w tym szpitalu. Jak się później okazuje iskrzy pomiędzy nimi, co się kończy wyrzuceniem Ethana ze szpitala i spędzeniem przez niego pięciu miesięcy w więzieniu, ale dlaczego, to sami się dowiecie, jak przeczytacie.
Wielu z Was może sobie zadawać pytanie, dlaczego autor podjął się trudu pisania aż trzech różnych "życiorysów" trzech różnych osób. Dobre pytanie. Z tej ksiażki mogłyby powstać trzy oddzielne ksiażki, które autor mógłby wydać osobno, podobne jak "Oskara i panią Różę" czy "Dziecko Noego". W tym przypadku bardzo dobrze się stało, że ta ksiażka jest tak gruba, bo każda z tych trzech pań jest ze sobą powiązana przez postać Anne z Brugii, ale więcej nie powiem, żebyście znowu nie posądzili mnie o "spoilerowanie".
Jeśli chodzi o ksiażkę, nie mam żadnych uwag. Pierwszą cechą, która rzuca mi się w oczy i odróżnia się innych książek p. Schmitta to humor. Ta ksiażka jest inna od poprzednich, bo nie jest tak smętna, i jej głównym motywem nie są rozważania na temat śmierci, mimo że śmierć też się pojawia w tej pozycji.
Kolejnym miłym zaskoczeniem było poruszenie takich tematów jak alkohol, narkotyki czy seks. Ten autor kojarzy mi się z reguły z rozważaniami na temat śmierci, życia czy innych tematów. "Kobieta w lustrze" wydaje mi sie całkowicie inna od jej poprzedniczek.
Jeśli chodzi o akcję, tez nie mogę się do niczego przyczepić. Są momenty, w których chce się czytać o danej bohaterce i jej perypetiach, bo krótkie rozdziały są tak skonstruowane, że autor kończy go w jakimś nieoczekiwanym momencie i trzeba czekać kolejne trzy rozdziały na losy danej bohaterki, co trzyma w napięciu i nie pozwala oderwać się od tej ksiązki.
Mam nadzieję, że po przeczytaniu mojej recenzji, jeśli w ogóle przeczytacie, bo trochę się "rozrosła", osoby, które jeszcze nie czytały ksiażek tego autora, od razu pobiegną do biblioteki czy księgarnii i zaopatrzą się w egzemplarze, bo naprawdę warto. Od "Kobiety w lustrze" nie mogłem się oderwać, a reszta ksiażek tego autora, które, rzecz jasna, czytałem, bo wszystkich jeszcze nie przeczytałem, też zasługują na uznanie.
----------
U mnie jak na razie deszczowo i chyba nie zapowiada się, żeby koniec wakacji zakończył się słonecznie. Co do sprawy bloga: na razie się zastanawiam, co z tym fantem zrobić, a decyzja jest naprawdę trudna. No właśnie, chciałbym Wam wszystkim, a raczej Waszym blogom, życzyć jak najwięcej recenzji i ksiażek przeczytanych z okazji  Międzynarodowego Dnia Bloga. :)  Podobno jest taka tradycja, że nominuje się pięć blogów, które najbardziej przypadły do gustu danej osobie, ale ja tak nie zrobię. Nominuję wszystkie 48 blogów, które mnie obserwują i wszystkich, którzy zostawiają komentarze pod notkami. Większość blogów jest w tej zakładce "Zaglądam", a jeśli nie ma, to po prostu odezwał się we mnie "Pan Leń". :) Do tego zdjęcia, które znalazłem w Internecie, można by dodać: "... but I haven't enough time to blog..." :)

26 sierpnia 2012

Olga Tokarczuk "E.E"

Autor: Olga Tokarzuk
Tytuł: "E.E."
Wydawnictwo: Literackie
Ilość stron: 267 
Ocena: 2/6
Mój historyk-polonista bardzo polecał mi książki p. Tokarczuk. I co? Po przeczytaniu książki tej autorki stwierdzam, że mój gust i gust mojego historyka-polonisty jest całkowicie odmienny, a książka "szału nie zrobiła".  Fakt, że męczyłem ją przez dłuższy czas, może to potwierdzić.
Erna Eltzner jest dziewczynką, która wkracza w okres dojrzewania i mieszka we Wrocławiu ze swoim licznym rodzeństwem. Nic by w tym dziwnego nie było, gdyby nie fakt, że jest medium, czyli osobą, która może przywoływać duchy itp. Bardzo prawdopodobne, że ma skłonności genetyczne po matce, która miała podobne problemy, aż do pierwszej miesiączki. I teraz właśnie jej matka wraz z Frommerem i Schatzmannem organizuje kilka seansów w ich własnym domu. Wszyscy uczestnicy seansu chwytają się za ręce i tworzą tak jakby krąg. Po chwili Erna zasypia i nagle zaczyna mówić głosem jakiejś osoby. To, co się dzieje na tych seansach, dla niektórych bohaterów ma znaczenie sentymentalne, bowiem pojawia się na nich mąż czy jakiś inny krewny uczestnika seansu, a nawet Joanna d'Arc, która niedawno zostało kanonizowana.
Doktor Schatzmann jako lekarz, badający fizjologię mózgu, pragnie zbadać fenomen Erny. Tak też się dzieje. Erna zostaje poddana badaniom, a ich wynik nie zostaje poznany ani przez czytelnika, ani samą panią Eltzner.
Historia kończy się, moim zdaniem, dosyć zwyczajnie. Uczestnicy seansów odkrywają "spisek", oczywiście, nie obywa się bez jakiegoś małego skandalu. To nie jest koniec niespodzianek na zakończenie tej ksiażki, wiec bez obaw, tego nie można nazwać spoilerem.
Gdybym miał określić tę książkę jednym słowem, byłoby to słowo: "dziwna". Samych duchów nie potępiam, ale unikam takich tematów. Autorka mogłaby trzymać się bardziej rzeczywistości i zrobić coś z tą książka, aby tak mocno się nie dłużyła.
Ta recenzja chyba będzie jedną z najkrótszych w historii bloga, bo nie wiem, co powiedzieć o tej pozycji.
----------
Wiem, w dzisiejszej recenzji nie popisałem się objętością, ale naprawdę trudno powiedzieć mi cokolwiek o tej książce. :) Bardzo wszystkich przepraszam za brak komentarzy pod wpisami, ale nie mam możliwości korzystania z Internetu. Dzisiaj zdarzyła sie taka okazja, wiec skorzystałem. Niedługo rok szkolny się zaczyna, więc nie obiecuję, że ten blog w ogóle przetrwa. Już teraz zastanawiam się, czy nie zrezygnować w porę. Nie chciałbym, żeby tak się stało, bo nie chcę znowu czekać nie wiadomo jak długo, bo jakieś wydawnictwo oczekuje roku blogowania. Trudno mi powiedzieć, czy podołam. Czas pokaże, no i trzeba się psychicznie przygotować na pierwszy dzień szkoły: koniec spania do dwunastej, wolnych wieczorów i czytania ksiażek do upadłego, ale to chyba nie w moim przypadku.:) Już kończę, zostawiając Was z piosenką. Do końca wakacji planuję jeszcze przeczytać "Kobietę w lustrze".

21 sierpnia 2012

Oliver Potzsch "Córka kata"

Autor: Oliver Potzsch
Tytuł: "Córka kata"
Wydawnictwo: Esprit
Ilość stron: 472 
Ocena: 6/6
Kara śmierci już jest raczej przeszłością w Europie. Zainspirowany "Córką kata", wpisałem sobie pojęcie kary śmierci w wyszukiwarkę cioci Wikipedii, która bardzo dokładnie wyjaśniła mi to pojęcie. Jak się okazało kara śmierci była stosowana jeszcze PRL-u za gwałt czy zabójstwo, oczywiście, później została zniesona. Jak zobaczyłem, w jaki sposób karano ludzi w średniowieczu, trochę mnie to obrzydziło, bo metody były naprawdę bolesne. Wbijanie na pal, łamanie kołem czy egzekucje przez powieszenie były codziennością. Zresztą w "Córce kata" autor przedstawił kilka metod tortur i sposobów zabijania winowajców.
Schongau wstrząsają masowe mordy dzieci. Pierwsze z nich zostaje utopione i zgniecione między palami drewna w wodzie, drugiemu brutalnie zostało podcięte gardło, a trzecie dziecko zostało zabite w niemniej brutalny sposób. Posądzoną za te mordy zostaje akuszerka Marta, która według mieszkańców miasta miała pozabijać te dzieci, i być w kontakcie z diabłem. Dowody na jej winę są absurdalne dowody, jeżeli w ogóle możemy mówić o dowodach. Podstawowym dowodem w tej sprawie jest specjalna substancja, niby służąca czarownicom do lotu na miotłach, którą znaleziono w mieszkaniu Marty. Dodatkowo na ciałach zamordowanych dzieci pojawiają się znaki czarownic, czyli kółko z krzyżykiem, a po zbadaniu kobiety okazuje się, że ma ona znamię pod łopatką, które zostaje przekłute, a że nie płynie z niego krew, Marta zostaje uznana za czarownicę. Pożar magazynu miejskiego czy sabotaż przytułka kościelnego jeszcze bardziej pogarsza sytuację Marty.
I w tym momencie wkracza Jakub Kuisl, który rozpoczyna śledztwo. Głownym celem, rzecz jasna, jest uratowanie Marty przed śmiercią na stosie i torturami. Kat wraz  ze swoją córką i Simonem krok po kroku rozwiązuje tę zagadkę, można by powiedzieć po nitce do kłębka. Najdziwniejsze jest to, że mieszkańcy miasta chcą stracić akuszerkę, jak najszybciej się da, bez względu na to czy jest winna, czy też nie, z dwóch powodów. Do miasta ma przyjechać przedstawiciel księcia elektora, którego pobyt i wyżywienie będzie kosztowało majątek, a miasto już i tak nie może sobie pozwolić na większe wypadki. Gdyby przedstawiciel księcia elektora zaszczycił Schongau swoją obecnością nie skończyłoby się na jednym stosie, tylko na kilkunastu, a może nawet kilkudziesięciu, jak to było parę lat wcześniej, kiedy zabito około sześćdziesięciu kobiet, bo niby uprawiały czary.
Książka bardzo mnie wciągnęła. Autor nie pozwala na to, żeby czytelnikowi nudziło się. Liczne ucieczki, morderstwa, tajemnicze postacie (postać diabła na przykład) powodują, że ksiażka obfituje w niespodzianki i zwroty akcji. Bohaterowie bardzo przypadli mi do gustu. Szczególnie Magdalena (córka kata) i Simon (miejscowy medyk). Ta ich nieszczęśliwa miłość i śmieszne perypetie sprawiają, że książka obfituje nie tylko w trupy, ale też w wątek miłosny, który autor bardzo umiejętnie wplótł pomiędzy dochodzenie. W trakcie czytania tej powieści zacząłem się obawiać, ze ten cały diabeł jest naprawdę z piekła rodem. Trochę mi to nie przypadło do gustu, że autor zamiast trzymać się realiów, wplata jakieś wątki fantastyczne. Ku mojej radości, okazało się, że diabeł jest prawdziwym człowiekiem.
Autor bardzo dobrze odwzorował średniowieczne miasto i mentalność ludzi. W dobry sposób pokazał głupotę ludzi tej epoki, która przekraczała wszelkie granice. Czasami to po prostu szkoda gadać, co oni tam wyprawili. Akuszerka zabiła świnię jakiegoś pijaka, siedząc w areszcie, albo najlepszym sposobem na wyleczenie większości chorób jest upust krwi. Dla mnie to jest całkowity nonsens, ale muszę się pogodzić, że tylko najbogatsi mogli uczęszczać do szkół i że stan wiedzy średniowiecznych pseudonaukowców był mizerny. 
Było to jedno z moich pierwszych spotkań z kryminałem. Bardzo mocno spodobała mi się ta książka, trudno było się od niej oderwać,  i teraz widzę, że kryminały to bardzo ciekawy gatunek literacki. Może to za sprawą książki, nie wiem, ale ta pozycja zasługuje na uznanie. :)

11 sierpnia 2012

Znajdź bratnią duszę w Ani Shirley!

Książki Lucy Maud Mongomery odeszły już do lamusa. No tak, ten, kto wypowie to zdanie, po części będzie miał rację. Stan książek w bibliotece, których prawie nikt już nie czyta, pokazuje, że stoją one i zbierają tylko niepotrzebnie kurz. Zresztą moja siostra, jak zobaczyła, że wypożyczyłem książki z tego cyklu z biblioteki, zapytała mnie, kto czyta teraz takie książki. Więc ja jej odpowiedziałem, że ja. I tak to się ma z takimi książkami (albo z moją siostrą... Należy ona do klasycznych, opornych ludzi, którzy książki czytają od święta).
Lucy Maud Mongomery swoją przygodę z Anią Shirley rozpoczęła od książki pt. "Ania z Zielonego Wzgórza". Ta część jest względnie znana i czytana w ramach lektur szkolnych. Mnie to też nie ominęło i pierwszy tom nawet przypadł mi do gustu.
W następnym tomie ("Ania z Avonlea") widzimy już doroślejszą Anię. Stawia ona pierwsze kroki w swojej karierze pedagogicznej. Skutki tego są różne. Nie obywa się bez problemów pedagogicznych, ale, jak to nasza Ania, ze wszystkiego wychodzi obronną ręką. Dodatkowo autorka wplata tu wątek pomocy społecznej w ramach Klubu Miłośników Avonlea.
Następny tom opisuje przygody głównej bohaterki na uniwersytecie w Kingsporcie. Nowi przyjaciele, kłopoty z kwaterą, pierwsze miłości i nauka - tak to w skrócie wygląda.
W kolejnym tomie ("Ania z Szumiących topoli") czytelnik poznaje Anię z trochę innej strony. Zostaje ona bowiem kierowniczką szkoły w Summerside i wykłada geometrię w szkole. W tym tomie główna bohaterka walczy z rodziną Pringle'ów, którzy zdominowali Summerside, i wszyscy musielią się im podporządkować. Oczywiście, pojawiają się nowi bohaterowie: Rebeka Dew ze swoim kotem, ciocia Misia i Kasia, Julianna Brook i wielu, wielu innych.
Kolejne tomy ("Wymarzony dom Ani", "Ania ze Złotego brzegu", "Dolina Tęczy") wspominają o Ani jako dorosłej, zamężnej kobiecie. W czasie trwania akcji tych tomów rodzą się pierwsze dzieci Ani, umiera córka Ani, Joyce, Ania kilkakrotnie przeprowadza się, a jej pociechy na brak problemów nie mogą narzekać, takich trochę niekiedy dziwnych, ale jakie mogą być dziecięce problemy?
Główną bohaterką "Rilli ze Złotego Brzegu" nie jest Ania, ale Rilla Blythe. Dziewczyna jako jedyna z rodziny nie ma swoich zainteresowań, nie chce się uczyć i po prostu zostaje w domu. Nie może powiedzieć, że nie ma, co robić, bo zostaje postawiona przed nowym zadaniem, czyli opiekowaniem się "wojennym dzieckiem". Jaś rośnie i rozwija się bardzo dobrze i Rilla nie ma z nim dużego kłopotu. Ten tom już nie jest taki wesolutki, bo nadchodzi wojna. Chłopcy z Glen St. Mary wyruszają na wojnę, zostawiając na pastwę losu swoje żony, które z ciągłym niepokojem oczekują na ich przybycie. Tutaj autorka zaskoczyła mnie, bo poległ Walter. Trochę mnie zastanowiło, dlaczego akurat on, bo był jednym z najlepszych postaci, mimo że czytał, pisał poezję i nie bił się z innymi. :)
I trzy ostatnie tomy cyklu: "Opowieści z Avonlea", "Pożegnanie z Avonlea" i "Ania z Wyspy Księcia Edwarda" są zbiorem opowiadań o mieszkańcach Avonlea, ich różnych dziwnych przypadkach, małżeństwach, pogrzebach...
Ślubów, zrzęd w tym cyklu było strasznie dużo. Nie wiem, czy autorka była zwolenniczką wyżu demograficznego czy przyrostu naturalnego, ale na tylu ślubach nie byłem nigdy w życiu!
Bardzo często autorka stosowała chwyt na przysięgę. Na przykład jakaś dziewczyna przysięgała przed swoją matką na łożu śmierci, że nie zostanie żoną tego i tego mężczyzny i ma się pobrać z innym. Trochę to dziwne dla mnie, bo jeśli już kocha, to dlaczego nie miałaby wyjść za tego, którego kocha. I w wielu przypadkach dziewczyny dotrzymywały tej przysięgi i były wielce nieszczęśliwe.  Nagle zdarzał się cud i mogły w końcu wyjść za tego, którego kochały. Może autorka chciała dodać trochę tragizmu sytuacji czy coś w tym stylu, ale moim zdaniem to było trochę żałosne.
Oprócz tych ślubów autorka zaserwowała czytelnikowi kilka dziwnych sytuacji i konwenansów epoki, w której żyła. Ja na przykład nie odszedłbym od kościoła, bo nie podoba mi się kolor kwiatów czy pastor mi nie pasuje, a taka sytuacja zdarzyła się i w tych książkach. Zresztą walka pomiędzy prezbiterianami i metodystami toczyła się ciągle bez względu na miejsce im czas. Szczególnym przykładem  była panna Kornelia, która metodystów strzegła się jak ognia. Po przeczytaniu tego cyklu wywnioskwowałem, że te książki miały czytać panienki z dobrych domów, aby nauczyć się prawdomówności, uczciwości itp.
Jak większość książek dla młodzieży, te książki są przewidywalne i prawie zawsze kończą się szczęśliwie. Dobrym przykładem mogą być te przysięgi i nagły cud, który pozwala pobrać się nieszczęśliwym. Żeby nie było aż tak szczęśliwie, autorka w trakcie tego cyklu uśmierciła kilku bohaterów. Najbardziej szkoda mi było Waltera, ale, jak miał zginąć, to zginął.
Koniec tego narzekania, bo zaraz wszystkie miłośniczki twórczości pani Montgomery zaczną protestować, że to nie tak, że one uwielbiają te powieści i są bez wad, że mają swój klimat... No dobra, teraz pora na pytanie, dlaczego warto przeczytać ten cykl. Po to, żeby, na przykład, poznać humor autorki. Było kilka sytuacji, przy których trudno było się nie zaśmiać. Jak Tadek wrzucił żabę do łóżka Maryli i Ania musiała ją wyciągać, to jest przykład. Po co jeszcze warto przeczytać te książki? Po to, żeby poczytać sobie o szczęściu bohaterów, które w życiu nieliterackim nie zawsze nam dopisuje, pomarzyć sobie o takiej ilości przyjaciół, jaką miała Ania (nie wiem jak wy, ale dla mnie jest to zadanie niewykonalne, żeby ciągle na mojej drodze stawali nowi przyjaciele), zapoznać się zasadami życia społecznego w epoce, w której żyła autorka. Teraz już mnie rozgrzeszyłyście? Chyba nawet musicie, bo zaczynają mi się kończyć pomysły, a recenzja też nie może dłużyć się w nieskończoność. :)
Podsumowując, mogę stwierdzić, ze ten cykl warto przeczytać. Trochę się czepiałem, ale myślę, że klasykę warto czytać. :)
--------
Na koniec tego długiego posta piosenka, która wpadła mi w ucho. :)

02 sierpnia 2012

Niech los wam sprzyja!

Katniss Everdeen jest chyba postacią literacką, która krąży po blogosferze jak szalona w licznych postach, recenzjach itp. Wiem, miałem nie robić podobnego posta, ale doszedłem do wniosku, że chyba jednak taki by się przydał. :)

Katniss Everdeen jest nastolatką, która mieszka w Panem. Jest to państwo, które powstało na ruinach dawnej Ameryki Północnej w dalekiej przyszłości. Katniss jako żywicielka rodziny poluje, pobiera astragale (czyli kupony na dodatkową żywność), poświęca się i próbuje zrobić coś z porządkiem rzeczy, jaki panuje w Dwunastym Dystrykcie.

Tradycją w Panem są Głodowe Igrzyska, w których z każdego dystryktu wyłania się po dwóch trybutów. Walczą oni na arenie usianej różnymi złowrogimi pułapkami, zwierzyną czy innymi trybutami. A zwycięzca może być tylko jeden.

I tak właśnie Katniss i wszyscy nastolatkowie Dwunastki trafiają na Dożynki, w czasie których wybiera się tych trybutów. Pech chciał, że Prim, siostra Katniss, zostaje wybrana na tę trybutkę. W tym momencie wkracza Katniss, która ratuje swoją siostrę z kłopotów, stając przed bardzo ciężkim wyczynem, czyli wygraniem Igrzysk.

Przygotowania do ceremonii otwarcia Głodowych Igrzysk rozpoczynają się. Uczestnicy zostają poddani szeregom zabiegów kosmetycznych, aby pokazać, jacy to oni są doskonali. Katniss i Peecie przytrafia się Haymitch jako mentor. Pożytku z niego dużego nie ma, bo bardzo często zagląda do butelki.

Po ceremonii otwarcia, rozpoczynają się Igrzyska. Katniss spotyka się z pożarem, gończymi osami, zawodowcami i bardzo wieloma dziwnymi i strasznymi stworzeniami czy zdarzeniami.

Drugi tom zaczyna się prawie bezpośrednio po Głodowych Igrzyskach. Kapitol jest wściekły, bo Katniss wywinęła im taki numer, że chyba nie było takiej niespodzianki w ciągu wszystkich Głodowych Igrzysk. Zmusiła Kapitol do ogłoszenia jej i Peety jako zwycięzców, połykając trujące jagody. Kapitol nie mógł dopuścić do braku zwycięscy, wiec z dwojga złego wybrał dwóch zwycięzców, za co główny organizator Igrzysk przypłacił głową.

Tradycją każdych Igrzysk jest turnee zwycięzców po wszystkich dystryktach. W tej sytuacji dzieje się podobnie. Tylko że Katniss staje przed o wiele trudniejszą decyzją. Musi przekonać obywateli do odstąpienia od buntu, który wszczęła po swoim spektakularnym zwycięstwie w Igrzyskach. Żądanie takie wystosował do Katniss prezydent Snow w jej własnym domu. Cena niesposłuszeństwa jest bardzo droga, bo  Gale i jej rodzina mogą stracić życie. Katniss siłą całej swojej woli próbuje dokonać tego czynu, ale niestety, nie wychodzi jej to za dobrze.

Po zakończeniu się turnee, dochodzi do kolejnych Głodowych Igrzysk. Tym razem są one rocznicą Ćwierćwiecza Poskromienia, więc Kapitol szykuje niespodziankę dla mieszkańców Panem. Okazuje się, że tym razem w Igrzyskach wezmą udział trybuci, którzy wygrali poprzednie Igrzyska. A że Katniss była jedyną trybutką - zwyciężczynią z Dwunastki start miała automatycznie zapewniony.

Niektórym mogłoby się wydawać, że w tej książce zawieje nudą. Nic bardziej mylnego. Autorka funduje czytelnikowi całkiem inne Igrzyska. Tym razem arena pokryta jest wodą i porośnięta buszem. Organizatorzy wykonali tak arenę, że wszelkie kataklizmy przebiegają tak jak w zegarze. O tej godzinie fala morska, a o następnej małpy, żywiące się ludzkim mięsem.

Zakończenie tej części jest po trochu zaskakujące, a jednocześnie do przewidzenia. Katniss znowu ma szczęście, bo udaje jej się uratować, ale bez Peety.

Trzeci tom rozgrywa się na terenie Trzynastego Dystryktu. Katniss wraz ze swoją rodziną i rodziną Gale'a przenosi się tam i zgadza się zostać Kosogłosem. Jej zadaniem jest kręcenie filmów propagandowych, które mają zachęcić rebeliantów do walki. Kręcenie tych filmów obejmuje m. in. walkę w terenie, w której nie obywa się bez rannych i zabitych, ale najważniejszy jest efekt całego przedsięwzięcia.

Cały czas nie wiadomo, co się dzieje z Peetą, którego nie udało im się odbić. Właśnie dzięki niemu udaje się przewidzieć bombardowanie Trzynastki. Po tym wydarzeniu Kanitss przystępuje do szkolenia wojskowego. Na początku powieści czytelnik dowiaduje się, że chce zostać Kosogłosem, ale muszą zostać spełnione jej warunki. Właśnie jednym z nich było zabicie prezydenta Snowa i dlatego bierze udział w tym szkoleniu.

 Kolejnym etapem jej bujnego życia staje się wyjazd do Kapitolu. Tym razem bohaterowie muzą zmierzyć się z kokonami, czyli z pułapkami, które bronią dostępu do Kapitolu. Nie obywa się bez komplikacji i rebelianci z Katniss na czele muszą uciekać. Przez jakiś czas chowają się po jakiś domach, idą kanałami i w końcu docierają do Kapitolu.

Cała seria książek o Katniss jest jedną z najlepszych serii, jaką miałem okazję przeczytać. Autorka dopracowała wszystkie najmniejsze szczegóły, czyniąc z tej serii arcydzieło. Wiele zwrotów akcji -  to nie ominie czytelnika. Chociaż przewidywalność została zachowana w małym stopniu, bo Katniss ma niebywałe szczęście. Z każdej opresji wychodzi cało. Książka jest prowadzona w narracji pierwszoosobowej, co mi zbytnio  nie przeszkadza.

W każdej z trzech ksiażek miałem osobę, z którą szkoda było mi się pożegnać. Pierwszy tom - Rue. Scena opisu zabójstwa Rue była bardzo wzruszająca. Tutaj o mało się nie popłakałem, zresztą już o tym gdzieś na pewno wspominałem. W drugim tomie chyba nie było takiej osoby, ale chłosta Gale'a nie była przyjemna. I w trzecim - Finnick. To był jeden z tych pozytywnych bohaterów, który zasługuje na szacunek po tym, jak pomagał Katniss na arenie. Niestety, autorka go nie oszczędziła i został zabity w tych kanałach.

Mógłbym sobie zadać pytanie, który tom mi się najbardziej spodobał. Ja za najlepszy obstawiłbym tom trzeci. Jest on najciekawszy, ma najbardziej złożoną fabułę i jest najbardziej tajemniczy. Po przeczytaniu tego tomu ma się jeszcze więcej pytań, niż się miało na początku. Dlaczego Finnick został zabity? Dlaczego i kto zabił Prim? Kogo wybierze Katniss: Gale'a czy Peetę? Dlaczego Katniss zabiła prezydent Coin i sama popadła w chorobę psychiczną? Z wyborem partnera życiowego ja jestem za Gale'em. Peeta to trochę taki nieudacznik. Ciągle wpada w jakieś kłopoty. Jak nie choroba w pierwszym tomie , to znowu poparzenie na ogrodzeniu i tak dalej. Trochę nie rozumiem Peetomanii. :) A kogo Katniss wybierze, dowiecie się po przeczytaniu trzeciego tomu.

Uff, udało mi się napisać tego posta. Bardzo przepraszam, ale wyszła trochę nieskładna recenzja. :)

24 lipca 2012

John Marsden "Jutro, kiedy zaczęła się wojna"

Autor: John Marsden
Tytuł: "Jutro, kiedy zaczęła się wojna"
Wydawnictwo: Znak liter nova
Ilość stron: 271 
Ocena: 6/6

Wojna. Na świecie to zjawisko jest bardzo powszechne. I wojna światowa, II wojna światowa, wojny na Bliskim Wschodzie to przykłady konfliktów, o których albo uczymy się w szkole, albo widzimy w telewizji obraz zakrwawionych, bezbronnych ludzi, którzy walczą o swoją niepodległość. Ale co byśmy zrobili, gdyby wojna przyszła tak niespodziewanie, że zwinęliby nam rodziców, a my byśmy przetrwali tylko dzięki jakiejś norze bez dostępu do Internetu, telewizji czy bierzącej wody? Dobre pytanie, bo właśnie w takiej sytuacji zostali postawieni główni bohaterowie książki pt. "Jutro, kiedy zaczęła się wojna".

Ellie, Robyn, Corrie, Homer, Kevin, Fi i Lee wyruszają na wycieczkę do Piekła, niczego się nie spodziewając. Ich uwadze nie są obojętne samoloty, które zauważają. Odpowiedź na pytanie, dlaczego lecą, sama im się nasuwa. Po prostu w ich miejscowości odbywa się festyn, na którym odbędzie się defilada. Ich poglądy ulegają gwałtownej zmianie, gdy docierają do swojej wioski.

Okazuje się, że nikogo nie ma. Rodzice gdzieś poznikali, zwierzęta umierają, prądu brak, a oni nie wiedzą, co robić. Później, jak się okazuje, wszyscy zostali pojmani przez żołnierzy obcych wojsk, które niespodziewanie zaatakowały ich kraj. Decydują się na bardzo odważny krok. Zamierzają powynosić jedzenie ze swoich domów i z powrotem wrócić do Piekła.

Okazuje się to nie lada wyzwaniem. Muszą pokonać rzesze strażników, którzy kontrolują ten teren. Stosują naprawdę bardzo pomysłowe sztuczki, jak ich przechytrzyć. Z czasem zaczynają funkcjonować jako wojska partyzanckie, które zaczynają uprzykrzać życie żołnierzom. Dzięki ich wywiadowi dowiadują się, że ich rodziny są całe i zdrowe. Wysadzenie mostu to jeden z ich pomysłów, który oczywiście wypalił.

Książka jest prowadzona w narracji pierwszoosobowej i chyba trochę źle stało się, że nie jest to narracja trzecioosobowa. Wydarzenia widzimy z perspektywy Ellie, która nie może znać przygód swoich kolegów, którzy wyruszyli w celu znalezienia informacji o tym, co się stało.

Bohaterzy są tutaj różni. Od Fi, która na początku książki powaliła mnie łopatki swoimi pomysłami, do Homera, którego Ellie wcześniej nie doceniała, a okazuje się bardzo dobrym strategiem. Humoru też nie brakuje w tej pozycji, szczególnie scena z poduszką i Fi bardzo mnie rozśmieszyła.

Ta książka nie jest absolutnie przewidywalna. Nie obchodzi się bez rannych, zagubionych, ale autor zachowuje jednak jeden element przewidywalności. Głowni bohaterowie mają niebywałe szczęście. W tego typu książkach mają naprawdę takie sytuacje, w których inny, epizodyczny bohater dostałby kulkę w głowę, a ten główny bohater już nie. Autor stara się ich "chronić" ich, ale pod koniec pierwszego tomu trochę już "zmniejsza tę ochronę", bo zdarza się pewien wypadek.

Nie wiem, jak to będzie w drugim tomie, ale jestem już tego bardzo ciekaw, bo w tej książce zdarzyło się już wiele i mam nadzieję, że następne książki nie zepsują mi opinii o tym cyklu, na przykład z braku pomysłowości ze strony autora.

Nic dodać, nic ująć, bo ta ksiażka bardzo mi się podobała. Autor trzyma w napięciu, a wszystko jest doskonale zaplanowane. Poczynania z benzyną są tego przykładem. Bardzo dobra pozycja na wakacyjne, gorące dni. Tę książkę mogę polecić każdemu z ręką na sercu. :)
---------
Tym razem polska piosenka:

19 lipca 2012

"Zdarzyło się w Marienbadzie"&"Zarządzanie stresem" + "LUBIĘ"

Autor: Krystyna Kaplan
Tytuł: "Zdarzyło się w Marienbadzie. Miłość, polityka, intryga"
Wydawnictwo: PWN
Ilość stron: 303 
Ocena: 4/6

Edward VII. Dla jednych osób to postać dobrze znana, a dla drugich wręcz przeciwnie. Ja zaliczałem się do tych drugich, ale po przeczytaniu tej książki trochę mi się rozjaśniło o tej sławnej postaci. Dla osób, które nie lubią tego typu książek, rozważania o Edwardzie na 303 stronach to całkiem nudne i dziwne wywody, ale tak trochę autorka się rozwlekła.

Król Edward znany był ze swojego życia, które odbiegało od ówczesnych reguł. Pił, palił, ciągle flirtował i rozkochiwał inne kobiety, a jego żona zostawała na pastwę losu, kiedy on zabawiał się ze swoją kochanką... Takie było właśnie jego życie i postanowił wyruszyć do Marienbadu na coroczną samotną wycieczkę ze swoim psem (wabił się Cezar), grupką służących, opuszczając żonę oraz uciążliwe kochanki. Wiadomo, co trzeba robić, gdy król przyjeżdża do takiej miejscowości jak Marienbad, więc burmistrz zmobilizował całe miasto do przygotowania tego całego spektaklu na cześć Edwarda. W tamtych czasach Europa była dosyć niebezpiecznym miejscem dla królów, którzy żyli w ciągłym niebezpieczeństwie o to, czy tę podróż przeżyją, czy spoczną w trumnie. Do tak zaszczytnego zadania, jakim była ochrona króla, został mianowany inspektor Hepner. Był on niezmiernie potrzebny, bo osobisty agent króla nie mógł przyjechać razem z nim.

I teraz autorka wprowadziła Mitzie, która prowadziła swój własny warsztat kapeluszniczy. Przyjemnie jej się żyło, ale nie może to trwać wiecznie. Zakochała się ona bowiem w Edwardzie. Jako kapeluszniczka zrobiła królowi nakrycie głowy, które sobie zażyczył, oraz wyruszyła z nim na wycieczkę prywatnym samochodem króla. Ta wycieczka mogła przysporzyć wiele radości następcy tronu angielskiego, bo o mało co, a skończyłaby się śmiercią króla.

Autorka wplotła wątek detektywistyczny i kryminalny do tej książki. Wątek detektywistyczny wiąże się z ochroną króla przed różnymi spadającymi popielniczkami czy innymi czynami, które mogły jemu zagrozić. Inspektor Hepner przy udziale Betty (pozornie pisze pamiętnik, ale jest detektywem) powoli odkrywają cały spisek przeciw królowi.

Wątek kryminalny nie do końca się udał, moim zdaniem. Specjalistą od kryminałów nie jestem, ale po tym, jak pojawił się motyw trupa-mnicha, którego wyłowiono z bagna, w środku książki, to akcja dopiero rozwinęła się pod koniec powieści, ale o tym sza! Nie powiem Wam o tym, bo i tak dużo powiedziałem, a ta scena zmierza ku zakończeniu. P. Kaplan mogła trochę odejść od prawdy historycznej i wpleść bardziej dramatyczne wątki, a tu zaskoczenie, niekoniecznie pozytywne. Trochę żałuję, że ta książka nie mogła być napisana w oryginale po polsku, jeśli pisała to Polka, bo niestety nazwisko tłumacza pojawia się, ale cóż można zrobić.

Podsumowując, książka nie stanie się bestsellerem wakacyjnym, ale może ktoś, kto interesuje się historią
Anglii, przeczyta.
Za egzemplarz recenzencki bardzo dziękuję Wydawnictwu PWN:)

----------
Autor: Mike Clayton
Tytuł: "Zarządzanie stresem, czyli jak sobie radzić w trudnych sytuacjach"
Wydawnictwo: Edgard
Ilość stron: 205 
Ocena: 5/6

Stres jest to reakcja organizmu, która przygotowuje organizm do większej aktywności. Mamy stres pozytywny i negatywny. Tyle pamiętam z mojej książki od biologii o stresie (no, może trochę więcej, ale nie będę Was zanudzał), ale czy nie warto czasami skorzystać z pomocy specjalisty? I oto właśnie przedstawiam poradnik pt. "Zarządzanie stresem" Mike'a Claytona.

Jak każdy poradnik, książka wprowadza czytelnika w świat stresu, jego rodzajów i potencjalnych stresorów w naszym życiu. Kolejne rozdziały pomagają skutecznie zwalczać ten stres. W tym wypadku autor postarał się i omówił prawie wszystkie sfery naszego życia. Jeżeli nie możesz poradzić sobie ze swoim otoczeniem: zorganizuj się; uwierz, że jesteś w stanie kontrolować swoje życie; twórz nowe znajomości; a na pewno poradzisz sobie ze stresem w swoim otoczeniu. "Kontrola nad fizjologicznymi reakcjami na stres", "Kontrola nad otoczeniem", "Kontrola nad czasem", "Kontrola nad nastawieniem", "Kontrola nad mentalną reakcją na stres" to są tytuły wszystkich rozdziałów, w których autor radzi czytelnikowi, jak eliminować stres.

Kolejnym ważnym rozdziałem jest rozdział pt. "Zarządzanie stresem w pracy". Ta część akurat może być przydatna dla menedżerów, którzy poszukują sposobu na walkę ze stresem w miejscu pracy. Autor podał kilka rozwiązań dla takich osób, które mogą mieć z tym problemy.

Oczywiście, nie można zapomnieć o konfliktach, które powodują sytuacje stresowe. Wątpliwości, jak rozpoznać konflikt, metody walki z konfliktami, mediacja i arbitraż nie będą nikomu spędzały snu z powiek po przeczytaniu tego rozdziału.

Jeden z ostatnich rozdziałów porusza temat zmiany, która może bardzo zmienić człowieka, ale też zestresować. Autor w bardzo ciekawy sposób pokazał mechanizm powstawania zmian i sposób walki z nimi. Oczywiście, nie pominął drogi, jaką człowiek musi pokonać, aby zwalczyć tę zmianę. Najpierw mamy wyparcie (mózg odrzuca niewygodne fakty i udaje, ze nic się nie dzieje) i emocje (tu chyba wszystko jasne. Potem następuje okres oporu (stan buntu, który nie pozwala zaakceptować zmiany. W końcu przychodzi okres rozpoznania, akceptacji i zaangażowania się w sprawę. Autor podkreśla, że aby zaakceptować zmianę należy przejść wszystkie etapy, bo nawet bez jednego nie jest się w stanie zaakceptować zmiany. 
Wiem, że wielu z Was, komentując ten wpis, napisze, że nie ma zaufania do poradników, bo nie zawsze mówią prawdę, albo że poradniki są dla słabeuszy. Może wreszcie warto przekonać się do tego typu książek, co? Wydawnictwo Edgard dopełniło wszelkich starań, aby podręcznik był przejrzysty, a autor tłumaczy wszystko w zrozumiały sposób. Szata graficzna jest bardzo minimalistyczna, a podsumowania po każdym rozdziale są też bardzo przejrzyste. Nic dodać, nic ując, tylko przeczytać!

 Za egzemplarz recenzencki bardzo dziękuję Wydawnictwu Edgard:)

---------
TAG goni TAG. Pozwolę sobie powtórzyć te słowa po Nevermore, która zaprosiła mmnie do kolejnej blogowej zabawy.


1. Bannerem jest owo zdjęcie, które pojawia się u mnie i u każdej oTAGowanej osoby.
2. Napisz, kto Cię oTAGował.
3. Wypisz wszystkie drobne rzeczy, które przychodzą Ci do głowy, które lubisz, które czynią Cię szczęśliwym, te wszystkie drobnostki, dla których warto żyć. Szczególnie te najdrobniejsze i te, które wydają się zbyt banalne, by je wymienić, ale które poprawiają Ci humor.
4. OTAGuj kilka osób.
Lubię:
  • czytać książki, pisać o ksiażkach i prowadzić bloga (po napisaniu recenzji czasami mam ochotę pozbyć się mojego komputera, bo daje mi taką jazdę bez trzymanki:)). Myślę, że wielkiego zaskoczenia przy tym punkcie nie ma, bo wszyscy, którzy prowadzą bloga, tak mają. Zresztą blog zmusza mnie do regularnego czytania, a z tym kiedyś nie zawsze tak było.
  • owoce. Brzoskwinie, truskawki i wiele, wiele innych, ale arbuzów nie cierpię i nawet nie włożę ich do ust. 
  • słuchać muzyki. Wszelkiego rodzaju popu, tego zresztą prawie każdy słucha, rock, muzyka klasyczna, heavy metal, rap czy hip-hop odpadają. Wśród moich ulubionych wokalistów i zespołów znajdują się: Adel, Florence+the Machine, Rihanna, Lady Gaga, Madonna...
  • taniec. Siatkówka czy piłka nożna to nie moja bajka. Jeśli zobaczy mnie ktoś strzelającego bramkę, zobaczy czynność, która w moim słowniku praktycznie nie istnieje. Cha-cha, walce (no, może wiedeński już nie do końca, bo strasznie trudno się go tańczy, ale angielski już lepiej mi idzie)  to jest mój żywioł. :)
  • czytać książki młodzieżowe i przeznaczone dla dziewczyn. "Jeżycjada" czy książki p. Siesickiej, które męczyłem przez całe ferie i w końcu zmęczyłem wszystkie jej pozycje z biblioteki, są tego przykładem. Ostatnio wzięło mi się na książki o Ani z Zielonego Wzgórza i też konsekwentnie czytam ten cykl do końca.
  • szczęśliwe zakończenia. Nie ma to, jak popatrzeć sobie na szczęście innych, kiedy się akurat tego szczęścia nie ma w swoim życiu prywatnym. :)
  • komedie romantyczne. To też raczej należy bardziej do kobiecego świata, ale dlaczego je m. in. lubię, możecie zobaczyć w poprzednim podpunkcie.
  • ciastka, ciasteczka, czekoladę, słodycze w każdym wydaniu. Bez słodyczy ani rusz, a potem efekt pojawia się na twarzy, niestety.
  • jeśli chodzi o szkołę, najbardziej bliskie mojemu sercu są biologia i chemia.
  • jeść płatki "Cornflakes" z jogurtem brzoskwiniowym czy "Monte":), ale nigdy z zimnym mlekiem. Nie wiem, jak ludzie mogą jeść płatki z zimnym mlekiem i miodem, albo pić zimne mleko prosto z kartonika, jak to jest pokazane w wielu filmach.
  • seriale. "Brzydula", "Majka", "Prosto w serce", "Julia" czy "Prawo Agaty" to są te seriale, które uwielbiam. "M jak miłość" chyba bym do grupy moich ulubionych filmów nie zaliczył.
Nikogo nie będę nominował, bo chyba większość z Was brała już w tym udział. Jeśli ktoś nie był, niech napisze w komentarzu, to go dodam!:) I na koniec jeszcze piosenka, która łamie moją niechęć do rapu. :)








10 lipca 2012

Wybierać to trudna sprawa!

Tytuł tego posta jest adekwatny do tego, co zaraz napiszę, bo w wielu przypadkach miałem problem z jednoznaczną odpowiedzią. Na początku wypada podziękować AlessieFfer za to, że mnie nominowały, i przedstawić reguły gry:
 1. Każda oznaczona osoba musi odpowiedzieć na 11 pytań przyznanych im przez ich "Tagger" i odpowiedzieć na nie na swoim blogu.
2. Następnie wybiera 11 nowych osób do tagu i podaje je w swoim poście.
3. Utwórz 11 nowych pytań dla osób oznaczonych w tagu i napisz je w tagowym poście.
4. Wymień w swoim poście osoby, które otagowałaś.
5. Nie oznaczaj ponownie osób, które już są oznakowane.

Ffer
1. Zadawanie pytań czy opowiadanie?
Zadawanie. :)
2. Lodówka czy zamrażarka?
Nie wiem. Dla mnie bez różnicy. Wystarczy, że ten sprzęt gości w moim domu.
3. Porządek czy artystyczny nieład? ;)
Moja mama artystyczny nieład nazywa bałaganem:) (od razu trzeba tak było:)). Ja skłaniam się do nieładu.
4.Mieszkanie czy dom?
Znowu nie mogę się zdecydować, ale chyba dom.
5.Kotlet schabowy czy drobiowy?
Drobiowy, jeśli w ogóle mam ochotę na kotleta.
6.Stara, wartościowa książka czy najnowszy bestseller?
Bestseller. Rzadko kupuję bestsellery, wiec książka Austen czy Bronte odpada.
7. Towarzystwo czy samotność?
Towarzystwo.
8.Staw czy jezioro?
Jezioro.
9.Mówić czy słuchać?
Mówić. Moja rodzina czasami ma mnie dosyć od tego mówienia. :)
10. Widok czy zapach krwi?
Widok, ale zapachu krwi nie przekreślam, bo nawet nie wiem, jak to pachnie. :)
11. Bezsenne noce i spanie do późna czy tryb życia dostosowany do kur (od wschodu do zachodu słońca)?
Zazwyczaj chodzę późno spać, ale spać wolę w nocy (o to chodzi z tymi kurami, że od wschodu do zachodu nie śpią?)

Alessa
1.Okładka książki w stylu minimalistycznym czy pełna ozdób?
Minimalistyczna i mało kiczowata.
2. Wydanie antykwaryczne czy pachnące nowością?
Pachnące nowością.
3. Jedzenie podczas czytania - tak czy nie?
Zależy. Kiedyś jadłem podczas czytania taki bardzo płynny dżem porzeczkowy i każdy już się domyśli, jak to się skończyło...
4. Kalendarz w wersji tradycyjnej czy w komórce?
Tutaj też mam mały dylemat. Zależy od praktyczności, miejsca, czasu itp.
5. Podniesienie podatku VAT na książki ma wpływ na czytelnictwo w Polsce czy nie?
Chyba to nie ma wpływu, bo mól ksiażkowy nie patrzy na cenę. Zresztą od czego są biblioteki?
6. Czytanie podczas podróży - tak czy nie?
Tak, chociaż polskie drogi nie zawsze to umożliwiają.
7. Upodobnianie się do bahaterek/-ów powieści - zdarza Ci się czy raczej nie?
Raczej nie. Chyba, że Ignacy Grzegorz (pryszcze i "kujonizm" to chyba tak).
8. (auto)biografia - lektura ciekawa i prawdziwa czy pisana jedynie 'pod publiczkę'?
Jeżeli napisałby to ktoś, kto coś przeżył lub miał różne zawirowania w życiu to tak, ale jeśli np. Doda napisałaby swoją biografię, na pewno byłby to twór "pod publikę".
9. Gadżety do czytania - hit czy kit?
Kit! A tak właściwie, co masz na myśli? Bo jeśli chodzi o zakładki: wystarczy mi kawałek papieru.
10. Przy braku prądu wolałbyś czytanie przy świecach czy latarce?
Latarka.
11. Wydanie książki oryginalne czy kieszonkowe?
Oryginalne.

Żadnych pytań nie będę zadawał, bo już chyba nie ma osób, które by nie zostały nominowane, a i lenistwo bierze górę. :)