22 lipca 2014

Joanna Chmielewska "Zapalniczka"

Autor: Joanna Chmielewska
Tytuł: Zapalniczka
Wydawnictwo: Kobra Media
Liczba stron: 392
Ocena: 4/6

Tym razem poszło o zapalniczkę. I to chyba taką niezwykłą, bo stołową, której nigdzie nie można było dostać. Zapalniczka stała sobie na stole i nagle zginęła...

Pewnego popołudnia główna bohaterka wraca do domu i okazuje się, że zapalniczka zginęła. Zadanie nie zalicza się do najprostszych, bo przez dom Joanny przewinął się tabun robotników i ogrodników. Szczególną uwagę zwrócił kontrowersyjny ogrodnik, którego praca nie wróżyła nic dobrego (poschnięte róże, wiśnie zamiast innych drzew itp.). Narada (w składzie: Joanna, pan Ryszard - szef robotników, Julita - znajoma, Małgosia - siostrzenica autorki, Witek - mąż Małgosi, Tadek - znajomy) stwierdziła, że należy działać, pojechać do domu Mirka - ogrodnika i podwędzić zapalniczkę. Jednak na miejscu okazało się, że ogrodnik uderzony donicą z ziemią, skończył swój żywot, a dwójka bohaterów wpadła w kłopoty w związku ze zbrodnią.

I w tym momencie wkracza komisarz Janusz Wólski, który próbuje rozwiązać sprawę. Zadanie nie jest najprostsze, bo pan Mirek był człowiekiem, który  nie stronił od kobiet (duża kolejka osób do sprawdzenia), a ogrodnikiem był marnym (jego praca rzadko była chwalona przez klientów). I tutaj powstaje bardzo ciężkie pytanie. Zabiła go jakaś sfrustrowana eks-kochanka czy niezadowolony klient?

Jak pewnie wiecie, uwielbiam kryminały tej autorki. Przeczytałem dwa: Bułgarski bloczek i Upiorny legat, więc przy pierwszej lepszej okazji dotarłem do biblioteki i stwierdziłem, że wypożyczę książkę Chmielewskiej. Trafiło na Zapalniczkę. Wybierając tę pozycję, bardziej chyba kierowałem się objętością niż tym, że została wydana w 2007, a czasy świetności pisarki mogły już dawno przeminąć z wiatrem.

Jeśli mam coś mówić o tej książce, to na pewno nie to, że była najlepszą ze wszystkich trzech, które dotychczas przeczytałem. Brakowało mi w niej czegoś i była to książka interesująca, jednak różniąca się sporo od tych dwóch poprzednich. W tych dwóch poprzednich, jak pisarka zamieszała z wątkiem kryminalnym, to nie wiedziałem, jak się nazywam, a tu? Śledztwo szło, bo szło, Joanna cały czas robiła Wólskiego w konia i kłamała w żywe oczy... Książkę czytało raczej średnio i bardzo brakowało mi w niej starej, dobrej Chmielewskiej, która potrafiła zaimponować i zaskoczyć.

To był jedyny mankament tej powieści, bo styl pisania i humor pozostał. Bardzo lubię sposób, w jaki Chmielewska pisała swoje książki. Pełne humoru (było kilka scen przy których się zaśmiałem), miejscami ironiczne, a bohaterowie dobrze wykreowani. Szczególnie na wyróżnienie zasługuje sama Joanna, która zabłysnęła pomysłem (miał uchronić Julitę i Ryszarda przed konsekwencjami zabójstwa, którego nie popełnili...). A rozmowy, w których robiła z siebie idiotkę przed komisarzem (i udawała wielką gościnność), też zasługują na uwagę.

Jeśli chodzi samego komisarza Wólskiego, to bardzo dobrze radził sobie ze śledztwem (a był mocno zmotywowany brakiem jego zwierzchnika, Roberta Górskiego, i chciał jak najszybciej odnaleźć mordercę, żeby mu zaimponować), nie pił alkoholu (co chyba jest dziwną cechą, jak na śledczego), miał swoje wloty i upadki, a Chmielewska zrobiła z niego normalnego człowieka, który nie jest ani żadnym herosem, ani nie przechodzi jakichś starć z gangami. Jak tak patrzę na niego w sytuacjach, kiedy Joanna kłamała mu w żywe oczy (on o tym chyba wiedział, dowiedziałem się później po słowach autorki), musiał mieć strasznie silne nerwy. A i samo śledztwo nie było najprostsze.

Zakończenie zupełne nieprzewidywalne, bo rozwiązanie było prostsze niż mi i pewnie innym czytelnikom się wydawało.

Może to nie jest najlepsza książka tej autorki, jednak będę o niej pamiętał. Pozostało mi jeszcze przeczytać Lesia i Klin (i wiele innych książek Chmielewskiej), czyli te najbardziej znane i chyba dużo nie zaryzykuję, że kultowe. I jeśli miałbym Wam polecać jakieś książki tej autorki, to bierzcie te starsze, bo współczesne są dobre, jednak brakuje im trochę do tych sprzed lat.

14 lipca 2014

Arthur Conan Doyle "Przygody Sherlocka Holmesa"

Autor: Arthur Conan Doyle
Tytuł: Przygody Sherlocka Holmesa
Wydawnictwo: Oficyna Wydawnicza Rytm, Wydawnictwo Waza 
Liczba stron:308
Ocena:6/6

Sherlock Holmes jest tak znaną postacią, a ja nie miałem jeszcze okazji poznać jego geniuszu, więc przy okazji wpadłem do biblioteki i poprosiłem o Przygody Sherlocka Holmesa

Sherlock Holmes, jak pewnie wszyscy wiedzą, to doskonały detektyw mieszkający przy Baker Street wraz z doktorem Watsonem, który jest narratorem tego zbioru opowiadań. Detektyw charakteryzuje się bystrością i spostrzegawczością, która niejednokrotnie zaskakuje, bo nawet z kapelusza potrafi wyczytać garść informacji. Wystarczy odrobina dedukcji i po sprawie. Jednak to nie koniec umiejętności pana w jakże charakterystycznym płaszczu i czapce. Do tego dochodzi jeszcze znajomość psychologii, chemii, balistyki, matematyki i wiedza na temat różnych religii i kultur, a ja wraz z doktorem Jamesem Watsonem przecierałem oczy z wrażenia i zastanawiałem się, skąd on to wszystko bierze. 

W zbiorze znalazło się 12 opowiadań o poczynaniach Holmesa. Wcale nie mam za złe, ze akurat wpadło mi w ręce 12 opowiadań, bo, jak dla mnie, opowiadania były strzałem w dziesiątkę. Doyle w każdym z opowiadań pokazał inną stronę śledztwa i mógł wymyślić wiele ciekawych przypadków. Jeśli chodzi o długość opowiadań - autor wszystko tak zaplanował, że historia zaczyna się i kończy w odpowiednich momentach, więc osoby, które nie lubią opowiadań (albo twierdzą, że są za krótkie), nie muszą się niczego bać. Moim zdaniem napisanie powieści byłoby lekką ujmą dla tak genialnego detektywa (wiem, że powstała powieść i to niejedna, ale opowiadania pokazały mi, że dla Sherlocka wystarczy dwadzieścia stron, żeby rozwiązać piekielnie trudną zagadkę).

Jeśli chodzi o głównego bohatera, można by pomyśleć ideał. To słowo chyba jednak kiepsko pasuje - geniusz. Jak już wspomniałem - detektyw potrafił z kapelusza wyczytać informacje na temat tego, że jego właściciel dopiero, co ostrzygł sobie włosy i że kapelusz jest dla niego cenny, bo jest zużyty. Bardzo często dziwiły mnie jego dedukcje, które prawie zawsze były słuszne, a Holmes zawsze miał jakieś rozwiązanie zagadki, które brał znikąd (po obejrzeniu kapelusza oczywiście; poniekąd nie miałem możliwości obejrzenia tego kapelusza, jednak doktor Watson miał i nici z jego dedukcji). Doyle jednak nie zaszalał aż tak bardzo, bo pojawiło się jedno opowiadanie, w którym Sherlock pomylił się, a doktor Watson przyznał się, że to niejedyna taka sytuacja; ale, jak później wyczytałem - jeśli Sherlock nie znał odpowiedzi na zagadkę, to już nikt inny nie mógł jej rozwiązać.

Czytając opowiadania, oczywiście, wybrałem sobie faworyta (Pięć pestek pomarańczy), który był dla mnie najlepszym opowiadaniem całego zbioru. Tego jeszcze nie wspomniałem, ale nie wszystkie opowiadania mi się spodobały. Po przeczytaniu pierwszego  nich (Skandal w Bohemii) miałem lekkie wątpliwości, co w tym Sherlocku jest, że cały świat szaleje na jego punkcie. Potem było coraz lepiej i nie mogłem się doczekać, kiedy znowu zacznę czytać następne opowiadanie i czym autor mnie znowu zaskoczy. Nie mogłem narzekać na monotonię w kolejnych tekstach. Autor stworzył historie, w których nie pojawiają się same trupy i strzelby; znalazło się miejsce także dla zagubionych fotografii, brylantów, a nawet tajemniczych dzieci.

Mam nadzieję, że to nie jest moja ostatnia przygoda z londyńskim detektywem, bo już nie mogę się doczekać, co interesującego spotka Holmesa w czasie kolejnych śledztw. 

07 lipca 2014

Andrzej Sapkowski "Chrzest ognia"

Autor: Andrzej Sapkowski
Tytuł: Chrzest ognia
Wydawnictwo: superNOWA
Liczba stron: 333
Ocena: 6/6

Tym razem trzecia część wychwalanej przeze mnie sagi Sapkowskiego, którą ostatnio miałem okazję przeczytać. Myślę, że pewnie większość z Was domyśla się, jaki werdykt wydam (nie byłbym sobą gdybym ją skrytykował, więc siadajcie wygodnie w fotelach i przedrzyjcie się przez ten gąszcz ach-ów i och-ów). 

Po walce na wyspie Thanned rozpętała się wojna. Geralt, który został raniony w czasie walki, zostaje odtransportowany do Brokilonu, gdzie jest leczony se swoich poważnych zranień. Po Yennefer ślad zaginął, a Ciri, jak się później dowiedziałem, żyje i wojuje ze Szczurami. Wiedźmin nie do końca zdrowy opuszcza spokojny las w poszukiwaniu Ciri. Wyprawa okazuje się niełatwa i zawiła, a to przez nieustanne zmiany kierunku marszu wojsk (które cały czas prowadzą działania wojenne i zmieniają swoje położenie), a także przez coraz to inne i ciekawe przygody i członków bandy, z którymi przyszło mu wojować. Nie wspomniałem o tym jeszcze, że Wiedźmin nie podróżuje sam. Wraz z nim udaje się Milva (łuczniczka o niezwykłych umiejętnościach i zdolnościach godnych pozazdroszczenia) i Jaskier (trubadur). W późniejszym okresie dołączą się także Cahir Mawr Dyffryn aep Ceallach (wojownik, który początkowo ma, można powiedzieć, stosunki z Geraltem na ostrzu miecza) i jeszcze tajemniczy cyrulik, który ni stąd, ni zowąd wyłania się z dziury w środku lasu. No i nie mogę zapomnieć o bandzie krasnoludów, która też ma niemały wpływa na drużynę.

Jeśli mam ocenić kolejny tom tego cyklu, może i jestem monotonny, bardzo mi się spodobał. Sapkowski i tym razem mnie nie zwiódł, bo stworzył kolejny tom, który nie odstaje od pozostałych. Wykreował wartką akcje, która nie pozwala na nudę, a sami bohaterowie są tak doskonale skonstruowani

Jeśli chodzi o kreację bohaterów, to Sapkowski spisał się na medal. Główni bohaterowie są różnorodni. Każdy może się czymś innym pochwalić, jednak chciałbym zwrócić uwagę na bohaterów drugoplanowych, a nawet epizodycznych. Cały czas mam przed oczami sytuację, w której chłop tak długo kombinował, żeby wydobyć od drużyny konia, bo niby potrzebował go do złapania wampira, że będę ją jeszcze długo pamiętał. Przekonałem się, jak dobrym obserwatorem ludzi jest Sapkowski.

Myślę, że wiele postaci tej książki zasługuje na uznanie, jednak Milva wyróżnia się spośród nich wszystkich. Milva była łuczniczką, która potrafiła swoje umiejętności zamienić na stosik trupów. Żywi (tych których jeszcze nie zabiła) tez nie mieli z nią łatwo, bo potrafiła nieźle połamać kości i rozkwasić nos. Była chyba jedną z nielicznych kobiet, która była silna i stanowcza w świecie zdominowanym przez brutalnych samców alfa.

Jeśli już wspomniałem o epoce, to świat przedstawiony bardzo dobrze oddaj realia tej epoki. A był to świat pełen księżniczek, chłopów i kięży, którzy karają niby-czarownice stosem, napaści na wsie i pocztów rycerskich.W połączeniu z różnymi dzikimi stworami dało to niesamowity efekt.

Nie mogę zapomnieć o poczuciu humoru i żartach, które padają w tej książce. Są one bardzo zabawne, jednak, co zauważyłem, dotyczą bardzo często kobiet. Ich sytuacja nie jest łatwa i w ogóle współczuję kobietom średniowiecza i tej książki. W książce Sapkowskiego kobieta to istota słaba, która musi być broniona prze facetów, którzy niekoniecznie zawsze okazują się tymi dobrymi, a najlepszą drogą do sprawiedliwego osądu jest stos za niby-czary (Sapkowski zaczerpnął motyw - jak szybko osądzić czarownicę i spalić ją żywcem za ugotowanie rosołu z kota, który okazał się zwykłym rosołem z kury...). Milva była jedyną, która nie wpisywała się w ten motyw. Można powiedzieć, że była doskonałą przeciwwagą do reszty niewiast.

Ja już nie mogę doczekać się następnego tomu, więc tylko zacieram ręce i biegnę do biblioteki po kolejny tom. Notkę oczywiście napiszę, która będzie pewnie, tak samo pozytywnie monotonna jak ta.

30 czerwca 2014

Glee


Jako, że nie mam nic do "zrecenzowania" (albo też miałem Gwiazd naszych wina, jednak miałem małe problemy z napisaniem opinii o tej pozycji), postanowiłem opowiedzieć Wam co nieco o Glee, o którym już pewnie słyszeliście ode mnie, jakie to wspaniałe i cudowne, i w ogóle jedyne w swoim rodzaju (czasem przydałaby mi się umiejętność krytycyzmu, nie?). Może i znajdą się wśród Was, który stwierdzą, że (tutaj cytat mojej znajomej): Glee? Co?!, ale i tak w dalszym ciągu będzie to pozytywny tekst o tym, jak kocham Glee... Tyle tytułem wstępu. :)

Glee, jak pewnie wiecie, to amerykański musical, oglądany przeze mnie od zeszłorocznego lata, kiedy to obejrzałem na TVP 1 pierwszy odcinek (z lektorem, bo ku mojej wściekłości nie udało mi się go wyłączyć). Bardzo go polubiłem od pierwszego odcinka i potem już potrafiłem oglądać po kilka odcinków dziennie w Internecie (co było ciężkim przedsięwzięciem z racji faktu, że wszędzie lub prawie wszędzie otrzymywałem komunikat: Podaj swój numer telefonu i sieć komórkową albo też buforowanie filmu z racji braku konta premium było niekończącym się procesem powodującym załamanie nerwowe u oglądającego).

Fabułę pewnie każdy zna. Już nie będę jej streszczał, chyba lepiej opowiem, za co tak bardzo uwielbiam Glee

Po pierwsze: bohaterowie. Niektórzy lepsi, niektórzy gorsi, jednak moją faworytką jest Rachel Berry. Szkoda mi tylko, że w późniejszych sezonach porzuciła swoje wdzianko w reniferki, paseczki i różne inne zwierzątka. W późniejszych odcinkach stała się divą, która wymaga Bóg wie czego i ubiera się już radykalnie inaczej - niestety, zamiast prezentować to, co prezentowała w szkole o Ohio, prezentowała sobą same nieciekawe rzeczy i budziła we mniej bardziej niesmak niż śmiech (a sytuacji -  kiedy Rachel zamiast być przygnębioną, że facet ją rzucił, wpadła w zachwyt, że całowała się z gejem - długo nie zapomnę). I do tego Finn, który był moim drugim ulubionym bohaterem. Stało się z nim, co się stało w piątym sezonie, jednak pierwsza randka z Rachel długo pozostanie mi w pamięci (przekładanie rąk, bo serce znajduje się jednak po lewej stronie, a nie prawej:)). Resztę bohaterów też lubię (Sue oczywiście odpada), jednak gdyby tak wspomnieć o jeszcze jednym bohaterze, można by wspomnieć o Emmie. Bardzo brakuje mi pani pedagog zakochanej w Willu i posiadającej swoje fobie, a także broszurki na różne tematy.

Po drugie: wydarzenia. Nie wiem, po którym to było sezonie (chyba po trzecim), myślałem, że nic innego już scenarzyści nie mogą wymyślić. Jednak strasznie się myliłem. W tym serialu non stop dzieje się coś ciekawego, a Sue Sylvester ciągle wymyśla coś nowego, żeby rozwiązać Glee Club. Jeśli chodzi o uczniów, to zdarzają się zmyślone ciąże, wątki alkoholowe, problem bezdomności i wiele innych, z którymi oglądający może się utożsamić. 

Po trzecie: muzyka. Chór szkolny tworzy wiele piosenek w bardzo dobrym wykonaniu i ciekawej aranżacji. Jeśli miałbym wybierać, to moją ulubioną jest pierwsza piosenka, kiedy już w pierwszym odcinku Sue miała pretekst, żeby rozwiązać chór. Mam na myśli Don't stop believin', które dla mnie jest jedną z najlepszych piosenek całego serialu. Obok niej może stanąć piosenka wykonana z chórem głuchoniemych (tytułu nie pamiętam), Stereo Hearts i wiele innych.

To chyba już koniec gadania na temat Glee. Bardzo Was zachęcam do oglądania (chyba już muszę kończyć, bo zaczyna się robić nudno i zaczynam gadać to samo) nawet ostatniego sezonu, który według mnie nie jest zły, tak jak wszyscy o nim piszą (znowu brak umiejętności krytycyzmu, ale nic na to nie poradzę). 

***

Wracam po długiej przerwie, bo stwierdziłem, że może moje gadanie nie jest najlepsze, ale jeszcze trochę popiszę. Nie wiem, jak często będę coś w ogóle pisał, bo jestem w trackie obrywania lip z liści i mierzenia ich, po to żeby zbadać ich zmienność, to znaczy liści; a także wesolutko wkuwam sobie budowę nicieni i tego typu robaczków. Jednym słowem: przygotowuję się do Olimpiady Biologicznej. Myślę, że kilka wpisów będzie, a komentować postaram się codziennie. Notki na temat trzeciej części Wiedźmina na pewno sobie nie podaruję, a Brown i Schmitt znajdą sobie też trochę miejsca. Z filmami sobie podaruję (widziałem ostatnio Wypisz, wymaluj miłość, który był genialny i z pewnością to wszystko, co jestem w stanie o nim powiedzieć ...).

19 kwietnia 2014

Anna Łacina "Telefony do przyjaciela"

Autor: Anna Łacina
Tytuł: "Telefony do przyjaciela"
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Liczba stron: 367
Ocena: 5/6

"Telefony do przyjaciela" to historia dwóch sióstr - jeżdżącej na wózku Marzeny i Ani. Łączy je chłopak - Krzysiek, który uległ poważnemu wypadku. Marzena odwiedza go w szpitalu, raz nawet robi to Ania. Dziewczyna zakochuje się w nim, a Krzysiek, spotykając się z Anią, ciągle myśli, że to jej siostra. Ania prowadzi przez jakiś czas prowadzi swoją grę, jednak sprawa wychodzi na jaw. Dochodzi do spięcia między siostrami oraz Anią i Krzyśkiem. 

Jednak to nie jest jedyny wątek książki. Ania cały czas zmaga się z Łukaszem, którego zostawiła. Chłopak nie zamierza odpuścić i wymyśla coraz gorsze rzeczy, żeby przekonać Anię do bycia ponownie parą. Do tego mamy wątek Marzeny, która spotyka się z Qubą. Znajomość zaczyna się rozwijać i wszystko wskazuje na to, że będą szczęśliwi. 

Na początku zacząłem myśleć, że ta powieść to kolejna, płaczliwa historia dziewczyny, która nie może znaleźć sobie chłopaka. Dopiero później przekonałem się, jak bardzo się myliłem. Początek nie był dla mnie obiecujący, jednak końcówka nieźle namieszała w całej fabule, a autorka wprowadziła wiele zwrotów akcji, co wpłynęło pozytywnie na odbiór książki przeze mnie. A działo się naprawdę dużo i czasami miałem ochotę otworzyć buzię ze zdziwienia. Zastanawiałem się, czy takie rzeczy są możliwe. Jednak są. Motyw nękania czy też toksycznej miłości sprawiły, że książka zmieniła się z płaczliwej historii dziewczyny i lekkiej książki do poczytania w czasie wakacji na książkę z przesłaniem i historią, która może wstrząsnąć człowiekiem. 

Pani Anna Łacina stworzyła pełną ciepła i optymizmu powieść, mimo dramatów, jakie dzieją się na zakończenie. Kończy się ona szczęśliwie. Dobrze, że tak, bo innego zakończenia nie wyobrażam sobie w tej sytuacji. Może to jest powieść dla młodzieży, ale niejeden dorosły z chęcią się z nią zapozna. 

Za pozycję dziękuję p. Annie Łacinie. :) Przeczytałem ją w ramach "łańcuszka" (tzn. książka wędruje z rąk do rąk, https://www.facebook.com/Telefonydoprzyjaciela). 

***
I tak na zakończenie: życzę Wam zdrowych, spokojnych Świąt Wielkanocnych w gronie rodzinnym. :-)

04 kwietnia 2014

Cecelia Ahern "Sto imion"

Autor: Cecelia Ahern
Tytuł: "Sto imion"
Wydawnictwo: Akurat (otrzymałem od Business & Culture)
Liczba stron: 446
Ocena: 6/6

Już dosyć dawno przeczytałem książkę "Sto imion" Cecelii Ahern i zamierzam o niej opowiedzieć w dzisiejszym poście. 

Kitty Logan jest dziennikarką, która lekko zagubiła się w swoim zawodzie i popełniła niewybaczalną gafę. Oskarżyła niewinnego człowieka o kontakty seksualne z uczennicami, który został później wyrzucony z pracy, a jego reputacja jako nauczyciela wf-u legła w gruzach. Żeby było jeszcze ciekawiej, bohaterka musi znieść ataki obornikiem, farbą i innymi śmierdzącymi, niekoniecznie przyjemnymi substancjami na drzwi swojego mieszkania. Do tego toczy się proces sądowy i sprawa nie wygląda ciekawie: dziewczyna jest bliska zwolnienia z pracy, a utrata mieszkania to coraz bardziej prawdopodobny scenariusz. 

Jednak kluczowym elementem powieści jest lista stu osób Constance (przyjaciółki Kitty, która umiera na początku powieści). Kitty pozostawiona sama sobie, musi rozwiązać zagadkę stu imion. Wielokrotnie padają pytania, dlaczego akurat te osoby i co konkretnie miała Constance na myśli w związku z artykułem, który ma powstać w oparciu o listę. Kitty staje na wysokości zadania i próbuje znaleźć kilka osób z listy, co zmienia jej życie na zawsze.

Jak pamiętacie, a może nie, ostatnią książkę Cecelii, o której mówiłem na blogu, oceniłem chyba na 5, co i tak z perspektywy czasu było dużym szaleństwem. Zacząłem czytać jej kolejną książkę i tym razem otrzymałem starą, dobrą Cecelię Ahern, dobrze mi znaną z "P.S. Kocham cię". 

Pomysł na fabułę okazał się strzałem w dziesiątkę. Lista stu imion osób, z którymi Kitty nie miała do czynienia wcześniej, odgrywa ważną rolę w utworze. To ona prowadzi dziennikarkę do sześciu różnych osób, których historię ma okazję poznać. A są one naprawdę interesujące i dzięki nim Kity odkrywa nowe przyjaźnie.

Autorka co rusz odkrywa nowe tajemnice, a książkę czyta się naprawdę szybko. Bardzo mnie ciekawiło, jak cała historia się zakończy. Miałem niemałe problemy z odgadnięciem rozwiązania zagadki. Z pomocą przybyło zakończenie, które dało rozwiązanie. Odpowiedź była prostsza, niż mi się wydawało.   

Bohaterowie powieści to kompletnie różne osoby, a co za tym idzie, każdy z nich przedstawia inną historię. Wśród nich znajdują się: fryzjerka, która czesze ciężko chore kobiety w szpitalu; starsza kobieta z domu opieki, która kilkadziesiąt lat temu podjęła zakład i chce go teraz odebrać; dwóch mężczyzn, którzy chcą pobić rekord Guinnessa (jeden był na pewno Polakiem, a drugi chyba jakimś Arabem); ojciec, którego córka została zabita w brutalny sposób i który słyszy modlitwy innych ludzi; kobieta z pasją do motyli i wyglądem odbiegającym od wyglądu "normalnej osoby"; kobieta, która profesjonalnie zajmuje się dobieraniem prezentów. Autorka zaserwowała cała gamę charakterów i bohaterów, którzy mają do opowiedzenia swoje niezwykłe historie. I to nie jest płaczliwa historia dziewczyny, która zaszła w ciążę w wieku szesnastu lat z przypadkowo napotkanym mężczyzną. To jest historia niosąca przesłanie, które już sami odczytacie z utworu. 

Obok "P.S. Kocham cię" to jedna z najlepszych książek tej autorki i w tym przypadku będę Was zachęcał, ile wlezie do przeczytania. To Cecelia Ahern w swoim dawnym, dobrym stylu.

***
Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Business & Culture

16 marca 2014

Markus Zusak "Złodziejka książek"

Autor: Markus Zusak
Tytuł: "Złodziejka książek"
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Liczba stron: 495
Ocena: 6/6

Ze "Złodziejką książek" miałem okazję zapoznać się przy okazji oglądania filmu w pewien niedzielny wieczór. I muszę powiedzieć, że było trochę trudno. Na początku zawiało lekko nudą i dopiero końcówka poratowała honor całego filmu. Przyszła pora na książkę, którą przeczytałem kilka tygodni po obejrzeniu filmu. Może nie był to aż tak duży okres czasu, jednak niektóre sceny z książki nie zostały w nim zawarte (po pierwsze: kojarzy mi się to przez mgłę, więc może to być nieprawdą; po drugie: nie oczekujmy, że skopiują całą książkę od deski do deski; to i tak dobrze, że nie zmienili całości). Za bardzo zbaczam z tematu, więc powracam do sedna sprawy.

Zacznę może głównej bohaterki, którą jest Liesel Meminger. Poznajemy ją w czasie podróży do przybranych rodziców. Straciła wszystko: brata, który umarł w czasie podróży i mamę, która niedługo zostawi ją w rękach Rosy i Hansa Hubermannów i uklotni się bez znaku życia. 

To małżeństwo składało się z zupełnie dwóch różnych osób. Rosa to kobieta o ostrym temperamencie, potrafi wszystko i wszystkich skląć od "Saumenschów" i "Sarkelów" i raczej trudno będzie układała jej się współpraca z Liesel. Hans to człowiek o anielskiej duszy; uspokoi, pogłaszcze po głowie, przytuli w trudnej chwili; o przekleństwach mowy nie ma. 

Liesel nawiązała głębszą przyjaźń z Hansem, która zaczęła się od momentu, w którym papa pomógł dziewczynce posprzątać bałagan, jaki spowodowała (z powodu koszmarów w związku ze śmiercią brata zmoczyła pościel). Była to szczególna przyjaźń oparta na czytaniu. W czasie pogrzebu brata główna bohaterka ukradła "Podręcznik grabarza", który stał się podstawowym narzędziem do nauki czytania przez przybranego tatę. Codzienne spotkania o trzeciej w nocy i czytanie tej książki były niezwykłym i ekscytującym przeżyciem dla małej bohaterki. Z Rosą, jak już wspomniałem, stosunki były mniej zażyłe, jednak w jakimś stopniu Liesel znalazła z mamą wspólny język.

Pozostaje jeszcze Rudy Steiner - kolega Liesel z podwórka, jej najlepszy przyjaciel obok Hansa i Maxa, towarzysz wielu przygód i kradzieży. Rudy to bardzo interesująca postać. To właśnie z nim Liesel chodziła kraść owoce z sadów, a także książki z domu burmistrza. Zaczęło się od tego, że Liesel nosiła pranie do domu burmistrza (Rosa zarabiała na praniu i prasowaniu ubrań od zamożniejszych mieszkańców Molching). Zawiązała się tam kolejna znajomość z burmistrzową Ilsą Hermann, która długo nie przetrwała, jednak Liesel nie miała problemu dalej kontynuować jej tak trochę nieoficjalnie, bowiem kradła książki z bogato wyposażonej biblioteki burmistrza. Zaczęło się od jednej (wszystko jednak zaczęło się od kradzieży książki ze stosu, na którym naziści palili rzekomo książki będące dla nich zagrożeniem. Było to długo przed tym, jak ukradła pierwszą książkę burmistrza), potem kolejne, a wszystko to na oczach i przy pomocy Rudiego, który niejednokrotnie był sprawcą kłopotów. Rudy, o czym muszę wspomnieć, bo te fragmenty należą do jednych z najlepszych fragmentów książki, ciągle prosił dziewczynę o pocałunek. Liesel twardo odmawiała i wreszcie w końcu się zgodziła, jednak nie były to najbardziej sprzyjające warunki. Muszę jeszcze dodać, że to Rudy nazwał ją Złodziejką książek. 

Trzecia i ostatnia ważna postać to Max Vandenburg. Max był Żydem ukrywającym się przed Niemcami, który trafił później pod skrzydła rodziny Hubermannów. Na oczach przestraszonej Liesel przyszedł do domu przy Himmelstrasse, gdzie Rosa doprowadziła go do "porządku". Postanowili, że umieszczą chłopaka w piwnicy, gdzie Złodziejka książek mogła głębiej poznać Maxa i, mimo początkowych obaw, nawiązać przyjaźń. 

Markus Zusak opowiedział piękną historię dziewczynki, która będąc jakby na straconej pozycji, zyskuje wszystko. Przyjaciół, ciepłą rodzinę (Rosa potrafiła być straszna, ale czasami udawało jej się trochę ilość tej brutalności zmniejszyć), a także interesujące życie przeplatane kradzieżami, czytaniem książek z papą i dostawaniem rysunków od Maxa.

Nie wiem, czy Was zaskoczę, ale narratorem książki jest Śmierć. Otworzyłem sobie powieść nieświadom, co mnie czeka. Przeczytałem pierwszą stronę i stwierdziłem, że jeśli autor ma zamiar opowiedzieć tę historię takim samym stylem jak na początku, to ja bardzo dziękuję. (Jeszcze jedno. W ramce przywitał mnie napis: "DROBNA UWAGA: Na pewno umrzecie".) Na szczęście, w dalszych fragmentach autor zmienił styl na bardziej normalny. Gdzieniegdzie były wstawki Śmierci, jednak nie przeszkadzało mi to.

Zusak bardzo dobrze pokazał świat wojny. Nie jestem ekspertem, jednak zawarł problem Żydów, problem umierania osób bliskich, a także w realistyczny sposób opisał działania nazistów. Miałem okazję być świadkiem palenia książek w Molching, pochodu Żydów do Dachau i scen związanych z traktowaniem ich przez żołnierzy niemieckich, a także usposobień niektórych ludzi, którzy mieli dosyć ostre poglądy. Nie obyło się też bez powołania Hansa i ojca Rudiego do wojska. 

Co do książki nie miałem żadnych wątpliwości. Od początku mi się podobała. Podczas jej czytania, uświadomiłem sobie, w jaki sposób film zmienia pozycję. W adaptacji filmowej nie było absolutnie wszystkich detali, wypowiedzi śmierci (oprócz początku) i bardzo się ucieszyłem, że przeczytałem "Złodziejkę książek". Nie mogę powiedzieć o jakimś szaleńczym tempie akcji, jednak zawsze coś się działo i nie mogłem narzekać na nudę. W tekście autor powstawiał ramki, w których zamieścił tłumaczenia różnych słów, dodatkowe komentarze i wypowiedzi śmierci, czego nie dało się umieścić w filmie, a było bardzo ważnym elementem. Zakończenie nieprzewidywalne. Gdybym nie obejrzał filmu, chyba miałbym niemałe problemy z odgadnięciem, co autor przygotował, a przygotował dużo zaskakujących rzeczy. 

Jeśli chodzi o bohaterów, to nie powiem, że któryś był lepszy albo gorszy (Hitlerowcy i ich sprzymierzeńcy oczywiście się nie zaliczają, bo napisałem tak jakbym wszystkich lubił, a tak nie było). I Liesel, i Rudy, i Hans, i Rosa, i Max, i wielu, wielu innych zasługują na ogromny podziw. Bardzo ich polubiłem i zżyłem się z nimi, więc trudno było mi się z nimi żegnać. Każdy z tych bohaterów miał coś, za co go lubiłem, i nie będę żadnego faworyzował.

Co ja mogę powiedzieć na zakończenie? Czytajcie, film możecie obejrzeć, jednak czytajcie, bo to dzieło jest godne uwagi i z pewnością zaskarbi Wasze serca. 

23 lutego 2014

Dan Brown "Anioły i demony"

Autor: Dan Brown
Tytuł: "Anioły i demony"
Wydawnictwo: Albatros i Sonia Draga
Liczba stron: 560
Ocena: 6/6

Tym razem książka z rodzaju tych, których okładka zasypuje czytelnika reklamą od samego zetknięcia z okładką: "Autor <<Kodu Leonarda da Vinci>>" czy "W gatunku literatury sensacyjnej Dan Brown to obecnie autor # 1 na świecie". Jedni po takim wstępie podchodzą do takich powieści sceptycznie, drudzy wręcz przeciwnie. Ja na szczęście należę do tych, którzy nic sobie z tego nie robią.

Robert Langdon - badacz iluminatów, historyk - wyrusza w podróż do szwajcarskiego badawczego ośrodka - CERN-u, gdzie dowiaduje się o szokujących wydarzeniach, jakie tam się zdarzyły. W jednym z pokoi instytutu znaleziono ciało martwego naukowca bez oka. Nic dziwnego, jednak nie bez powodu Robert został wezwany aż z USA. Na ciele zmarłego wypalono znak "Iluminati", co wskazuje na to, że bractwo Iluminatów cały czas prowadzi działalność. 

Jednak to jeszcze nie jest najgorsze. Vittoria Vetra wraz z zabitym ojcem wyprodukowała antymaterię. Przeciwieństwo materii, które w kontakcie z nią spowoduje ogromny wybuch. I właśnie to oko zostało użyte do oszukania czytnika tęczówek pomieszczenia, w którym przechowywano antymaterię. Po przedmiocie ślad zaginął, a w pokoju ochroniarzy pojawił się dziwny obraz przedstawiający puszkę z małą kulką w centrum. (Kulkę trzymano w centrum pudełka, w próżni, tak aby nie stykała się z puszką, co mogło być przyczyną wybuchu. Urządzenie musiało być podłączone do źródła elektryczności, na wypadek gdyby tak nie było, miało system bezprzewodowy, ale działający tylko dwadzieścia cztery godziny. Po tym czasie dochodziło do eksplozji). Początkowo nie wiadomo było, gdzie przedmiot się znajduje, jednak szybko okazało się, że ta kamera przedstawia Watykan.

Żeby było jeszcze ciekawiej, to nie koniec intryg, zagadek i podstępów. W Rzymie trwa konklawe, w tajemniczy sposób znikają preferiti - potencjalni kandydaci do objęcia trony papieskiego. Panika wybucha, kiedy morderca dzwoni do kamerlinga i informuje go o tym, że porwał kardynałów. Zgodnie z jego planem mają być zabijani, co godzinę w bliżej nieznanych kościołach włoskich. Każdy z nich ma mieć wypalone symbole Iluminatów (cztery pierwiastki starożytne: ziemię, wodę, ogień lub powietrze). Robert i Vittoria, którzy zdążyli już przyjechać do Watykanu i przysłuchać się rozmowie, podejmują walkę z czasem, która skończy się nie do końca szczęśliwie dla wszystkich.

Ta książka była genialna! Tak po krótce można opisać dalszy ciąg tej opinii. Brown znowu mnie zaskoczył i to bardzo. 

Autor stworzył bardzo interesującą historię. Iluminaci w roli głównej roli byli bardzo frapującymi osobami. Dla mnie jako osoby, która nie cierpi historii, czytanie tej książki było ogromną przyjemnością. Brown wplótł wątki bractwa w swoją intrygę, co było bardzo dobrym rozwiązaniem. I to nie było wcale nudne! Informacje, które cały czas gdzieś były wplatane,  bardzo pomogły mi w zrozumieniu tematu, bo trudno mówić o mnie jako o znawcy tematu. Robert z Vitorią szybko wpadali na kolejne pomysły, a akcja coraz szybciej biegła. Kolejne wydarzenia powodowały we mnie ciekawość, jak to dalej się potoczy, ilu kardynałów ujdzie z życiem i czy puszka zostanie znaleziona. 

Jak już wspomniałem, akcja biegnie bardzo szybko, a książka wciąga od pierwszych stron. Nie brakuje tu dziwnych wydarzeń, walki z zabójcą, a także wątku miłosnego. Jak się okazało, archiwa watykańskie i tereny wokół bazyliki nie są wcale takie bezpieczne, jak mi się wydawało. :) Ciągłe zwroty akcji to kolejny plus tej pozycji. Szczególnie wiele rzeczy zdziwiło mnie w końcówce, bo nie spodziewałem się po niektórych osobach aż takich charakterów. Brown potrafi zaskoczyć.

Pod recenzją "Cyfrowej twierdzy" ktoś napisał, że Brown jest schematyczny. Moim zdaniem to nie może być prawdą (a może za mało jego książek przeczytałem). Fakt, czytałem ten thriller już dosyć dawno i jakoś nie mogę sobie przypomnieć, jakie schematy powielił Brown w tej pozycji. Dlatego na pewno nie mogę uznać tej książki za zawierającą podobne wątki. Ona była inna, ale tak samo interesująca.

Bohaterowie to wielkie chodzące zagadki. Początkowo czytałem i popierałem niektóre postacie, jednak końcówka zmieniła moje nastawienie do niektórych z nich. Była taka jedna postać, nie powiem która, oczywiście, która była nienaganną. Pobożna, dobrze zorganizowana, budząca zaufanie. Piękny obrazek jak szybko się pojawił, tak szybko się ulotnił. I wcale nie żałuję, że skończył, jak skończył. Niestety, muszę też stwierdzić, że wielu bohaterów poniosło śmierć bez powodu przez fałszywe podejrzenia, które w końcu doprowadziły do uchwycenia podejrzanych. A główni bohaterowie mieli dużo szczęścia, to fakt, ale były też momenty załamania, co nie pokazuje ich w aż tak doskonałym świetle. 

Zakończenie szczęśliwe, może nie dla wszystkich, bo trochę trupów się nazbierało, jednak do happy endu doszło. Miłość rozkwitła, spokój nastał - sielanka, jednym słowem.

Nie mogę przestać chwalić tego thrillera i nie przestanę. Była to jedna z najlepszych książek (tego autora), jaką do tej pory czytałem (dopiero drugą). Już zacieram ręce, kiedy w końcu dorwę "Kod Leonarda da Vinci", bo jeśli zapowiada się tak samo dobrze, czeka mnie znowu świetna zabawa. 

14 lutego 2014

J. R. R. Tolkien "Hobbit, czyli tam i z powrotem"

Autor: J. R. R. Tolkien
Tytuł: "Hobbit, czyli tam i z powrotem"
Wydawnictwo: Iskry
Liczba stron: 234
Ocena: 6/6

"Hobbit..." - podejście numer dwa. Przy pierwszym coś nie wypaliło i na widok książek Tolkiena uciekałem, gdzie pieprz rośnie. Przeczytałem drugi raz i nie obyło się bez niespodzianki. Chciałem znaleźć na starym blogu, co ja wtedy naskrobałem (coś mi się wydaje, że zmieszałem z błotem). Blog jest, opinii nie ma.

Bilbo Baggins to hobbit wiodący spokojne życie hobbita w swojej norce. Cały porządek rozbija Gandalf, który wybiera go na włamywacza. Hobbici ponoć potrafią cicho się skradać, co sprawia, że nasz główny bohater może skutecznie pokonać wielkiego Smauga (smok nie zna zapachu hobbickiego, co jest drugim powodem, dla którego to akurat on ma walczyć z ogromną, siejącą postrach w okolicy bestią), który pilnuje skarbu będącego celem wyprawy. Bilbo przechodzi lekki kryzys, po tym jak krasnoludy plądrują jego spiżarnię. Sytuacja wcale nie ulega poprawie, gdy pan Baggins czyta umowę, która ma być zawarta między nim a kompanią Thorina w razie, gdyby jednak się zdecydował. Wspomniany dokument zawiera m. in. punkt o kosztach pogrzebu. Jednak to nie jest taki zwykły hobbit i po krótkim namyśle przystaje na propozycję krasnoludów. I to wtedy rozpoczyna się niezwykle trudna wyprawa, obfitująca w spotkania z licznymi potworami, czyhającymi na życie głównych bohaterów. 

Nie za bardzo wiem, dlaczego tak źle oceniłem tę pozycję przy pierwszym czytaniu. Przeczytałem ją drugi raz i bardzo mi się spodobała. Tolkien stworzył własny świat, który bardzo mnie pochłonął, a przygody Bilba są bardzo interesujące. Autor stawia małego hobbita z coraz to nowymi problemami, z których wychodzi zawsze zwycięsko, a jego niektóre pomysły są naprawdę godne podziwu. Główny bohater bardzo się zmienia: od kanapowca wyjadającego zapasy ze spiżarni, do odważnego, "dużego" hobbita, który już nie widzi problemu w braku śniadania czy braku chusteczki przy sobie (nie przesadzajmy, bo część przyzwyczajeń Bilba pozostała). Akcja biegnie żwawo, hobbit nie poddaje się w drodze do skarbu, a co najważniejsze: czytelnik nie może oderwać się od tak zajmującej powieści, jaką jest "Hobbit...". Mamy pewne elementy przewidywalności w zachowaniu Bilba (wszystko mu się udaje i wiadomo, że raczej trudno o jego śmierć), jednak myślę, że rozwój wydarzeń pozwala przymknąć na to oko. Zresztą jego śmierć byłaby ciosem prosto w moje serce, więc nie ma tematu. 

Bohaterowie są kompletnie różni od siebie. Miałem okazję poznać początkowo leniwego i nic nie robiącego hobbita, który w końcu bierze się w garść, i pokazuje światu, na co go stać. Spokojny Gandalf swoją mądrością i doświadczeniem ratuje niejednokrotnie kompanię Thorina. Do tego mamy jeszcze chciwe krasnoludy z ciągle sceptycznym wobec Bilba Thorinem na czele (bardzo dobrze, że skończył, jak skończył). Cały wachlarz charakterów, a także różnych nietypowych potworów. 

Styl pisania autora to już któryś element powieści z kolei, który przypadł mi do gustu. Tolkien pisze, tak jakby opowiadał historię, gawędę; do czego przyznaje się sam narrator. Bardzo ciekawym rozwiązaniem były bezpośrednie nawiązania typu: "Wyobraź sobie, drogi czytelniku...", które pozwalają na tyle zaangażować się w akcję, że ma się wrażenie, jakby samemu się w tej wyprawie uczestniczyło. 

Czytałem to dzieło z zapałem i uśmiechem na ustach. Nie mogłem się od niego oderwać, co jest chyba wystarczającym powodem na to, żeby ten, kto jeszcze nie sięgnął po książkę, w końcu to zrobił. Zdążyłem się przekonać, że Tolkien nie jest taki zły, jak mi się wydawał przy pierwszym spotkaniu. Jednak czasami warto dać książce drugą szansę.

***

Ta notka miała ukazać się już wieki temu, jednak z powodu albo braku zorganizowania z mojej strony, albo lenistwa wyszło, że publikuję ją dopiero dzisiaj. Jestem w trakcie czytania "Aniołów i demonów", a końca nie widać, więc następny tekst może być odległy w czasie. I piosenka na deser i pocieszenie, bo w poniedziałek zaczynam drugi semestr sprawdzianem z fizyki. Efekt fotoelektryczny i te sprawy; czytaj koniec ferii. :(


03 lutego 2014

Andrzej Sapkowski "Czas pogardy"

Autor: Andrzej Sapkowski
Tytuł: "Czas pogardy"
Wydawnictwo: superNOWA
Liczba stron: 319
Ocena: 6/6

W dzisiejszej notce zamieszczę krótką opinię na temat "Czasu pogardy" Sapkowskiego. Powieść jest kontynuacją "Krwi elfów", która bardzo mi się spodobała, więc postanowiłem zobaczyć, jak akcja rozwinie się w kolejnych tomach. 

Powieść rozpoczyna się od podróży Geralta do Codringhera i Fenna, od których dowiaduje się niezmiernie ważnych informacji o Rience'ie i Ciri, która jest w wielkim niebezpieczeństwie. Natomiast sama zainteresowana podróżuje wraz z Yennefer (czarodziejką) do Gors Velen, gdzie się zatrzymują się na dłużej z powodu zjazdu czarodziejów na wyspie Thanned. Ciri na okazję poznać miejscowość, jej gwar, mieszkańców, a także wpaść w kłopoty, co chyba nie jest dziwne jak na jej charakterek.

Jednak to nie jest najważniejsze. Podczas balu dochodzi do przewrotu, który wywołują Filippa Eilhart i Sigismund Dijkstra. Celem tego zdarzenia jest oczyszczenie środowiska czarodziejów ze szpiegów Nilfgaardzkich. Najważniejsi członkowie Czarodziejskiej Kapituły zostają posądzeni o zdradę i skuci w kajdany z dwimerytu. W całe zdarzenie przypadkowo wplątany zostaje Geralt, który zostaje schwytany przez Dijkstrę. W tym samym czasie Yennefer na polecenie arcymistrzyni zabiera Ciri do Gamstrangu (miejsca, gdzie miał odbyć się zjazd, na wyspie Thanned), która zaczyna przepowiadać przyszłość w transie. Jak się okazuje, niedługo wybuchnie wojna i umrze Vizimir z Redanii. Oliwy do ognia dolewa jeszcze Tissaia de Veries, która usuwa blokadę antymagiczną, co powoduje wybuch walk między magami. Do bitwy dołączają się także Scoia'tael (groźne wiewiórki), Rience, a także czarny, nilfgaardzki rycerze. Wiedźminowi udaje się uciec Dijkstrze, który także włącza się do walki. Ciri w tym samym czasie ucieka do wieży Tor Lara, z której się teleportuje. 

Dla mnie cykl o wiedźminie to bardzo dobre książki. Mimo że czytam strasznie mało pozycji z tego gatunku, to jednak już od pierwszej książki cyklu autor trzyma poziom, a druga nie jest wcale gorsza. W tym tomie mamy do czynienia z ogromną ilością walk, broni, co chyba nie jest dziwne, bo w pierwszym tomie było podobnie. Na każdej stronie możemy odczuć średniowieczny klimat powieści. Karczmy, zamki, księżniczki - to właśnie te elementy, co nie oznacza, że nie ma tu nadprzyrodzonych stworzeń i potworów - oczywiście, że są. Kolejnym plusem książki może być dynamiczna akcja. Początkowo trochę mało rzeczy się działo, ale później autor wprowadził wiele ciekawych wątków, które powodują, że nie sposób się nudzić. Nie mogę nie wspomnieć o humorze, który autor wprowadza w swoje dialogi. Bardzo dobrym rozwiązaniem były też stylizowane dialogi, które podkreślają średniowieczny charakter książki. 

"- A Calanthe - dodał Codringher - gwałtownie usiłowała zajść w ciążę i urodzić syna. Nic z tego nie wyszło. Urodziła córkę Pavettę, potem dwukrotnie poroniła i stało się jasne, że nie będzie miała więcej dzieci. Wszystkie plany wzięły w łeb. Ot, babska dola. Wielkie ambicje przekreśla zrujnowana macica." :)

Pewnie nikogo nie zdziwię, ale moją ulubioną bohaterką jest Ciri - potomek rodu królewskiego, ciągle wpadająca w kłopoty, posługująca się bardzo dobrze mieczem. O Geralcie i Yennefer tez nie mogę zapomnieć, bo też ich bardzo lubię, chociaż w mniejszym stopniu niż Ciri.

Bardzo Was zachęcam do przeczytania tego cyklu, bo jest POLSKI. I to drugi powód, oprócz wartości samej książki. Czytajmy jak najwięcej polskich książek fantasy, bo są one tak dobre jak zagraniczne, a nawet lepsze. Miłego czytania! :)

***
Co tam u was ciekawego słychać? Właśnie zacząłem ferie, śniegu nie ma, lodu też (na szczęście!). Zaopatrzyłem się w ciekawe pozycje w bibliotece i zamierzam czytać, czytać, czytać... Wczoraj obejrzałem "Złodziejkę książek" i stwierdziłem, że koniecznie muszę przeczytać książkę, ale spotkało mnie rozczarowanie. Moja biblioteka nie jest w nią zaopatrzona (na większość moich pytań była taka odpowiedź), więc muszę jeszcze trochę poczekać. I na koniec piosenka. Przed chwilą ją włączyłem i stwierdziłem, że musicie jej posłuchać:

20 stycznia 2014

Nicholas Sparks "Dla ciebie wszystko" + garść informacji

Autor: Nicholas Sparks
Tytuł: "Dla ciebie wszystko"
Wydawnictwo: Albatros
Liczba stron: 399
Ocena: 6/6 

"Dla ciebie wszystko" to kolejna książka Sparksa, którą przeczytałem. Obyło się bez niespodzianki, bo była to bardzo interesująca przygoda.

Dawson Colie i Amanda Collier są zakochani w sobie. Niestety, dzieli ich szereg różnic, które są przyczyną tego, że nie mogą być razem. Amanda to dziewczyna z bogatej rodziny, dobrze wychowana, w przyszłości ma zostać nauczycielką. Dawson z kolei pochodzi z rodziny złodziei, przestępców, zabijaków i osób, które nie mają najlepszego zdania wśród sąsiadów. Sam próbuje się wywinąć z "rodzinnego biznesu", jednak rodzina ma stałą kontrolę nad nim. Ich losy ostatecznie się rozchodzą, jednak dochodzi do spotkania po latach. 

Okazuje się, że oboje są kompletnie innymi ludźmi. Amanda to teraz kobieta w okolicach trzydziestki z mężem alkoholikiem i grupką dzieci, a także bagażem tragicznych doświadczeń. Dawson to pracownik szybu wiertniczego i samotnik (postanowił po rozejściu się z Amandą nie wiązać się z inną kobietą). Niejednokrotnie powinien umrzeć, ale zawsze pojawia się przed jego oczami tajemnicza postać, która wyciąga go z kłopotów. 

Ich spotkaniu towarzyszy pogrzeb przyjaciela, który był świadkiem kształtowania się ich miłości, pracodawcą Dawsona i jego wieloletnim przyjacielem. Ku zaskoczeniu obu bohaterów, Tuck zostawia dla nich listy. Sprawa robi się jeszcze bardziej tajemnicza po spotkaniu z notariuszem, które uprzedza ich, żeby, zgodnie z wolą Tucka, przeczytali te listy w momencie, kiedy będą wiedzieli, że to odpowiednia pora. Listy przedstawiają piękne historie, które zresztą na tyle zbliżą Dawsona i Amandę, że wylądują razem w łóżku.

Żeby nie było nudno, autor wplótł do powieści motyw zemsty z przeszłości, dlatego też przez całą powieść mamy okazję do czynienia trochę z typowym amerykańskim krajobrazem latających kowbojów z pistoletami i robiącymi "pif-paf". Tak na serio, wcale nie byłoby mi do śmiechu uciekać przed własną rodziną (!), która cały czas próbuje mnie zlikwidować przez konflikt, który niby wywołałem w przeszłości. Obok tego wątku jest jeszcze wątek przeszczepów narządów, ale więcej nie powiem, bo zaraz polecą same spoilery.

Jestem pod ogromnym wrażeniem tej książki. Autor skonstruował bardzo ciekawych bohaterów (trochę głupich, bo zamiast walczyć o miłość w młodzieńczych latach, teraz mamy przed sobą kobietę zastanawiającą się, czy może zdradzić swojego męża alkoholika; niestety, literatura rządzi się swoimi prawami i zawsze ubolewam nad niedopowiedzeniami w romansach). Autor wprowadził wątek "pif-paf" i nie mogę mieć mu tego za złe, bo książka dużo na tym zyskała. Z reguły jestem przeciwnikiem amerykańskich, monodramatycznych filmów akcji, ale w tym wypadku nie mam nic przeciwko, chociaż zakończenie pozostawiło pewien niesmak i moje niezadowolenie. Muszę Wam powiedzieć, że (zrobiłem ten błąd) coś mnie podkusiło, żeby przeczytać epilog w środku książki (czasem tak mam). I chyba wyszło mi to nawet na dobre. Siedziałem, obgryzałem paznokcie w oczekiwaniu na koniec i odpowiedź na pytanie: "Czy to się naprawdę zdarzyło?". Emocje mną targały (co za sformułowanie!) jak przy niejednym thrillerze.

Ogólnie jestem bardzo zadowolony z tego, co przeczytałem. Momentami (był taki jeden moment: na końcu) miałem ochotę udusić autora za jego pomysły, ale to małe niedopatrzenie mogę puścić w niepamięć. Oby więcej było tak dobrych książek! 

***

Co tam u Was ciekawego słychać? Ja na razie przechodzę okres odizolowania od mojej szkoły z powodu lodu zalegającego wokół mojego domu, na drogach i tak w ogóle to chyba wszędzie, co spowodowało, że dzisiaj, i jutro pewnie też, mam małe wakacje. Dlatego zresztą dzisiaj opublikowałem ten post. :)

Ostatnimi czasy odnalazłem na YouTube bardzo ciekawe filmiku z cyklu "Wobec obiektywu", które zaskarbiły moje serce. :) Tu macie próbkę jednego odcinka:

Oczywiście, nie może zabraknąć czegoś do słuchania (i to nawet dwóch piosenek):


W następnej notce opublikuję opinię o "Księdze o Niewidzialnym" Schmitta (ale kiedy skończę, tego nie wiem). I potem zabieram się za drugą część "Wiedźmina". Już się nie mogę doczekać! Miłego tygodnia, jak najmniej lodu, a najwięcej śniegu (może nie przesadzajmy). :) Do następnego razu! Papatki! :-)

11 stycznia 2014

Robin Cook "Nano"

Autor: Robin Cook
Tytuł: "Nano"
Wydawnictwo: Rebis
Ocena: 6/6
Liczba stron: 472

W tej notce pora na thriller medyczny - pierwszy, jaki przeczytałem.

Robin Cook w "Nano" przedstawił historię Pii Grazdani, która pracuje w jednym z najbardziej prestiżowych ośrodków badawczych w USA, a może nawet na świecie. Ośrodek zajmuje się nanotechnologią, która ma być przyszłościowym biznesem. Główna bohaterka jest specjalistką od mikrobiworów, czyli nanorobotów, które są mniejsze od erytrocytów i potrafią pożerać bakterie z naszego organizmu. Jednak to nie jest główny wątek powieści. Pewnego razu Pia znajduje mężczyznę lężącego na ziemi. Według jej diagnozy mężczyzna stracił przytomność. Chińczyk (bo jest narodowości chińskiej) zostaje odtransportowany do szpitala, ale jego badanie przerywa grupa ochroniarzy z szefową Pii, którzy zabierają go bezzwłocznie do siedziby firmy. W tym momencie Pia rozpoczyna śledztwo, które staje się coraz bardziej zawiłe i niebezpieczne, a główna bohaterka w końcu dochodzi do tego, co stoi za sprawą dziwnych omdleń w tajemniczej, chronionej ze wszystkich stron firmie.

Tę książkę dostałem jako prezent gwiazdkowy od koleżanki w szkole. I muszę przyznać, że to był bardzo dobry wybór, bowiem autor spisał się na medal. Miałem dosyć duże oczekiwania, bo to w końcu thriller medyczny, a że kilka thrillerów przeczytałem, zacząłem sobie na niego ząbki ostrzyć. Cook wymyślił doskonałą intrygę, którą czytałem z coraz większym zapałem i ciekawością, co będzie dalej. A pytania i dziwne wypadki mnożyły się i mnożyły... 

Zakończenie powieści wydaje mi się takie nieoczywiste. Z jednej strony, jakby wszystko się skończyło i już nic więcej nie będzie, ale moim zdaniem autor nie powiedział ostatniego słowa. Coś jeszcze dopisze i mam nadzieję, że będzie to tak samo dobra książka.

W tle cały czas przewija się nanotechnologia, której nie musicie się bać. Ten kto unika takich tematów książkach, będzie też zadowolony. Autor wszystko tłumaczy, co jeszcze bardziej uatrakcyjnia książkę. Nanotechnologia i różne zdarzenia (wypadki samochodowe, kolejni ludzie tracący przytomność, a także odkrycia Pii w samym gmachu  Nano) to bardzo dobre połączenie, które daje niesamowitą rozrywkę i dawkę emocji. 

To na tyle - warto przeczytać i Was do tego bardzo zachęcam. :)


21 grudnia 2013

Ann Brashares "Ostatnie lato"

Autor: Ann Brashares
Tytuł: "Ostatnie lato"
Wydawnictwo: Nowa proza
Liczba stron: 285
Ocena: 5/6

Zacznę może od tego, że nie czytałem "Stowarzyszenia wędrujących dżinsów" - tak wszędzie zachwalanego cyklu, który doczekał się ekranizacji. Film widziałem (wiem - najpierw książki, potem filmy) i był bardzo dobry, co mnie jeszcze bardziej zachęciło do przeczytania jakiejś książki tej autorki. Natrafiła się okazja i kupiłem tę cieniuteńką książeczkę. Nie lubię tego określenia, a szczególnie jak słyszę na lekcji: "Otwórzcie, proszę, książeczki", ale w tym wypadku to chyba trafne określenie.

Historia Alice i Paula zaczyna się od jego przyjazdu do Fire Island. Jak się później okazuje, oboje darzą siebie uczuciem, które przeradza się w kolejne sceny łóżkowe. Następuje nagłe załamanie, po którym wszystko zaczyna się sypać. Ich znajomość rozpada się nagle, a Alice, która miała zamiar zostać prawniczką, rzuca studia.  Do tego główna bohaterka ma kolejne problemy ze swoją siostrą - Riley, która nieoczekiwanie zapada na reumatyczne zapalenie serca, co powoduje uszkodzenie zastawki. Nie dzieje się z nią najlepiej, stan się pogarsza, a gdy jest dostępne serce, Riley nie odbiera wiadomości i traci jedyną szansę na serce. Cały czas przewija się wątek się miłości Alice i Paula, ale nie mogą się pogodzić ze sobą, jak to bywa w takich historiach.

Autorka poruszyła historię, która już jest tak oklepana, że aż głowa boli. Mimo wielkich przeciwności losu, niedomówień, jednak wszystko się udaje. Co zawsze będę powtarzał, to to, że takie historię są najlepsze! Lubię czytać losy bohaterów, którzy kończą szczęśliwie, tak jak tego chcę. A zakończenie mogę nazwać wisienką na torcie. Szczęśliwe, oczywiście. Autorka stara się wprowadzić kilka elementów, które uczynią tę książkę bardziej życiową i realną, to chyba miało być to "coś", co wzruszy czytelnika. Ja żadnego wzruszenia nie poczułem, może to przez to, że czytałem ją w autobusie, a może przez to, że rzadko zdarza mi się wylewać potoki łez nad książkami. A może przez to, że jestem facetem. Nie lepiej nie, bo zaraz feministki zrobią pikietę na moim blogu. :) Tak na serio, to trochę stereotypowe. :) Na to pytanie nie jestem w stanie odpowiedzieć. 

Kolejnym plusem są bohaterowie. Najbardziej spodobała mi się Riley, którą niestety spotkał ciężki los, ale była to bardzo ciekawa postać. Alice i Paul byli też całkiem interesujący, gdyby nie fakt tego niezdecydowania, że niby się kochają i nie są w stanie rozwiązać problemów, które między nimi stają (nie wiem, czy to w ogóle można nazwać problemami, a nie ich głupotą, ale niech będą problemy, żeby nie zepsuć romantycznego charakteru książki). Język książki jest łatwy i przyjemny, co też nie czyni tej pozycji jakąś głupiutką książeczką o tym, jak dwie szesnastolatki się zakochały w jednym chłopaku i walczą o niego. Autorka stara się "przemycić" wątek utraty bliskiej osoby, co nie stawia tej pozycji na kompletnie przegranej pozycji. 

Zachęcam do przeczytania, bo książka, mimo że może wydawać się szablonowa i powtarzająca pewne schematy, w efekcie końcowym staje się niezłym dziełem literackim. 

***

Z okazji nadchodzących Świąt Bożego Narodzenia chciałbym złożyć wszystkim Blogerom życzenia: spełnienia marzeń, miłości, udanych podróży literackich, samych interesujących prezentów (żadne rózgi nie wchodzą w grę), zdrowia, radości i samych sukcesów w nowym roku, a także żadnych diet w ramach postanowień noworocznych!:) 

Tak na marginesie jeszcze: ostatnio przeczytałem "Musierowicz na Gwiazdkę". Książką jestem oczarowany (zresztą jak wszystkimi tej autorki, oprócz "Frywolitek", ale to inna sprawa) i nie mówię o niej bez powodu, bo zawiera różne przepisy, anegdoty, ciekawe informacje o Bożym Narodzeniu, ale także Adwencie, i bardzo dobrze ją się czyta. Niestety, jest strasznie krótka i bardzo szybko ją skończyłem. I na zakończenie (tak prawie, bo jeszcze coś) jeden z cytatów z tej książki:

"- A kto to taki, ci Jarmużkowie? - zapytasz niecierpliwie, Kochana Czytelniczko. Już mówię. Każde nasze dziecko miało jakiegoś Jarmużka. Liczna ta rodzina mieszkała blisko naszej szkoły, obok naszego kościoła i w sąsiedztwie naszej Babci. Siłą rzeczy, kolejne generacje owej dynastii zabijaków zahaczały o niemal wszystkie dziedziny życia kolejnych roczników naszych dziatek. Więcej, zahaczały o życie całej rodziny. 
Nie mogło być więc inaczej na mszy świętej dla dzieci, w niedzielę trzynastego grudnia roku 1987. Ksiądz proboszcz zwykł był na zakończenie przywoływać malców w pobliże ołtarza i rozmawiać z nimi bezpośrednio, z bliska.
- A powiedzcie mi, moi kochani - zapytał tym razem - czy wy w ogóle wiecie, co my mamy dzisiaj za rocznicę?
Cisza.
- No? - naciskał proboszcz. - Nikt nie wie? No, pomyślcie tylko. Wasi rodzice na pewno pamiętają. Co było trzynastego grudnia 1981?
Nadal cisza.
- Stan wojenny? - odezwał się spod filara niepewny dziewczęcy głosik; zapewne jakiś tatuś nie wytrzymał i podrzucił dziecku właściwą odpowiedź.
- Tak, dobrze! Stan wojenny! - rzekł proboszcz głosem grzmiącym. - A jak się nazywa, co zrobił tę wojnę z nami? Ten niedobry człowiek, co nas tak prześladował i bił. Wiecie?
Niepewna cisza.
- Podpowiem Wam - poddał się ksiądz. - Nazywa się na "J". No? Jar... Jar...
- Jarmużek!!! Odgadł triumfalnie głosik z trzeciego rzędu.
I już było po podniosłej atmosferze.
Nigdy w życiu nie słyszałam w kościele takiej eksplozji - a raczej implozji - tłumionego śmiechu wszystkich dorosłych parafian. I to w taką rocznicę."

I już naprawdę na zakończenie moja ulubiona piosenka świąteczna. 

01 grudnia 2013

Cecelia Ahern "Na końcu tęczy"

Autor: Cecelia Ahern
Tytuł: "Na końcu tęczy"
Wydawnictwo: Akurat
Liczba stron: 383
Ocena: 4/6

Tym razem kolejna książka Cecelii Ahern wyłowiona przeze mnie w Lidlu. :)

Cecelia swoją opowieść skupia początkowo na dzieciństwie Rosie i Alexa, a potem, jak wiadomo, dorastają, mają coraz to inne problemy, a w końcu i tak bez happy endu się nie obędzie. Rosie i Alex są przyjaciółmi, którzy nie wyobrażają sobie życia bez siebie. Ciągła korespondencja świadczy nie tylko o przyjaźni, ale też o rodzącym się uczuciu, które nieźle skomplikuje im życie. I następuje moment tragiczny dla nich: Alex musi wyjechać z rodzicami do USA. Kontakt między dwójką przyjaciół się nie urywa, piszą do siebie ciągle. Rosie wpada w kolejne kłopoty: po upojnej nocy z Brianem zachodzi w ciążę, musi porzucić studia i zaopiekować się Katie. Nie są to dla niej łatwe czasy. Kilka razy zmienia pracę, wychodzi za mąż, potem się rozwodzi (małżeństwo okazało się kolejną klapą), przeżywa śmierć ojca i matki. Alexowi też łatwo nie jest. Przechodzi rozwód, potem ku złości Rosie żeni się z Bethany (dziewczyną poznaną jeszcze w młodzieńczych latach), zostaje lekarzem. Jednak mimo tych problemów, nieustannej korespondencji, cały czas w tle przewija się miłość Rosie do Alexa. No właśnie, czy w końcu się zejdą? Czy naprawdę się kochają? Co takiego wywinął Greg (mąż Rosie), że doszło do tak makabrycznej pomyłki? 

Szczerze? Czytałem lepsze książki Cecelii Ahern. Nie mogę nie patrzeć na tę historię przez pryzmat poprzednich przeczytanych przeze mnie pozycji tej autorki i jestem w stanie stwierdzić, że "PS. Kocham Cię" było lepszą lekturą. Oczywiście, nie mam zamiaru jej mieszać z błotem tak do końca. Autorka pisze prostym językiem, dobrze tę książkę się czyta i śledzi perypetie głównych bohaterów. Wątek miłosny też występuje, może ukryty, ale czytelnik od samego początku wie, że coś między nimi musi być. Szczęśliwe zakończenie, na które zawsze w takich książkach czekam, i  mniejsza czy większa przewidywalność - to może być dla niektórych mankament, ale dla mnie to nie problem. Bardzo ciekawym rozwiązaniem było też zastosowanie przez autorkę formy maili, listów czy nawet SMS-ów. Niby wszystko jest, ale czegoś mi w tej książce brakowało. 

Dzisiaj krótko i na temat, bo to koniec tego posta. :) Jeśli na pierwsze spotkanie z tą autorką, przeczytaj "PS. Kocham Cię", jeśli na któreś z kolei, spróbuj z tym. Nie będę kompletnie krytykował tej książki, bo to nie było najgorsze zło tego świata, ale czuję lekki niedosyt i na tym koniec. :)

10 listopada 2013

Niezbędnik każdego mola książkowego, czyli Matthew Quick "Niezbędnik obserwatorów gwiazd"

Autor: Matthew Quick
Tytuł: "Niezbędnik obserwatorów gwiazd"
Wydawnictwo: Otwarte
Liczba stron: 313
Ocena: 6/6

"Niezbędnik obserwatorów gwiazd" to historia Finley'a - nastolatka mieszkającego w Bellmont, które nie uchodzi za bezpieczną miejscowość: pełno gangów, wieczorem strach wyjść na ulicę, a na każdym kroku spotykasz dilera. Jego dziadek to człowiek bez nóg, który potrzebuje stałej opieki, ojciec pracuje na dwie zmiany, a matka zginęła w bliżej nieznanych okolicznościach. Do tego dołącza się Numer 21 (Russel Allen), który przymusowo przyjeżdża do dziadków. Jego rodzice zostali zabici, a on oszalał i z gwiazdy koszykówki zamienił się w szaleńca po specjalistycznym ośrodku terapeutycznym dla młodzieży. Jego problem polega na tym, że wymyślił sobie, że pochodzi z kosmosu i wierzy, że jego rodzice przylecą po niego. Chłopak kocha grać w koszykówkę i trener prosi go o pomoc z Numerem 21, który przez grę ma zapomnieć o tym całym kosmosie i stać się normalnym człowiekiem. Dla Finley'a to małe zagrożenie, bo z tego, co dowiedział się od trenera, Russel bardzo dobrze gra w kosza, przez co może zostać wyeliminowany z gry.

"Niezbędnik obserwatorów gwiazd" to książka napisana prostym językiem. Zaraz mi ktoś powie, że miłość, jaka zrodziła się pomiędzy Erin i Finlay'em, to wątek, który został już wykorzystany na wszystkie możliwe sposoby i już nic z nim nie można zrobić. Owszem, ale ta książka chwyta za serce, i nie spodziewajcie się tu wybuchów, bijatyk czy zwrotów akcji. Quick stworzył piękną historię miłości dwóch ludzi, która jest w stanie przezwyciężyć wszystko. Piszę tak jakbym robił notkę o jakimś romansidle (harlekin tu chyba bardziej pasuje), ale to mi przychodzi do głowy. Ta powieść chwyta za serce i tak też było ze mną: stałem się jej ogromnym fanem. I w tym przypadku nie miałem żadnych wątpliwości jak przy czytaniu "Poradnika pozytywnego myślenia", ta książka zauroczyła mnie od początku i do końca nie przestała mi się podobać. A zakończenie szczęśliwe, czyli takie jakie lubię. W innym przypadku pewnie narzekałbym na to, ale w tym wypadku nie chciałbym, żeby ta historia skończyła się nieszczęśliwie. Autor bardzo dobrze wczuł się w rolę nastolatka, więc narracja pierwszoosobowa była strzałem w dziesiątkę. I jeśli chodzi o tytuł, to bardzo się cieszę, że wersja polska ma taki, a nie inny (amerykański: "Boy 21").

Matthew Quick ma dar tworzenia postaci, które odbiegają trochę od ideału człowieka zdrowego psychicznie, ale dzięki temu można je bardzo polubić. W "Poradniku pozytywnego myślenia" Pat zaskarbił sobie moje serce, a w przypadku tej opowieści najbardziej przypadł mi do gustu Finley. Numer 21 był dla mnie trochę zbyt dziwny, a Finley też miał swoje za uszami, jeśli mogę tak powiedzieć. Małomówny, ciągle grający w kosza, z przezwiskiem "Biały królik" - tak można go krótko scharakteryzować. 

Nic dodać, nic ująć - tylko przeczytać. :)

19 października 2013

Eric - Emmanuel Schmitt "Marzycielka z Ostendy"


Autor: Eric - Emmanuel Schmitt
Tytuł: "Marzycielka z Ostendy"
Wydawnictwo: Znak liter nova
Liczba stron: 314
Ocena: 6/6

Już wiele razy wspominałem, że Eric - Emmanuel Schmitt należy do jednych z moich ulubionych pisarzy i że jego książki mogę czytać w ciemno. Tym razem "Marzycielka z Ostendy" - zbiór pięciu opowiadań. 

Pierwsze z nich ("Marzycielka z Ostendy") to historia starszej, schorowanej kobiety, do której przyjechał pisarz na wakacje. Nic dziwnego w tym by nie było, gdyby nie przeszłość kobiety i jej namiętna miłość z następcą tronu pewnego królestwa (Emma Van A. nie podała szczegółów, żeby mężczyzna nie zaczął szukać jej kochanka). Ukochany został znaleziony kompletnie goły, a że Emma jako jedna z nielicznych nie zwiała mu z krzykiem sprzed nosa, postanowiła mu pomóc i ogrzać go. Od tego momentu zaczęła się ich nieszczęśliwa miłość. 

Drugie opowiadanie przedstawia historię ("Zbrodnia doskonała"), w której mamy do czynienia z Gabrielą, która na początku opowiadania zabiła swojego męża. Uważała, że nie był z nią szczery i zdradzał ją. Nie bez powodu sądziła tak, bo usłyszała to od swojej można powiedzieć przyjaciółki, którą uważała za nieomylną i znająca się na ludziach jak nikt inny. Ich małżeństwo zaczęło się psuć i w końcu doszło do tego morderstwa.

"Ozdrowienie" to kolejna interesująca propozycja autora. Na własne oczy możemy się przekonać, jak rozwijała się miłość grubej, brzydkiej (tak sądziła) Stefanii i pięknego, wysportowanego Karla Bauera, który uległ wypadkowi i został umieszczony na oddziale intensywnej terapii, gdzie pracuje Stefania. O dziwo, mężczyzna nie widzi i głównym czynnikiem, który nie pozwala dać Karlowi spokoju, jest zapach Stefanii. To właśnie zapach dziewczyny powoduje, że Karl nie może przestać o niej myśleć, a pielęgniarka zaczyna zmieniać do siebie nastawienie do swojego ciała. 

"Kiepskie lektury" to z kolei już czwarte opowiadanie o Maurycym i Sylwii, którzy wyjechali na wakacje. Jak się później okazuje, ten czas zmieni ich na zawsze. Maurycy nie czytał powieści z racji tego, że nie lubił fikcji literackiej. Jednak podczas wakacji zmienił zdanie i zaczął podczytywać książkę kupioną przez Sylwię. Popadł w paranoję związaną ze złodziejem, który niby grasował po domu, a potem to już coraz gorzej się zachowywał.

No i piąte (Uff! Wreszcie dotarłem do końca) pt. "Kobieta z bukietem". Tym razem autor opisuje historię kobiety, która non stop o tej samej godzinie i w tym samym czasie wyczekiwała z bukietem kwiatów na pewnym peronie. Czekanie trwało już bardzo długo, ale wreszcie udało je się doczekać tej osoby. Jednak jej radość nie potrwała długo...

Nie zwiodłem się na autorze. Kilka razy zdążył mnie zaskoczyć, książka mi się nie dłużyła, czytało mi się ją wręcz doskonale. Wiedziałem, na co się piszę, i efekt wyszedł wyśmienity. Każda historia jest doskonale zaplanowana, zakończenie nie jest takie oczywiste jak mogłoby się wydawać, a każda z nich niesie jakieś przesłanie. Jedyne, co mi nie przypadło do gustu, to opowiadanie czwarte i piąte. W przypadku czwartego zakończenie wszystko naprawiło, a co do ostatniego nie byłem do końca przekonany, ale jestem w stanie wybaczyć to małe nieporozumienie, bo reszta opowiadań była bardzo dobra. 

Nic innego nie mogę napisać, że ta książka należy do obowiązkowych lektur każdego mola książkowego. Wiem, że może niektórzy nie za bardzo lubią Schmitta, ale przeczytajcie chociażby "Kobietę w lustrze", to ja Wam mówię, że nie będziecie mogli się oderwać. Oczywiście 6/6. :) 

14 października 2013

Harlan Coben "Nie mów nikomu"

Autor: Harlan Coben
Tytuł: "Nie mów nikomu"
Wydawnictwo: Albatros
Liczba stron: 352
Ocena: 4/6

Można by powiedzieć: Coben, spotkanie drugie. :)

Od śmierci Elizabeth minęło osiem lat, ale młody lekarz David Beck nie może poradzić sobie ze śmiercią swojej ukochanej. Została brutalnie porwana i zabita przez Killroy'a, który bez skrupułów wymordował kilka innych kobiet, zostawiając na ich policzkach wypalony znak "K". Po identyfikacji okazało się, że ojciec dziewczyny zidentyfikował Elizabeth i została pochowana, ale... No właśnie, w tym przypadku cała historia zaczyna się od dziwnych maili do Davida, które wyraźnie wskazują na to, że Elizabeth jednak żyje! W dodatku David ma się z nią spotkać, ale mamy kolejne "ale", gdyż, jak to kryminałach bywa, lekarz zostaje posądzony o zabójstwo swojej żony, śledztwo się rozkręca i sytuacja Becka zamienia się w nieciekawą. Sam pościg policji to pestka, ale śledzący mężczyznę bandyci to już o wiele większy, bardziej niebezpieczny problem.

Nie chciałbym mieszać tej książki z błotem, ale trochę się zawiodłem. Euforia, która mi towarzyszyła przy czytaniu "Najczarniejszego strachu", gdzieś mi się ulotniła. Początek był strasznie przeciętny i aż dziw bierze, że za ekranizację tej powieści Coben zarobił coś koło miliona dolarów. Nic ciekawego w tym nie było, akcja się rozkręcała, żeby w końcu dotrzeć do końca. I tu było wręcz wybornie. Dużo się działo, autor odkrywał kolejne tajemnice, wszystko zaczęło łączyć się w całość. Zakończenie zdecydowanie bardziej przypadło mi do gustu, było bardziej dynamiczne, zaskakujące. 

Może to przez to, że czytałem tę powieść w autobusie przy grającym w tle radiu i rozmawiających ludziach, ale nie czułem napięcia zaserwowanego dla thrillerów. Owszem, nie powiem, że źle mi się czytało, bo bardzo dobrze mi się czytało, ale jak na mnie autor nie podziałał aż tak mocno. 

Gdybym miał ocenić końcówkę, dałbym 5 może i nawet 6, ale oceniam całość, więc maksymalna ocena to 4. Dzisiaj na tyle. Wiem, że krótko, ale gdzieś pani Wena mi zwiała. :)

06 października 2013

Virginia C. Andrews "Płatki na wietrze"

Autor: Virginia C. Andrews
Tytuł: "Płatki na wietrze"
Wydawnictwo: Świat Książki
Liczba stron: 428
Ocena: 6/6

Wiem, że trochę długo kazałem Wam czekać na kolejny tekst, ale po przeczytaniu książki Davida Reida, nie mogłem nic wymyślić w czasie pisania, wena mi zwiała cichaczem, więc postanowiłem poczekać i przeczytać "Płatki na wietrze" Virginii C. Andrews. Jak pewnie wiecie, czytałem pierwszy tom tego cyklu, i nie zawiodłem się na tej autorce, więc teraz macie dobrą okazję dowiedzieć się, czy cykl trzyma dalej dobry poziom. Uwaga na spojlery, szczególnie w drugim akapicie!

Cathy, Carrie i Chris po ucieczce z domu, gdzie byli więzieni (przypomnę) przez trzy lata i pięć miesięcy, nie wiedzą, co ze sobą zrobić. Ich przyszłość nie zapowiada się kolorowo, bowiem zamierzają wyruszyć do cyrku na Florydzie. Do tego jeszcze Carrie, która z dziwnymi objawami, komplikuje całą historię (w tym przypadku to nawet dobrze się stało, że była chora, bo gdyby nie to, marzenie o pracy w cyrku stałoby się bardzo realne). Z powodu  ciężkiego stanu dziewczyny muszą znaleźć szpital, w którym będzie można ją wyleczyć z zatrucia arszenikiem. I tak trafiają do doktora Paula. Początkowo na kilka miesięcy, bo mają zapracować na swoje utrzymanie, jednak zostają na dłużej. Na naszych oczach Cathy przemienia się w dorosłą kobietę nieustannie myślącą o zemście na swojej matce. Wydarzenia z przeszłości nie dają o sobie zapomnieć, co rodzeństwo odczuwa cały czas.

Na początku czytania miałem ochotę stwierdzić, że "Kwiaty na poddaszu" były o niebo lepszą książką. Jednak jakże ja się myliłem! Druga pozycja z tego cyklu utwierdziła mnie w przekonaniu, że dobrze się stało, że ją pożyczyłem. Nie zawiodłem się na Virginii, która wprowadziła coraz to nowe wątki, które coraz bardziej zaskakują czytelnika. W niektórych przypadkach są kontrowersyjne tematy, ale myślę, że samo ukrycie dzieci na strychu bulwersuje ludzi, więc można to uznać za znak rozpoznawczy Virginii C. Andrews. 

Z jednej strony ta książka jest pozytywna i aż za bardzo wszystko wychodzi bohaterom, ale kilka trupów też się pojawiło, więc w tej sprawie autorka zachowała równowagę, co czyni książkę bardziej życiową.  Nie chce się rzucić książki po przeczytaniu dziesięciu stron, bo jest ona niezwykle pasjonująca i intrygująca. Nie należy się zrażać liczbą stron, bo z każdą stroną coraz bardziej chce się poznawać sekrety bohaterów. Przeczytanie tej książki zajęło mi trochę dużo czasu, bo podczytywałem ją tylko w autobusie, ale gdybym miał więcej czasu, na pewno pochłonąłbym ją w o wiele szybszym czasie. 

Jak widzicie, nie we wszystkich przypadkach sprawdza się zdanie, że kontynuacja jest gorsza o swojej poprzedniczki. Ja już nie mogę doczekać się, kiedy przeczytam trzeci tom, a wy nadrabiajcie zaległości w tym cyklu, bo naprawdę warto. :)

14 września 2013

Alex Kava "Fałszywy krok"

Autor: Alex Kava
Tytuł: "Fałszywy krok"
Wydawnictwo: Mira
Liczba stron: 320
Ocena: 3/6

Alex Kava także zagościła i w mojej biblioteczce (tylko tak chwilowo, bo z biblioteki), więc pora nadeszła na opinię tej pozycji. 

"Fałszywy krok" to historia Jareda Barnetta, Melanie Starks (jego siostra) i Charliego (jej syn). Na początku powieści Barnett opuszcza więzienie (skazany został za morderstwo i gwałt) niesłusznie, ale jego obrońca przekonał sędziów do tego stopnia, że pozwolili mu wyjść na wolność. Oczywiście, od razu zaczyna załatwiać swoje porachunki: zabija świadka, który zmienił zeznania na jego korzyść, i udaje się do swojej siostry. Po co? A po to, żeby namówić ją na napad na bank, co długo nie trwa, bo jego siostra wchodzi w ten układ. Doświadczenie ma niemałe, wraz swoim synem obrabowała już wiele sklepów, a bank będzie pestką. Niestety, nie wszystko idzie tak, jak powinno. Barnett zamiast wynieść wór pieniędzy, zabija cztery osoby, i zmuszony jest uciekać. Po drodze spotyka ich wiele przygód: wypadek, wędrówka przez kukurydzę, kilkukrotne zmiany samochodów, kolejna garstka trupów...

Jak to w kryminałach bywa, mamy policjantów/detektywów, którzy śledzą morderców, po kolei odkrywając tajemnice sprawy. W tym wypadku śledztwo prowadzą Tommy Pakula i Grace Wennighoff i początkowo mają niemałe problemy ze znalezieniem sprawcy, ale niesamowite szczęście do dowodów i spryt powodują, że czytelnik dowiaduje się coraz więcej na temat sprawców. 

Mam trochę mieszane odczucia o tej książce. Z jednej strony bardzo dobrze mi się czytało tę powieść, może nie była jakąś specjalnie przejmującą czy trzymającą w napięciu, była, po prostu. Z drugiej strony nie sądzę, żeby wniosła coś nowego do mojego życia. Kolejny kryminał z setką trupów naraz, dwójką śledczych, którzy mają nadzwyczajne szczęście i wszystko im się udaje, to nic nowego w tego typu książkach. Z pewnością długo o niej nie będę pamiętał. Nie wiem dlaczego, ale wszystkie przeczytane kryminały porównuję do książek Chmielewskiej (nie mówię, że Nesbo pisze złe kryminały, bo też je uwielbiam), które przeczytałem jako pierwsze z tego gatunku. Chmielewska ma specyficzne poczucie humoru i potrafi zaskoczyć, czego w tej książce mi brakowało. 

I bohaterowie, którzy potrafią doprowadzić człowieka do szału. Jak można być tak głupim jak Melanie? Jared wydziera się na nią, przeklina, traktuje ją jak szmacianą lalkę, a ona zamiast uporać się z nim na zawsze, znosi całe te krzyki? Ja się pytam dlaczego? Druga rzecz, jakiej nie rozumiem, to fakt, dlaczego Melanie pozwalała kraść Charliemu. Że można mieć trudną sytuację materialną - to rozumiem - ale tego, że Melanie nauczyła Charliego, jak kraść, to już nie bardzo. I trzeci fakt, temu chyba nikt się nie dziwi, jak można być takim człowiekiem jak Jared. Widocznie można, bo sama autorka przyznała się, że inspirowała się rzeczywistością.

Na zakończenie mogę powiedzieć, że nie będę Was specjalnie zachęcał do tej powieści. Nie chodzi mi o to, żeby zmieszać Kavę z błotem, zresztą przeczytajcie sami i wtedy porównamy nasze opinie. :)

08 września 2013

Tad Williams "Miasto złocistego cienia"

Autor: Tad Williams
Tytuł: "Miasto złocistego cienia"
Wydawnictwo: Rebis
Liczba stron: 806
Ocena: 5/6

Z reguły unikam książek z gatunku science fiction i fantasy, ale tym razem zrobiłem wyjątek i przeczytałem "Miasto złocistego cienia" Williamsa. Trochę długo mi to szło, bo jakieś trzy tygodnie, ale ta książka ma coś koło ośmiuset strony i rok szkolny się zaczął, więc mam coraz mniej czasu na czytanie. Tad Williams wymieszał, jak napisano na tylnej okładce, science fiction, fantasy, powieś sensacyjną, baśń i powstała z tego mieszanka wybuchowa jak dla mnie.

W książce przedstawiono trzy historie. Pierwsza z nich to historia Renie i jej brata oraz !Xabbu. Rennie to wykładowca uniwersytecki, m. in. też !Xabbu, która stara się rozwiązać zagadkę dziwnej śpiączki swojego brata. Stephen wchodzi do sieci i odwiedza klub "U Pana J.", po czym zapada w dziwną chorobę, której przyczyny nie są w stanie rozwikłać lekarze. 

Kolejną część książki autor poświęcił Paulowi Jonasowi, którego historia zaczyna się w czasie pierwszej wojny światowej. Spotykamy bohatera w okopach, gdzie pełno błota, huk kul i sytuacja zaczyna się nagle komplikować po jego śnie i otwarciu się jakby portalu, dzięki któremu zamiast zdezerterować, przechodzi do jakiegoś bliżej nieznanego czytelnikowi świata, gdzie poznaje Gully'ego.

Trzeci bohater to Orlando Gardiner. Może się tylko bezpiecznie poruszać po sieci, gdzie występuje w postaci Thargora. Niestety, Thargor zostaje zniszczony i Orlando musi pożegnać się z tą postacią. Dodatkowo wraz ze swoim przyjacielem bierze udział w walce z obrzydliwymi potworami, które stają się przyczyna jego zainteresowania organizacją "Dom na drzewie".

Początkowo, czytając pierwsze strony, nie byłem za bardzo zadowolony. Masa wątków, bohaterów i niektóre sytuacje powodowały, że miałem ochotę skończyć tę powieść. Autor już na samym początku sprawiał, że strasznie ciężko mi się to czytało, właśnie przez tę mnogość wszystkiego, co się dało. Jedyne słowa, jakie przychodziły mi na myśl o tej książce, to dziwna (z racji symów, świata wirtualnego, zresztą może powinienem był lepiej czytać to, co napisano na okładce o książce...) i skomplikowana (dla mnie autor mógłby utworzyć z jednej książki kilka książek, które byłyby składowymi tego cyklu). 

Tak myślałem na początku, ale z czasem, jak akcja się rozwijała, zaczynałem zmieniać zdanie. Gdyby rozdzielić tę powieść, nie miałaby ona sensu, bo wszystkie te wątki łączą się w całość, akcja zaczyna biec szybko ku końcowi, a autor wprowadza coraz to nowe informacje, które zaskakują czytelnika. Zresztą na nudę nie można narzekać podczas czytania tej pozycji. Bowiem obfituje w walki między symami a potworami, licznymi sytuacjami, które kompletnie zmieniły moje patrzenie na fabułę i pomysł na nią. Końcówka jest idealna dla mnie. 

Polecam każdemu, bo dla mnie to była ciekawa przygoda w odkrywaniu nowego gatunku literackiego (szczególnie w końcowym odcinku). Myślę, że najlepszą oceną będzie 5.

***
Rok szkolny się zaczął, jak pewnie wiecie, dziwne gdybyście nie wiedzieli, bo to chyba odczuwa każdy bloger. W tym roku postanowiłem nie rezygnować z blogowania, wystarczy już tego zawieszania, bo praktycznie więcej blog wisi zapuszczony, niż dodaję na nim recenzje. Posty będą w dłuższych odstępach czasu, zależy, ile będę miał czasu na czytanie i jak mi pójdzie w nowej szkole.