Autor: Eric-Emmanuel Schmitt
Tytuł: "Kobieta w lustrze."
Wydawnictwo: Znak liter nova
Wydawnictwo: Znak liter nova
Ilość stron: 457
Ocena: 6/6
Eric-Emmanuel Schmitt jest jednym z moich ulubionych pisarzy i, czytając "Kobietę w lustrze, nie zawiodłem się, bo ta powieść jest genialna. Wiem, ktoś może sobie pomyśleć, jak każda inna ksiażka recenzowana na tym blogu, no cóż, większość ksiażek oceniam na 6. :) Tym razem autor wprowadza nas w życie trzech kobiet, żyjących w różnych epokach: Anne z Brugii jest kobietą renesansu, która raczej odbiega od katolickiego myślenia swoją poezją i słowami; dwudziestowieczna Hanna von Waldberg prowadzi życie, jakby mogło się wydawać bez trosk, u boku doskonałego męża, jego dziwnej, a za razem nadopiekuńczej rodziny, ale coś stoi na przeszkodzie, żeby całkowicie się spełniła i w końcu docieramy do współczesnej Anny, gwiazdy filmu i kina, która nie stroni od kochanków, alkoholu i narkotyków, ale czy uda się jej znaleźć szczęście? No dobra, może zacznę od początku, opowiem o każdej po trochu.
Anne z Brugii poznajemy w dniu ślubu. Okazuje się być niezwykłą szczęściarą, bo wychodzi za mąż. Szczęście w nieszczęściu, że ma szanse wyjść za mąż za przystojnego i pięknego mężczyznę, który jest nielicznym reprezentantem swojej płci w Brugii, a tu, proszę taka niespodzianka, ucieka do lasu. Czyż ten scenariusz nie jest znany już z wielu filmów, w których panny młode najpierw kochają swoich niedoszłych mężów, a potem uciekają w białych sukniach, może nie do lasu, ale daleko od swojego ukochanego? Nie sądzę, żeby autor posiłkował się na tych komediach romantycznych, bo okazuje się, ze Anne zamieszkuje na kilka dni w tym lesie, a z głodu nie umiera tylko dzięki pomocny mnicha (!), a nie jakiegoś księcia z bajki na białym rumaku. Oczywiście, tutaj autor zaserwował czytelnikowi kilka zwrotów akcji, ale Anne wychodzi cało z kłótni ze swoją kuzynką Idą i zostaje skierowana przez mnicha do beginek, czyli do takiej feministycznej organizacji, w której faceta ani widu, ani słychu. Ma tam odnaleźć swoje rzekome powołanie do bycia zakonnicą czy mistyczką. Skutki tych zamiarów nie są zbyt pozytywne, bo Anne swoimi rozmyślaniami burzy teologię koscioła, wprowadzając duchownych w istną furię, za co przypłaci niemałą karę.
Następna jest Hanna. Wychodzi ona za mąż za Franza von Waldberga. Wiedzie sobie bardzo spokojne życie, otoczona swoją liczną rodziną, która próbuje ją przekonać do zajścia w ciążę. Czytając ten fragment, byłem po prostu "posikany ze śmiechu". Sposób, w jaki rodzina zachęcała Hanne do tej ciąży, rozbawiła mnie do łez, a historia o suczce i jej adoratorze długo zapadnie mi w pamięć. Dla niektórych takie fragmenty mogą być lekko nie na miejscu, ale mi to nie przeszkadzało. Uff! Hanna może sobie oddychnąć, bo zaspokoiła swoją rodziną i zaszła w tę ciążę, tylko że jest jeden szkopuł. Przy porodzie okazuje się, że była to ciąża urojona, a z macicy zamiast dziecka wypłynęła sama woda. Tym razem też pojawia się przedstawiciel tej wielkiej rodziny von Wladberg, a mianowicie ciotka Vivi, która zachęca ją do pójścia na terapię do ucznia Frueda, niejakiego Calgari. Frued był podobno Żydem, a pójście do niego mogło przysporzyć naszej bohaterce sporych kłopotów w środowisku szlacheckim. Autor nie oszczędza Hanny, bo czeka ją jeszcze rozwód, liczne przprowadzki, odkrycie swojej życiowej pasji, czyli psychoanalizy, a także wiele innych ciekawych momentów, które bardzo mocno wpłyną w przyszłości na tryb jej życia.
Trzecią i ostatnią kobietą przedstawioną w tej książce jest Anny Lee, która, jak już wcześnieniej wspominałem, jest gwiazdą kinową i filmową. Jej życie odbiega od życia wielu nastolatek. Narkotyki, alkohol dla niej są codziennością, a facetów zmienia jak rękawiczki. Jej życie nagle obraca się o 180 stopni, bo, jak to często bywa z narkomananami, Anny przedawkowała. Spital, łóżka, lekarstwa, pielęgniarze to jej nie ominie, ale co ciekawe, można by dopisać do tej listy kamery. Okazuje się, że jej powrót do formy ma być ciągle filmowany. Mloda gwiazda zbytnio się temu nie sprzeciwia, głównie dzięki Johannie, jej stylistce i menadżerce, która chce dla niej najlepiej. I tutaj pojawia się Ethan, młody pielęgniarz, który pracuje w tym szpitalu. Jak się później okazuje iskrzy pomiędzy nimi, co się kończy wyrzuceniem Ethana ze szpitala i spędzeniem przez niego pięciu miesięcy w więzieniu, ale dlaczego, to sami się dowiecie, jak przeczytacie.
Wielu z Was może sobie zadawać pytanie, dlaczego autor podjął się trudu pisania aż trzech różnych "życiorysów" trzech różnych osób. Dobre pytanie. Z tej ksiażki mogłyby powstać trzy oddzielne ksiażki, które autor mógłby wydać osobno, podobne jak "Oskara i panią Różę" czy "Dziecko Noego". W tym przypadku bardzo dobrze się stało, że ta ksiażka jest tak gruba, bo każda z tych trzech pań jest ze sobą powiązana przez postać Anne z Brugii, ale więcej nie powiem, żebyście znowu nie posądzili mnie o "spoilerowanie".
Jeśli chodzi o ksiażkę, nie mam żadnych uwag. Pierwszą cechą, która rzuca mi się w oczy i odróżnia się innych książek p. Schmitta to humor. Ta ksiażka jest inna od poprzednich, bo nie jest tak smętna, i jej głównym motywem nie są rozważania na temat śmierci, mimo że śmierć też się pojawia w tej pozycji.
Kolejnym miłym zaskoczeniem było poruszenie takich tematów jak alkohol, narkotyki czy seks. Ten autor kojarzy mi się z reguły z rozważaniami na temat śmierci, życia czy innych tematów. "Kobieta w lustrze" wydaje mi sie całkowicie inna od jej poprzedniczek.
Kolejnym miłym zaskoczeniem było poruszenie takich tematów jak alkohol, narkotyki czy seks. Ten autor kojarzy mi się z reguły z rozważaniami na temat śmierci, życia czy innych tematów. "Kobieta w lustrze" wydaje mi sie całkowicie inna od jej poprzedniczek.
Jeśli chodzi o akcję, tez nie mogę się do niczego przyczepić. Są momenty, w których chce się czytać o danej bohaterce i jej perypetiach, bo krótkie rozdziały są tak skonstruowane, że autor kończy go w jakimś nieoczekiwanym momencie i trzeba czekać kolejne trzy rozdziały na losy danej bohaterki, co trzyma w napięciu i nie pozwala oderwać się od tej ksiązki.
Mam nadzieję, że po przeczytaniu mojej recenzji, jeśli w ogóle przeczytacie, bo trochę się "rozrosła", osoby, które jeszcze nie czytały ksiażek tego autora, od razu pobiegną do biblioteki czy księgarnii i zaopatrzą się w egzemplarze, bo naprawdę warto. Od "Kobiety w lustrze" nie mogłem się oderwać, a reszta ksiażek tego autora, które, rzecz jasna, czytałem, bo wszystkich jeszcze nie przeczytałem, też zasługują na uznanie.
----------
U mnie jak na razie deszczowo i chyba nie zapowiada się, żeby koniec wakacji zakończył się słonecznie. Co do sprawy bloga: na razie się zastanawiam, co z tym fantem zrobić, a decyzja jest naprawdę trudna. No właśnie, chciałbym Wam wszystkim, a raczej Waszym blogom, życzyć jak najwięcej recenzji i ksiażek przeczytanych z okazji Międzynarodowego Dnia Bloga. :) Podobno jest taka tradycja, że nominuje się pięć blogów, które najbardziej przypadły do gustu danej osobie, ale ja tak nie zrobię. Nominuję wszystkie 48 blogów, które mnie obserwują i wszystkich, którzy zostawiają komentarze pod notkami. Większość blogów jest w tej zakładce "Zaglądam", a jeśli nie ma, to po prostu odezwał się we mnie "Pan Leń". :) Do tego zdjęcia, które znalazłem w Internecie, można by dodać: "... but I haven't enough time to blog..." :)



















