Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Martel Yann. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Martel Yann. Pokaż wszystkie posty

25 czerwca 2013

Yann Martel "Życie Pi"

Autor: Yann Martel
Tytuł: "Życie Pi"
Wydawnictwo: Znak liter nova
Ilość stron: 340
Ocena: 5/6
 
Kojarzycie może "Błękitną lagunę"? Tych golasków biegających po bezludnej wyspie, rodzących dzieci w puszczy i pływających w oceanie dniami i nocami? Nie wspominam bez powodu o tym filmie, niejednokrotnie puszczanym przez Polsat i niejednokrotnie przeze mnie oglądanym, gdyż w dzisiejszej notce przyszło mi opowiedzieć o książce Yanna Martela "Życie Pi". Perspektywa spędzenia siedmiu miesięcy w łodzi obok tygrysa, nie jest kusząca.  Nie wiem co lepsze: rodzenie dzieci w puszczy czy siedzenie z tygrysem i czekanie na powolną śmierć.
 
Zacznijmy może od początku, który nie jest taki nadzwyczajny. Piscine Molitor Patel to indyjski chłopak, chodzący codzienne do szkoły, mający te same problemy co jego koledzy i mieszkający obok zoo swoich rodziców. Prawie jak każdy nastolatek musi zmagać się z dokuczaniem ze strony swoich kolegów, w tym przypadku chodzi o jego imię, które nieodpowiednio wymówione, jest angielskim odpowiednikiem słowa "sikanie". Chłopak uczy się pływać pod okiem godnego zaufania instruktora i wyznaje (to już dziwniejsze) wiarę zarówno w islam, chrześcijaństwo i hinduizm, a wszelkie próby nawrócenia go na którąś z tych religii, są mało skuteczne.
 
Akcja zaczyna dopiero się rozwijać w momencie, gdy cała rodzina musi przeprowadzić się z całym swoim dobytkiem i zoo, oczywiście, do Kanady, gdzie zoo będzie istniało dalej. Pi i cała jego rodzina, jak się później okaże, popłyną statkiem w swoją ostatnia podróż. Statek rozbije się z niewiadomych przyczyn, a rodzina utonie, oprócz Pi i kilku zwierząt.
 
Jeśli chodzi o początek, to nie był on za ciekawy. Historia chłopca, który praktycznie nie różni się ode mnie niczym (nie mówiąc o różnicach kulturowych), ma mnie rozłożyć na łopatki i pokazać, że ta książka jest coś warta? No nie, tu się trochę zawiodłem. Kolejne przygody Pi były o wiele bardziej ekscytujące.
 
Pierwszą rzeczą i niespodzianką, jaka czekała na Pi w szalupie ratunkowej (ta nazwa w tym przypadku jest aż za bardzo ironiczna), to możliwość zobaczenia się z hieną, tygrysem bengalskim i orangutanem oko w oko w trakcie jednego spotkania. Autor w tym miejscu i na dalszych stronach popisał się, moim zdaniem, na plus. Cała podróż łodzią nie jest monotonnym użalaniem się nad sobą, nieustannym płaczem i robieniem ciągle tego samego. Piscine nieustannie robi coś innego, to łowi latające ryby, to tresuje Richarda Parkera (tygrysa), a to znowu buduje sobie tratwę, nieustannie zaskakując czytelnika. Oczywiście, ma czasami momenty słabości, ale zostają one szybko zagłuszone przez niebezpieczeństwa, czyhające na środku oceanu. Na tej części się nie zawiodłem, aczkolwiek pod koniec miałem już dosyć tego dryfowania młodzieńca po wodzie.
 
Strzałem w dziesiątkę okazała się "mięsożerna wyspa", która pożera ludzi i pozostawia po nich trzydzieści dwa "zębne" kwiatuszki na jednym z drzew. Ten wątek wykurzył nudę, aż ciarki mi przeszły po plecach. (A ja, głupi, żałowałem surykatek, które pożerał masowo Richard Parker.)
 
W pewnym momencie zaczęło mnie zastanawiać, skąd autor, który nigdy nie przeżył czegoś takiego, mógł coś takiego opisać. Sceny pożerania żywcem orangutana przez hienę czy hieny przez tygrysa zrobiły na mnie wrażenie. Dopiero później, po przeczytaniu jeszcze raz wstępu, zrozumiałem stan rzeczy.
 
Bohaterów mamy bardzo mało w tej książce, z wyjątkiem pierwszej części, kiedy rodzice Pi prowadzą zoo. Może to i lepiej, bo dzięki takiemu rozwiązaniu można dokładniej skupić się na losach głównego bohatera. Zresztą kogo można spotkać na środku oceanu? No właśnie. W każdym razie,  warto głębiej zastanowić się nad Pi. Jaką on musiał mieć wolę życia (czy ja bym nie miał jej, gdybym wylądował na środku oceanu z tygrysem u boku?), odwagę i pomysłowość, żeby tylko przetrwać? Moim zdaniem tysiąc innych bohaterów, nie mogłoby zastąpić tego jednego szesnastolatka.
 
Na koniec jeszcze chciałbym wspomnieć o ciekawostkach przyrodniczych, zawartych w tej książce. Autor co chwilę zamieszcza opis, jak nie lemurów, to znowu tygrysów bengalskich, a potem dodaje, że w literaturze przedmiotu było to i to, i to... Początkowo wydawało mi się to trochę nudne, ale w końcu stwierdziłem, że może dobrze wiedzieć, czym różnią się głosy wydawane przez mojego kota i tygrysa, co nie zmienia faktu, że można by usunąć to z tej książki.
 
"Życie Pi" to książka godna przeczytania i polecam ją Wam z całego serca. Teraz tylko czeka mnie film. :)