Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 4/6. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 4/6. Pokaż wszystkie posty

26 sierpnia 2014

Tess Gerritsen "Dawca"

Autor: Tess Gerritsen
Tytuł: Dawca
Wydawnictwo: Albatros
Liczba stron: 399
Ocena: 4/6

Kolejny thriller medyczny, jaki przeczytałem, to Dawca Gerritsen, któremu poświęcę dzisiejszą notkę. 

Abby DiMatteo to stażystka na oddziale chirurgii szpitala Bayside w Bostonie. Wraz z Vivian (koleżanką z oddziału, wziętym i uzdolnionym chirurgiem) postanawia oddać serce do przeszczepu siedemnastoletniemu chłopcu zamiast żonie milionera, która ma mieć wszczepione serce poza kolejką. Bardzo odważna decyzja powoduje, że o mało nie wylatuje z pracy, a Victor Voss (milioner, którego wszyscy się boją, a mąż tej pacjentki) postanawia zemścić się nie tylko na niej, ale też na koleżance z pracy, z którą "ukradła" narząd. Vivian traci pracę, a sama bohaterka znajduje w swoim samochodzie rozkładające się wieprzowe narządy, ma na głowie dwa pozwy, a dyrektor szpitala nie ukrywa, że najchętniej pożegnałby się z nią, jednak Generał (opiekun stażystów) zdecydowanie się temu sprzeciwia.

Jakby tego było mało, Aaron Levi (kolejny lekarz) zostaje znaleziony martwy w remontowanym pokoju szpitalnym. Pracownik budowlany znajduje go wiszącego pod sufitem. Początkowo padają przypuszczenia, że popełnił samobójstwo (ciało nie zostało posiniaczone, więc nikt nie mógł zrobić tego za niego), jednak badania krwi zmarłego odkrywają nowe fakty. Oprócz tego zostawia na swoim koncie 3 miliony dolarów, o których nie pisnął nawet słóweczkiem swojej żonie.  

Abby natomiast cały czas główkuje, co może łączyć Aarona ze śmiercią dwóch innych lekarzy, pracowników szpitala Bayside. Jeden z nich został zaczadzony wraz z całą rodziną, a drugi wpadł z mostu do rzeki. Dodatkowo cały czas pozostaje niewyjaśniony brak karty dotyczącej przeszczepu Niny Voss i tożsamości lekarza, który pobrał narząd. 

Dopiero wiadomość o tym, że Mark (narzeczony Abby) kupuje jacht za pół miliona dolarów (płaci gotówką) i zachęca Abby do wyjazdu z Bostonu (podobne plany miał Aaron), historia łączy się Abby w całość (i mi zresztą też). Rozpoczyna się niebezpieczne śledztwo, w które zostanie wplątana nasza młoda pani doktor, detektyw Katzka, Jakow (mały chłopiec narodowości ukraińskiej, któremu też autorka poświęciła kilka stron) i chyba z pół szpitala Bayside. 

Był to kolejny thriller medyczny, który przeczytałem i trochę się zawiodłem. Po nazwisku Gerritsen spodziewałem się trochę więcej, a doznałem rozczarowania. Największym błędem, jaki zrobiłem, było to, że przeczytałem przedmowę, w której autorka opisała, jaki problem poruszyła. Może gdyby nie ta przedmowa książka byłaby ciekawsza, bo przecież nie wiedziałbym do pewnego momentu, co jest grane, a tak, wszystko wiedziałem od początku.

Na rozwój wypadków nie mogłem narzekać, znalazły się zaskakujące i mrożące krew w żyłach momenty. Zaskoczyły mnie przemiany kilku bohaterów i zakończenie, które, mimo że było szczęśliwe, też nie należało do szablonowych i przewidywalnych. Autorka zaserwowała mi kilka wątków z amerykańskich filmów sensacyjnych, jednak to mi zbytnio nie przeszkadzało, bo było urozmaiceniem akcji. A tak w ogóle, to nie zazdroszczę sytuacji Abby w końcówce powieści i Marka, bo zachował się okropnie (ale chyba określenie jak świnia byłoby lepsze.

To chyba na tyle. Powieść Gerritsen nie powaliła mnie na kolana, więc daję 4.

***

Wróciłem, zdążyłem się pochorować i nie skomentować żadnego bloga od kilku dni (wczorajsze, rozpaczliwe próby zakończyłem na kilku, nie kończąc listy). Ale dzisiaj to nadrabiam i postaram się skomentować całą listę.

Wakacje mi się kończą (wpadłem w trochę, jak to określiłem, depresyjny nastrój, bo: kończą mi się wakacje, dzisiaj obejrzałem ostatni odcinek Wakacji z duchami, nie mam już żadnych optymistycznych książek Bahdaja czy Makuszyńskiego i gwiazda programu: zaczynam wątpić w stan mojej wiedzy biologicznej w związku z olimpiadą), ale bloga nie zamierzam zawieszać, bo coś czuję, że będę miał chociaż godzinę dziennie na czytanie, więc z jedną notką na tydzień jestem w stanie się wyrobić.

Właśnie czytam Pana Samochodzika i skarb Atanaryka (cały czas mam przed oczami euforię, jaka mi towarzyszyła w czasie czytania innych tomów tego cyklu, który kiedyś tak zachwalałem i nawet dwa tomy mam w domu). Sięgnąłem po ten tom, bo jeszcze go nie czytałem, a chciałem zobaczyć, czy mi się będzie jeszcze podobać. Musze przyznać, że nie wpadłem aż w taką euforię, jednak mogę uznać tę pozycję za całkiem dobrą, ale o niej może jeszcze wspomnę w notce, bo biorę udział w wyzwaniu Elenkii_, a chociaż jeden post w związku z tym wyzwaniem musi być.

Chyba muszę kończyć, bo zaczynam narzekać i tworzyć zdania wielokrotnie złożone. Za to zostawiam Was z piosenką, którą właśnie słucham:

22 lipca 2014

Joanna Chmielewska "Zapalniczka"

Autor: Joanna Chmielewska
Tytuł: Zapalniczka
Wydawnictwo: Kobra Media
Liczba stron: 392
Ocena: 4/6

Tym razem poszło o zapalniczkę. I to chyba taką niezwykłą, bo stołową, której nigdzie nie można było dostać. Zapalniczka stała sobie na stole i nagle zginęła...

Pewnego popołudnia główna bohaterka wraca do domu i okazuje się, że zapalniczka zginęła. Zadanie nie zalicza się do najprostszych, bo przez dom Joanny przewinął się tabun robotników i ogrodników. Szczególną uwagę zwrócił kontrowersyjny ogrodnik, którego praca nie wróżyła nic dobrego (poschnięte róże, wiśnie zamiast innych drzew itp.). Narada (w składzie: Joanna, pan Ryszard - szef robotników, Julita - znajoma, Małgosia - siostrzenica autorki, Witek - mąż Małgosi, Tadek - znajomy) stwierdziła, że należy działać, pojechać do domu Mirka - ogrodnika i podwędzić zapalniczkę. Jednak na miejscu okazało się, że ogrodnik uderzony donicą z ziemią, skończył swój żywot, a dwójka bohaterów wpadła w kłopoty w związku ze zbrodnią.

I w tym momencie wkracza komisarz Janusz Wólski, który próbuje rozwiązać sprawę. Zadanie nie jest najprostsze, bo pan Mirek był człowiekiem, który  nie stronił od kobiet (duża kolejka osób do sprawdzenia), a ogrodnikiem był marnym (jego praca rzadko była chwalona przez klientów). I tutaj powstaje bardzo ciężkie pytanie. Zabiła go jakaś sfrustrowana eks-kochanka czy niezadowolony klient?

Jak pewnie wiecie, uwielbiam kryminały tej autorki. Przeczytałem dwa: Bułgarski bloczek i Upiorny legat, więc przy pierwszej lepszej okazji dotarłem do biblioteki i stwierdziłem, że wypożyczę książkę Chmielewskiej. Trafiło na Zapalniczkę. Wybierając tę pozycję, bardziej chyba kierowałem się objętością niż tym, że została wydana w 2007, a czasy świetności pisarki mogły już dawno przeminąć z wiatrem.

Jeśli mam coś mówić o tej książce, to na pewno nie to, że była najlepszą ze wszystkich trzech, które dotychczas przeczytałem. Brakowało mi w niej czegoś i była to książka interesująca, jednak różniąca się sporo od tych dwóch poprzednich. W tych dwóch poprzednich, jak pisarka zamieszała z wątkiem kryminalnym, to nie wiedziałem, jak się nazywam, a tu? Śledztwo szło, bo szło, Joanna cały czas robiła Wólskiego w konia i kłamała w żywe oczy... Książkę czytało raczej średnio i bardzo brakowało mi w niej starej, dobrej Chmielewskiej, która potrafiła zaimponować i zaskoczyć.

To był jedyny mankament tej powieści, bo styl pisania i humor pozostał. Bardzo lubię sposób, w jaki Chmielewska pisała swoje książki. Pełne humoru (było kilka scen przy których się zaśmiałem), miejscami ironiczne, a bohaterowie dobrze wykreowani. Szczególnie na wyróżnienie zasługuje sama Joanna, która zabłysnęła pomysłem (miał uchronić Julitę i Ryszarda przed konsekwencjami zabójstwa, którego nie popełnili...). A rozmowy, w których robiła z siebie idiotkę przed komisarzem (i udawała wielką gościnność), też zasługują na uwagę.

Jeśli chodzi samego komisarza Wólskiego, to bardzo dobrze radził sobie ze śledztwem (a był mocno zmotywowany brakiem jego zwierzchnika, Roberta Górskiego, i chciał jak najszybciej odnaleźć mordercę, żeby mu zaimponować), nie pił alkoholu (co chyba jest dziwną cechą, jak na śledczego), miał swoje wloty i upadki, a Chmielewska zrobiła z niego normalnego człowieka, który nie jest ani żadnym herosem, ani nie przechodzi jakichś starć z gangami. Jak tak patrzę na niego w sytuacjach, kiedy Joanna kłamała mu w żywe oczy (on o tym chyba wiedział, dowiedziałem się później po słowach autorki), musiał mieć strasznie silne nerwy. A i samo śledztwo nie było najprostsze.

Zakończenie zupełne nieprzewidywalne, bo rozwiązanie było prostsze niż mi i pewnie innym czytelnikom się wydawało.

Może to nie jest najlepsza książka tej autorki, jednak będę o niej pamiętał. Pozostało mi jeszcze przeczytać Lesia i Klin (i wiele innych książek Chmielewskiej), czyli te najbardziej znane i chyba dużo nie zaryzykuję, że kultowe. I jeśli miałbym Wam polecać jakieś książki tej autorki, to bierzcie te starsze, bo współczesne są dobre, jednak brakuje im trochę do tych sprzed lat.

01 grudnia 2013

Cecelia Ahern "Na końcu tęczy"

Autor: Cecelia Ahern
Tytuł: "Na końcu tęczy"
Wydawnictwo: Akurat
Liczba stron: 383
Ocena: 4/6

Tym razem kolejna książka Cecelii Ahern wyłowiona przeze mnie w Lidlu. :)

Cecelia swoją opowieść skupia początkowo na dzieciństwie Rosie i Alexa, a potem, jak wiadomo, dorastają, mają coraz to inne problemy, a w końcu i tak bez happy endu się nie obędzie. Rosie i Alex są przyjaciółmi, którzy nie wyobrażają sobie życia bez siebie. Ciągła korespondencja świadczy nie tylko o przyjaźni, ale też o rodzącym się uczuciu, które nieźle skomplikuje im życie. I następuje moment tragiczny dla nich: Alex musi wyjechać z rodzicami do USA. Kontakt między dwójką przyjaciół się nie urywa, piszą do siebie ciągle. Rosie wpada w kolejne kłopoty: po upojnej nocy z Brianem zachodzi w ciążę, musi porzucić studia i zaopiekować się Katie. Nie są to dla niej łatwe czasy. Kilka razy zmienia pracę, wychodzi za mąż, potem się rozwodzi (małżeństwo okazało się kolejną klapą), przeżywa śmierć ojca i matki. Alexowi też łatwo nie jest. Przechodzi rozwód, potem ku złości Rosie żeni się z Bethany (dziewczyną poznaną jeszcze w młodzieńczych latach), zostaje lekarzem. Jednak mimo tych problemów, nieustannej korespondencji, cały czas w tle przewija się miłość Rosie do Alexa. No właśnie, czy w końcu się zejdą? Czy naprawdę się kochają? Co takiego wywinął Greg (mąż Rosie), że doszło do tak makabrycznej pomyłki? 

Szczerze? Czytałem lepsze książki Cecelii Ahern. Nie mogę nie patrzeć na tę historię przez pryzmat poprzednich przeczytanych przeze mnie pozycji tej autorki i jestem w stanie stwierdzić, że "PS. Kocham Cię" było lepszą lekturą. Oczywiście, nie mam zamiaru jej mieszać z błotem tak do końca. Autorka pisze prostym językiem, dobrze tę książkę się czyta i śledzi perypetie głównych bohaterów. Wątek miłosny też występuje, może ukryty, ale czytelnik od samego początku wie, że coś między nimi musi być. Szczęśliwe zakończenie, na które zawsze w takich książkach czekam, i  mniejsza czy większa przewidywalność - to może być dla niektórych mankament, ale dla mnie to nie problem. Bardzo ciekawym rozwiązaniem było też zastosowanie przez autorkę formy maili, listów czy nawet SMS-ów. Niby wszystko jest, ale czegoś mi w tej książce brakowało. 

Dzisiaj krótko i na temat, bo to koniec tego posta. :) Jeśli na pierwsze spotkanie z tą autorką, przeczytaj "PS. Kocham Cię", jeśli na któreś z kolei, spróbuj z tym. Nie będę kompletnie krytykował tej książki, bo to nie było najgorsze zło tego świata, ale czuję lekki niedosyt i na tym koniec. :)

19 lipca 2012

"Zdarzyło się w Marienbadzie"&"Zarządzanie stresem" + "LUBIĘ"

Autor: Krystyna Kaplan
Tytuł: "Zdarzyło się w Marienbadzie. Miłość, polityka, intryga"
Wydawnictwo: PWN
Ilość stron: 303 
Ocena: 4/6

Edward VII. Dla jednych osób to postać dobrze znana, a dla drugich wręcz przeciwnie. Ja zaliczałem się do tych drugich, ale po przeczytaniu tej książki trochę mi się rozjaśniło o tej sławnej postaci. Dla osób, które nie lubią tego typu książek, rozważania o Edwardzie na 303 stronach to całkiem nudne i dziwne wywody, ale tak trochę autorka się rozwlekła.

Król Edward znany był ze swojego życia, które odbiegało od ówczesnych reguł. Pił, palił, ciągle flirtował i rozkochiwał inne kobiety, a jego żona zostawała na pastwę losu, kiedy on zabawiał się ze swoją kochanką... Takie było właśnie jego życie i postanowił wyruszyć do Marienbadu na coroczną samotną wycieczkę ze swoim psem (wabił się Cezar), grupką służących, opuszczając żonę oraz uciążliwe kochanki. Wiadomo, co trzeba robić, gdy król przyjeżdża do takiej miejscowości jak Marienbad, więc burmistrz zmobilizował całe miasto do przygotowania tego całego spektaklu na cześć Edwarda. W tamtych czasach Europa była dosyć niebezpiecznym miejscem dla królów, którzy żyli w ciągłym niebezpieczeństwie o to, czy tę podróż przeżyją, czy spoczną w trumnie. Do tak zaszczytnego zadania, jakim była ochrona króla, został mianowany inspektor Hepner. Był on niezmiernie potrzebny, bo osobisty agent króla nie mógł przyjechać razem z nim.

I teraz autorka wprowadziła Mitzie, która prowadziła swój własny warsztat kapeluszniczy. Przyjemnie jej się żyło, ale nie może to trwać wiecznie. Zakochała się ona bowiem w Edwardzie. Jako kapeluszniczka zrobiła królowi nakrycie głowy, które sobie zażyczył, oraz wyruszyła z nim na wycieczkę prywatnym samochodem króla. Ta wycieczka mogła przysporzyć wiele radości następcy tronu angielskiego, bo o mało co, a skończyłaby się śmiercią króla.

Autorka wplotła wątek detektywistyczny i kryminalny do tej książki. Wątek detektywistyczny wiąże się z ochroną króla przed różnymi spadającymi popielniczkami czy innymi czynami, które mogły jemu zagrozić. Inspektor Hepner przy udziale Betty (pozornie pisze pamiętnik, ale jest detektywem) powoli odkrywają cały spisek przeciw królowi.

Wątek kryminalny nie do końca się udał, moim zdaniem. Specjalistą od kryminałów nie jestem, ale po tym, jak pojawił się motyw trupa-mnicha, którego wyłowiono z bagna, w środku książki, to akcja dopiero rozwinęła się pod koniec powieści, ale o tym sza! Nie powiem Wam o tym, bo i tak dużo powiedziałem, a ta scena zmierza ku zakończeniu. P. Kaplan mogła trochę odejść od prawdy historycznej i wpleść bardziej dramatyczne wątki, a tu zaskoczenie, niekoniecznie pozytywne. Trochę żałuję, że ta książka nie mogła być napisana w oryginale po polsku, jeśli pisała to Polka, bo niestety nazwisko tłumacza pojawia się, ale cóż można zrobić.

Podsumowując, książka nie stanie się bestsellerem wakacyjnym, ale może ktoś, kto interesuje się historią
Anglii, przeczyta.
Za egzemplarz recenzencki bardzo dziękuję Wydawnictwu PWN:)

----------
Autor: Mike Clayton
Tytuł: "Zarządzanie stresem, czyli jak sobie radzić w trudnych sytuacjach"
Wydawnictwo: Edgard
Ilość stron: 205 
Ocena: 5/6

Stres jest to reakcja organizmu, która przygotowuje organizm do większej aktywności. Mamy stres pozytywny i negatywny. Tyle pamiętam z mojej książki od biologii o stresie (no, może trochę więcej, ale nie będę Was zanudzał), ale czy nie warto czasami skorzystać z pomocy specjalisty? I oto właśnie przedstawiam poradnik pt. "Zarządzanie stresem" Mike'a Claytona.

Jak każdy poradnik, książka wprowadza czytelnika w świat stresu, jego rodzajów i potencjalnych stresorów w naszym życiu. Kolejne rozdziały pomagają skutecznie zwalczać ten stres. W tym wypadku autor postarał się i omówił prawie wszystkie sfery naszego życia. Jeżeli nie możesz poradzić sobie ze swoim otoczeniem: zorganizuj się; uwierz, że jesteś w stanie kontrolować swoje życie; twórz nowe znajomości; a na pewno poradzisz sobie ze stresem w swoim otoczeniu. "Kontrola nad fizjologicznymi reakcjami na stres", "Kontrola nad otoczeniem", "Kontrola nad czasem", "Kontrola nad nastawieniem", "Kontrola nad mentalną reakcją na stres" to są tytuły wszystkich rozdziałów, w których autor radzi czytelnikowi, jak eliminować stres.

Kolejnym ważnym rozdziałem jest rozdział pt. "Zarządzanie stresem w pracy". Ta część akurat może być przydatna dla menedżerów, którzy poszukują sposobu na walkę ze stresem w miejscu pracy. Autor podał kilka rozwiązań dla takich osób, które mogą mieć z tym problemy.

Oczywiście, nie można zapomnieć o konfliktach, które powodują sytuacje stresowe. Wątpliwości, jak rozpoznać konflikt, metody walki z konfliktami, mediacja i arbitraż nie będą nikomu spędzały snu z powiek po przeczytaniu tego rozdziału.

Jeden z ostatnich rozdziałów porusza temat zmiany, która może bardzo zmienić człowieka, ale też zestresować. Autor w bardzo ciekawy sposób pokazał mechanizm powstawania zmian i sposób walki z nimi. Oczywiście, nie pominął drogi, jaką człowiek musi pokonać, aby zwalczyć tę zmianę. Najpierw mamy wyparcie (mózg odrzuca niewygodne fakty i udaje, ze nic się nie dzieje) i emocje (tu chyba wszystko jasne. Potem następuje okres oporu (stan buntu, który nie pozwala zaakceptować zmiany. W końcu przychodzi okres rozpoznania, akceptacji i zaangażowania się w sprawę. Autor podkreśla, że aby zaakceptować zmianę należy przejść wszystkie etapy, bo nawet bez jednego nie jest się w stanie zaakceptować zmiany. 
Wiem, że wielu z Was, komentując ten wpis, napisze, że nie ma zaufania do poradników, bo nie zawsze mówią prawdę, albo że poradniki są dla słabeuszy. Może wreszcie warto przekonać się do tego typu książek, co? Wydawnictwo Edgard dopełniło wszelkich starań, aby podręcznik był przejrzysty, a autor tłumaczy wszystko w zrozumiały sposób. Szata graficzna jest bardzo minimalistyczna, a podsumowania po każdym rozdziale są też bardzo przejrzyste. Nic dodać, nic ując, tylko przeczytać!

 Za egzemplarz recenzencki bardzo dziękuję Wydawnictwu Edgard:)

---------
TAG goni TAG. Pozwolę sobie powtórzyć te słowa po Nevermore, która zaprosiła mmnie do kolejnej blogowej zabawy.


1. Bannerem jest owo zdjęcie, które pojawia się u mnie i u każdej oTAGowanej osoby.
2. Napisz, kto Cię oTAGował.
3. Wypisz wszystkie drobne rzeczy, które przychodzą Ci do głowy, które lubisz, które czynią Cię szczęśliwym, te wszystkie drobnostki, dla których warto żyć. Szczególnie te najdrobniejsze i te, które wydają się zbyt banalne, by je wymienić, ale które poprawiają Ci humor.
4. OTAGuj kilka osób.
Lubię:
  • czytać książki, pisać o ksiażkach i prowadzić bloga (po napisaniu recenzji czasami mam ochotę pozbyć się mojego komputera, bo daje mi taką jazdę bez trzymanki:)). Myślę, że wielkiego zaskoczenia przy tym punkcie nie ma, bo wszyscy, którzy prowadzą bloga, tak mają. Zresztą blog zmusza mnie do regularnego czytania, a z tym kiedyś nie zawsze tak było.
  • owoce. Brzoskwinie, truskawki i wiele, wiele innych, ale arbuzów nie cierpię i nawet nie włożę ich do ust. 
  • słuchać muzyki. Wszelkiego rodzaju popu, tego zresztą prawie każdy słucha, rock, muzyka klasyczna, heavy metal, rap czy hip-hop odpadają. Wśród moich ulubionych wokalistów i zespołów znajdują się: Adel, Florence+the Machine, Rihanna, Lady Gaga, Madonna...
  • taniec. Siatkówka czy piłka nożna to nie moja bajka. Jeśli zobaczy mnie ktoś strzelającego bramkę, zobaczy czynność, która w moim słowniku praktycznie nie istnieje. Cha-cha, walce (no, może wiedeński już nie do końca, bo strasznie trudno się go tańczy, ale angielski już lepiej mi idzie)  to jest mój żywioł. :)
  • czytać książki młodzieżowe i przeznaczone dla dziewczyn. "Jeżycjada" czy książki p. Siesickiej, które męczyłem przez całe ferie i w końcu zmęczyłem wszystkie jej pozycje z biblioteki, są tego przykładem. Ostatnio wzięło mi się na książki o Ani z Zielonego Wzgórza i też konsekwentnie czytam ten cykl do końca.
  • szczęśliwe zakończenia. Nie ma to, jak popatrzeć sobie na szczęście innych, kiedy się akurat tego szczęścia nie ma w swoim życiu prywatnym. :)
  • komedie romantyczne. To też raczej należy bardziej do kobiecego świata, ale dlaczego je m. in. lubię, możecie zobaczyć w poprzednim podpunkcie.
  • ciastka, ciasteczka, czekoladę, słodycze w każdym wydaniu. Bez słodyczy ani rusz, a potem efekt pojawia się na twarzy, niestety.
  • jeśli chodzi o szkołę, najbardziej bliskie mojemu sercu są biologia i chemia.
  • jeść płatki "Cornflakes" z jogurtem brzoskwiniowym czy "Monte":), ale nigdy z zimnym mlekiem. Nie wiem, jak ludzie mogą jeść płatki z zimnym mlekiem i miodem, albo pić zimne mleko prosto z kartonika, jak to jest pokazane w wielu filmach.
  • seriale. "Brzydula", "Majka", "Prosto w serce", "Julia" czy "Prawo Agaty" to są te seriale, które uwielbiam. "M jak miłość" chyba bym do grupy moich ulubionych filmów nie zaliczył.
Nikogo nie będę nominował, bo chyba większość z Was brała już w tym udział. Jeśli ktoś nie był, niech napisze w komentarzu, to go dodam!:) I na koniec jeszcze piosenka, która łamie moją niechęć do rapu. :)








27 kwietnia 2012

Rachel Hawthorne "Blask księżyca"

Autor: Rachel Hawthorne
Tytuł: "Blask księżyca"
Wydawnictwo: Amber
Ilość stron: 271
Ocena: 4/6
Książki o wampirach zdominowały rynek księgarski. Jak to się mówi ilość nie znaczy zawsze jakość. Sam trzymam się od takich książek z daleka, ale "Blask księżyca" zmienił diametralnie moje poglądy pomimo kilku mankamentów.
Na początku powieści poznajemy Kaylę, nastolatkę, która straciła rodziców w lesie po tym, jak myśliwi ujrzeli wilki i strzelili do nich. I tak kilka lat później Kayla wyrusza do tego lasu w parku narodowym, aby pokonać swoje lęki. Spotyka tam Lucasa. Zgadywać nie musicie, że jest jednym wielkim chodzącym "seksem" z seksownym uśmiechem i ogromną ilością mięśni, które kryje pod swoją idealnie dopasowaną koszulką. Główna bohaterka niejednokrotnie wspomina o tym uśmiechu, który niby ją tak zafascynował. Dodatkowo jest niezwykle tajemniczy i szybko biega. Normalnie skóra ściągnięta jakby z wampira.
Do tego dołącza się do nich kilkoro przewodników i drużyna doktora Keana, który próbuje odnaleźć w tymże lesie dowody na istnienie istot, które mogą się zmieniać się z człowieka w wilka.
Książka nie miałaby sensu, gdyby nie pojawił się jakiś rywal Lucasa, który oczywiście flirtuje z Kaylą. Kayla nawet na początku sama do tego prowadzi, aby Lucas zaczął być zazdrosny o tego całego Mike'a.  Ta fałszywa miłość zmienia się szybko po wydarzeniach, w których bierze udział nasz Mike. Okazuje się, że Keane chce złapać jakiegoś zmiennokształtnego, czyli tego człowieka, która się zmienia w wilka, aby móc zrobić dokładniejsze badania. Wykorzystuje do tego nieświadomą niczemu Kaylę i atakuje ją (Mike, oczywiście) tj. zaczyna obmacywać i całować tylko tak dla pokazu, aby przywołać tego wilka o zmiennym kolorze sierści. Nie opowiedziałem o tym jeszcze, ale ten wilk był tak jakby opiekunem Kayli i bronił ją w trudnych momentach na przykład, kiedy niedźwiedź ją zaatakował. Przybiegł i złapali go w klatkę.
Wydarzenia toczą się potem bardzo szybko i dochodzi do przysłowiowego happy endu, a Kayla dowiaduje się wielu nowych rzeczy o sobie i o swoich rodzicach.
Co do książki od strony technicznej nie byłbym taki zadowolony z efektu. Autorka stworzyła kolejnego "superboga", którego skonfrontowała z jakimś zwykłym osiłkiem, który na końcu i tak będzie przegrany. W "Zmierzchu" było zresztą podobnie. Kolejny fan sag o wampirach mógłby się spodziewać kolejnej książce o gryzieniu i jadzie, który trzeba wyssać, a tu było o wilkach. Sama przemiana człowieka nie była tak straszna , jak była zapowiadana. Ja bym to nazwał "padaczką", bo bohaterka cała się trzęsła, po tym jak powiedziała do Lucasa, że go kocha. Książka była bardzo przewidywalna. Sytuacja z niedźwiedziem była dużym zaskoczeniem dla mnie, bo wilk uratował Kaylę, a nie sam gromowładny Lucas. Później okazało się, ze to był on, więc ten, kto by dobrze się zastanowił, zgadłby wcześniej. Walka Lucasa z dawnym przywódcem stada była dramatycznie opisana, że niby Lucas ma umrzeć z powodu ran, ale tak wyszły z tego nici, bo kto by został z Kaylą, która może umrzeć (całkowity nonsens, bo jak można umrzeć od drgającego ciała?)
Podsumowując, daję ocenę 4/6. Wiem, trochę to nie zgodne z tym, co tu napisałem, ale sentyment do tej książki nie pozwala mi zrobić inaczej.
----------
Tym razem zrobię dłuższe postscriptum, bo mam kilka spraw do powiedzenia. Chwalić się nie wypada, ale ja to zrobię. Dzisiaj byłem na zawodach z biegów przełajowych. Było dziesięć uczestników z mojej kategorii, a ja zająłem piąte miejsce (dyplomy są do szóstego) i załapałem się na ten dyplom. Moje aspiracje podążyły dalej, myśląc o jakiejś nagrodzie, ale się przeliczyły i zostałem z dyplomem. Przy tym tysiącu siedmiuset metrów do przebiegnięcia wyszło całkiem, całkiem. Konkursy przedmiotowe są definitywnie moją lepszą stroną, więc tym się zajmę. Ostatnio przeglądałem testy z egzaminów gimnazjalnych i uznałem, że były proste. Historia była wręcz banalna, polski podobnie (wypracowania prostszego nie można było sobie wymarzyć). Matma nie była też taka zła, a na angielskim nie było też wielkiej filozofii. Trochę trudniejszy był test przyrodniczy. Ja nie wiem, kto wymyślił, żeby cały test składał się z jakich doświadczeń i wykresów, które potrafią człowieka nieźle zająć przez tą godzinę. Te obliczenia z geografii były jakieś masakryczne. Trochę głupio to zrobili z tego względu, że przez całe gimnazjum maglują nas z jakimiś tabelkami o witaminach, ponad dziesięcioma reakcjami otrzymywania soli, toną wzorów i zależności albo czynników rozwoju polskiego rolnictwa.  Kończę, a w następnej recenzji książka od portalu Na kanapie. I jeszcze dwie piosenki odkryte przez moją siostrę.

09 kwietnia 2012

Cliff Graham "Czas wojny"

Autor: Cliff Graham
Tytuł: "Czas wojny"
Wydawnictwo: Vocatio
Ilość stron: 325
Ocena: 4/6

O książce "Czas bohaterów" można mówić źle i dobrze, ale moja opinia nie będzie zbytnio przychylna.
Głównym bohaterem jest Benaja. Książka zaczyna się od tego, że główny bohater walczy z lwem. Musi to zrobić, bo lew zwabiony ludzkim mięsem może kogoś zaatakować. Nie trzeba zgadywać, że oczywiście przeżył, a chwilę potem musiał walczyć z Amalekitami, którzy próbowali złupić jego wioskę. Wygrał i uchronił swoich sąsiadów, ale nie na długo.
Od żołnierza, który był w tym oddziale, dowiedział się, że Amalekici będą próbowali najechać na ich wioskę. Benaja decyduje się dotrzeć do Dawida i mu o tym opowiedzieć. Wędrówka okazuje się bardzo ciężka z licznymi ranami, które zadali mu nieprzyjaciele. Dociera do Dawida, który przygotowuje się do wojny. Gdy otrzymuje te informacje od swojego żołnierza od razu wyrusza do rodzinnej miejscowości Benai. Jednak w tym czasie wrogowie docierają do jego wioski i palą ją, łupią oraz zabierają kobiety do niewoli.
Początkowo akcja nie była wartka, jak pisało na okładce (można by się zastanowić, czy chodziło z tą akcją o to, że ciągle się bili, czy ciągle gwałcili), a dosyć nudna. Autor daje czytelnikowi ogromną dawkę informacji o uzbrojeniu, jedzeniu czy innych mniej lub bardziej ważnych szczegółów. Po kolei opisuje bitwy, które stoczyli, a są one bardzo brutalne. Wszyscy się zabijają bez żadnych skrupułów i z zimną krwią. W całym tym bałaganie trudno się odnaleźć, bo autor opisuje raz wojsko Dawida, a potem wojsko Saula i Jonatana. Bardzo trudno jest odgadnąć, którzy żołnierze są po czyjej stronie.
Nie ma tu zbyt dużo scen erotycznych, chociaż kilka występuje. Przykładem mogą być żołnierze Amalekiccy, którzy chodząc nago po obozie, gwałcili zrabowane kobiety lub wodzowie, którzy korzystali z usług nierządnic.
Akcja jest dosyć przewidywalna. Nietrudno zgadnąć, że bohater przeżyje całe te opresje i będzie kontynuował swoją walkę w kolejnych tomach cyklu. Autor zbytnio nie starał się, aby utrudniać mu życia, bo prostu dążył do tego przysłowiowego happy endu. Z wyjątkiem momentu, w którym wrogowie uciekli z jego żoną.
Nie wiem, może miałem zbyt dużo oczekiwania wobec tej książki, ale naprawdę nie był to cud literatury. Autor zrobił z tego taką jakby encyklopedię tradycji żydowskiej, bo jest tam wszystko opisane, a książka taka powinna zachęcić czytelnika do przeczytania kolejnej części tego cyklu. Jeżeli ona taka będzie, to bardzo dziękuję. No i cały ten początek. Ten lewy. Już nie ma czegoś ciekawszego? Mnie to się bardziej kojarzy z "W pustyni i w puszczy", a na pewno tej książki bym drugi raz nie przeczytał.
Podsumowując, nie polecałbym tej książki. No chyba, że wśród Was jest jakiś wielbiciel kultury żydowskiej.
Za egzemplarz recenzencki bardzo dziękuję Wydawnictwu Vocatio:)

 ----------
Prawie bym zapomniał. "Igrzysk Śmierci" nie opublikuję z dwóch powodów. Pierwszym z nich jest brak weny. Nie wiedziałem, jak mam zacząć tę recenzję i spocząłem na laurach. Drugim z nich jest to, że wszyscy teraz to recenzują, a ja będę trochę bardziej oryginalny i nie zrobię tego. Książka bardzo mi się podobała i na pewno dałbym jej 6/6.

08 marca 2012

Agnieszka Gołas-Ners "Rodzinę mniej znaną pożyczę na chwilę..."

Autor: Agnieszka Gołas-Ners
Tytuł: "Rodzinę mniej znaną pożyczę na chwilę..."
Wydawnictwo: PWN
Ilość stron: 183
Ocena: 4/6

Czy bycie gwiazdą to taka łatwa sprawa? Autografy, przyjęcia, nagrody... Czy nie istnieje nic innego poza tym? Jakieś problemy? Na te wszystkie pytania możecie odpowiedzieć w książce Agnieszki
Gołas-Ners pt. ""Rodzinę mniej znaną pożyczę na chwilę...".

Autorka poruszyła tu ważny temat, czyli bycie dzieckiem znanej gwiazdy. Pozycja jest zbiorem wywiadów, które autorka przeprowadziła z dwunastoma osobami. Wszystko jest poprzedzone krótkim wstępem o samej autorce, która jest córką znanego aktora, Wiesława Gołasa. Ona też borykała się z podobnymi problemami jak reszta tych "gwiazdorskich dzieci", więc bardzo dobrze, że napisała taką książkę. Sądzę, że ten wybór był jak najbardziej słuszny, bo mógłby się wziąć za to kompletnie "zielony" dziennikarz, który mógłby całą sprawę po prostu zepsuć.

Niekiedy wydaje nam się, że chcielibyśmy być wielkimi gwiazdami i, jak się okazuje, nie jest to łatwe. Wręcz przeciwnie, strasznie trudne. Ci ludzie też walczą z problemami alkoholizmu czy licznych rozwodów rodziców. Oni żyją swoim życiem i też chcą mieć trochę prywatności, ale tego niestety nie uda się uniknąć, dzięki mediom, prasie...

Rozmówcy różnie się wypowiadają o swoich rodzicach. Jedni mówią o swoich rodzicach jako najukochańszych ludziach pod słońcem, a drudzy z kolei mówią o nich, jako bezdusznych "tyranach", którzy nie potrafią odbyć porządnej rozmowy z dzieckiem. Wbrew wszystkim opiniom tym dzieciom nie jest łatwo. Rodzic jest bardzo znany (przyznam się bez bicia, że większość tych postaci nie znałem oprócz tych trzech: Agaty Młynarskiej, Macieja Stuhra, Joanny Szczepkowskiej i kilku innych) i trzeba wyjść z jego cienia, i pokazać, co się potrafi. Nie bali się o tym mówić i nie mieli przed tym oporów. Zresztą nie mam pewności, czy te wywiady nie były wyreżyserowane, ale muszę uwierzyć autorce na słowo.

Pewnie powinien powiedzieć, który wywiad był najlepszy czy coś w tym stylu, ale nie mam takiego typu. No, z pewnością poruszający był wywiad Dominiki Dobrowolskiej. Dziewczyna po przejściach, z ojcem alkoholikiem, która ciągle pił i był na odtruciach, rodzice po rozwodzie... Ciekawy był też wywiad Małgorzaty Karkowskiej. Nie znałem tej osoby, ale jej ojciec, profesor Kazimierz Michałowski był pionierem archeologii polskiej w Egipcie. Całe te podróże i wyjazdy robią duże wrażenie. Trochę zabrakło mi tu polityków. Sama p. Agnieszka przyznała, że wiele osób odmówiło ze względu na swoją reputację czy inne względy. Wszystko jest opatrzone zdjęciami, najczęściej tych znanych ludzi, ale jest za mało, moim zdaniem, zdjęć tych wypowiadających się w wywiadach. Dzisiejsza recenzja jest strasznie krótka. Niby ta książka podobała mi się, ale z drugiej strony nie wiem, co o niej powiedzieć, więc kończę.

Za egzemplarz recenzencki bardzo dziękuję Wydawnictwu Naukowemu PWN (jest to mój pierwszy egzemplarz recenzencki, z czego się jeszcze bardziej cieszę :) )

----------
Co mi zostało? Życzyć Wam, Drogie Panie, zdrowia, szczęścia, miłości (jak we francuskich filmach:) ) i oczywiście, żebyście nie musiały pracować do 67 roku życia! :) Kierują mną poglądy iście demokratyczne, ale niech tradycji stanie się zadość!:) (moja nauczycielka od angielskiego powiedziała dziś, że to święto wymyślono, aby pokazać kobietom, że dobrze się żyło w czasach PRL-u) :) Następna recenzja będzie opublikowana za kilka dni, a będzie ona dotyczyć Indii i prostytutek.